Reklama

Reklama

Jerzy Kruszczyński. Dla Lechii i Lecha strzelał Juventusowi i Barcelonie

"Kruchy" to od nazwiska. Chociaż posturą też nie powalał. Mimo to, Jerzy Kruszczyński był snajperem wyborowym, ilekroć dotknął piłkę, bramkarze rywali drżeli. W Gdańsku spędził dwa lata, w Poznaniu dwa razy więcej, mimo to serce szybciej bije dla Lechii.

- Oczywiście, że będę oglądał niedzielny mecz Lecha z Lechią w Poznaniu. Chciałbym, żeby to było fajne widowisko, godne drużyn czołówki Ekstraklasy. Pogoń Szczecin, której jestem wychowankiem,też jest w czołówce, także ten sezon fajnie się dla mnie układa. Idealnie gdyby te trzy kluby zagrały w europejskich pucharach i godnie nas zaprezentowały - Pan Jerzy jest na bieżąco z polskimi rozgrywkami, mimo że na co dzień mieszka w Szwecji, gdzie w wolnym czasie trenuje piłkarską drużynę kobiet.

- Szwedzcy znajomi dogryzają mi, że jestem polskim szpiegiem, bo przecież los skojarzył nas w tej samej grupie Euro 2020. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni, na razie nie czuć jeszcze gorączki piłkarskiej jedynie były reprezentacyjny bramkarz Andreas Isaksson złośliwie uzewnętrzniał się mediach na temat "Lewego" i spółki.

Reklama

Tak się złożyło, że Kruszczyński karierę w Lechii zaczął od meczu z Lechem Poznań w Superpucharze Polski. 30 lipca 1983 roku po raz pierwszy rozegrano taki mecz, beniaminek II ligi i sensacyjny zdobywca Pucharu Polski Lechia w Gdańsku zmierzyła się z krajowym mistrzem Polski, Lechem Poznań.

- Rozmawiałem przed meczem z Czesiem Jakołcewiczem, który wówczas przeszedł do Lecha, a którego znałem ze Szczecina, żeby dali nam wygrać, ale to były oczywiście żarty. W Lechu grało chyba z siedmiu reprezentantów kraju i my właściwie wyszarpaliśmy to zwycięstwo. To była wielka niespodzianka, ale nasza wygrana była zasłużona. Dopiero po meczu z Lechem, podpisałem kontrakt z Lechią - wspomina "Kruchy", który zdobył "złotego gola" w samej końcówce meczu na wagę wygranej 1-0 i cennego trofeum. To był prawdziwie wystrzałowy start do gdańskiego rozdziału kariery Kruszczyńskiego, który w drugoligowym sezonie zdobył 31 goli w 30 spotkaniach. Sześć z tych goli Pan Jerzy zdobył w dwóch spotkaniach derbowych z Arką Gdynia, w każdym zaliczył po hat-tricku.

- Teraz też wybieram się na derby w Gdańsku. Kustosz muzeum Lechii, Zbyszek Zalewski zawsze pamięta, żeby mnie zaprosić. Będę dopingował młodszych kolegów z boiska, oddam trochę tego ciepła, które dostałem ze strony gdańskiej publiki. To niesamowite, że wciąż kibice rozpoznają mnie nawet na plaży, a przecież sylwetka nie ta co kiedyś. Zawsze gdy jest impreza, jakiś mecz okolicznościowy oldboyów, wtedy się pojawiam. W Poznaniu tylko raz mnie zaprosili na rocznicę meczu z Barceloną, ale jakaś pani zadzwoniła dzień wcześniej i nie dałem rady przyjechać.

Dziś to brzmi jak science fiction, ale "Kolejorz" dwukrotnie zremisował z FC Barcelona 1-1 w 1988 roku w Pucharze Zdobywców Pucharów i dopiero seria rzutów karnych zdecydowała o awansie Katalończyków. W 31. minucie poznańskiego rewanżu Kruszczyński strzałem z rzutu karnego pewnie pokonał Zubizarretę.

- Był remis potem dogrywka i karne. Jerzy Kasalik był wtedy asystentem trenera Henryka Apostela, uparł się, że ja mam strzelać pierwszy w serii rzutów karnych, że jestem pewniakiem. Zresztą tak samo było w finale Pucharu Polski z Legią na koniec poprzedniego sezonu, trafiłem pierwszy i wygraliśmy. W serii rzutów karnych, tak samo jak w czasie podstawowym, ponownie oszukałem Zubizarettę, kto wie, co by było, gdybym strzelał ostatni, może byśmy przeszli? Jarek Araszkiewicz strzelał jako ostatni, gdyby trafił, awansowalibyśmy. Johan Cruyff już szedł do szatni, gdy "Araś" podbiegał do piłki, niestety nie trafił, a słynny holenderski trener wrócił się na swoje miejsce. Potem nie trafili jeszcze Bogusław Pachelski i Damian Łukasik i wielki sukces przeszedł nam koło nosa.      

Strzelał Barcelonie, strzelał i wielkiemu Juventusowi Turyn. Te same rozgrywki, dziś już nieistniejący Puchar Zdobywców Pucharów pięć lat wcześniej. W barwach Lechii "Kruchy" zagrał legendarne mecze z Juventusem Turyn (0-7 i 2-3), w spotkaniu w Gdańsku Kruszczyński nie chybił z rzutu karnego: - Mój strzał z 11 metrów dał nam prowadzenie 2-1. Nie muszę chyba mówić jakiego kopa dało nam to spotkanie. Przez cały ten sezon drugoligowy przeszliśmy jak burza, grając ofensywny futbol. Lechia po 20 latach wróciła do Ekstraklasy.

Obecnie w tabeli PKO BP Ekstraklasy obaj niedzielni rywale idą łeb w łeb, zarówno Lech jak i Lechia mają po 34 punkty.

- Obu zespołom życzę wszystkiego dobrego. Lech ma fajny, młody skład. Lechia przebudowała zespół, nie było wiadomo jak to się ułoży, na razie wygląda pozytywnie. Na mojej pozycji gra Flavio Paixao. Myślę, że on mentalnie czuje się lepiej, niż gdy miał za konkurenta Artura Sobiecha, to dla napastnika ważne, czuć zaufanie trenera. Sądzę, że Portugalczyk zdobędzie w niedzielę bramkę i będzie to dobry, zacięty mecz. Serce minimalnie mocniej bije dla Lechii, powiedzmy 51-49 i to mimo że w Gdańsku spędziłem ledwie dwa lata, a w Poznaniu cztery i pół - podsumowuje Jerzy Kruszczyński, który w barwach Lechii i Lecha strzelał Juventusowi i Barcelonie.

Mecz 23. kolejki PKO BP Ekstraklasy pomiędzy Lechem Poznań i Lechią Gdańsk rozpocznie się w niedzielę o godzinie 17.30.

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama