Jeden z działaczy łapał się za głowę, co robi Widzew. Miał rację
Historia obecnego sezonu Ekstraklasy nie jest jeszcze zakończona, ale bez względu na jej finał, w przypadku Widzewa Łódź będziemy mówić o porażce - właściwie jedynym pytaniem pozostaje jej skala. Jeśli nie zacznie wygrywać seryjnie, do końca rozgrywek będzie drżał o utrzymanie. Jeśli nie zacznie wygrywać regularnie - spadnie z ligi. To są rzeczy, których nikt nie byłby w stanie przewidzieć i do których doprowadzić musiała cała masa błędów.

U progu sezonu Robert Dobrzycki - jeden z najbogatszych Polaków, który niemal równo rok temu stał się właścicielem Widzewa - wydrukował tabelę poprzedniego sezonu Ekstraklasy. Miała stać się dla niego punktem odniesienia, do którego będzie wracał w przyszłości, patrząc jak daleką drogę przebył. Widzew skończył wtedy ligę na lichym 13. miejscu, zaledwie z 40 punktami. Wydawało się, że poprzeczka wisi na wysokości kostek i sztuką będzie wywrócenie się o nią. A jednak. Dziś każdy ubiegłoroczną pozycję przyjąłby w ciemno. Sezon, który miał być punktem odniesienia na zasadzie spojrzenia przez ramię, gdzie kiedyś byliśmy, stał się celem do powtórzenia.
Optymalne ustawienia gorsze od fabrycznych
Widzew w obecnym sezonie nie miał ani jednego dobrego okresu, jednak najgorsze działo się od późnej jesieni. Najgorsze nie tylko z punktu widzenia wyników i roztrzaskiwania się o dno tabeli, lecz z perspektywy założeń. Do momentu ostatniej zmiany trenera w pierwszej rundzie spotkań, gdy Patryka Czubaka zastąpił Ivan Jovićević, można było się łudzić, że w klubie trwa szukanie optymalnych rozwiązań w nowej sytuacji. W Widzewie pracowały osoby, które nie kojarzyły się z ruchami Roberta Dobrzyckiego, nie wszystkie też pojmowały jego sposób myślenia. Z tego powodu z pracą pożegnał się dyrektor sportowy Mindaugas Nikolicius, czy wcześniej jeszcze inny z trenerów - Żeljko Sopić (wiecznie narzekający na warunki pracy, co wybitnie nie podobało się Dobrzyckiemu). Przejęcie sterów przez Jovićevicia miało być końcem szukania optymalnych ustawień, co zresztą w rozmowie z Interią potwierdził wtedy Dariusz Adamczuk, doradca zarządu ds. sportu, a realnie nowy dyrektor sportowy. I paradoksalnie te największe problemy zaczęły się, gdy wymówki się skończyły. Optymalnie ustawiony Widzew stawał się coraz gorszy, aż sytuacja stała się beznadziejna.
Każdy ruch wyglądający pozornie na dobry, pogłębiał kryzys. Wydanie zimą kilkunastu milionów euro nie poprawiło sytuacji ani o krok. Ruchy były w pewnym sensie fascynujące, niespotykane w polskiej piłce, rozpalające wyobraźnię, jednak - jak się okazało wiosną - tylko z punktu widzenia kwot, które padały. Kilka transferów dziś się broni, jak choćby Bartłomieja Drągowskiego, Przemysława Wiśniewskiego, Lukasa Leragera, czy Emila Kornviga, jednak wydanie ponad 5 mln euro na Osmana Bukariego zakrawa na skandal.
Nigeryjczyk od kilku tygodni nie trenuje, bo przebywa w kraju, by przedłużyć wizę na pobyt w Polsce. Po ujawnieniu tego przez trenera Aleksandara Vukovicia, klub wyjaśnił, iż to standardowa procedura, która nikogo wewnątrz nie zaskoczyła. Do dziś jednak brak odpowiedzi na pytanie, jak to się ma do oczekiwań Roberta Dobrzyckiego, by do Widzewa sprowadzać tylko piłkarzy, którzy są gotowi do gry "z marszu". Bukari ani nie okazał się gotowy (słabe występy na początku wiosny, szybkie odstawienie od składu po zmianie trenera), ani nawet uprawniony do przebywania w Polsce od kwietnia. Skutek będzie taki, że najdroższy piłkarz w historii ligi prawdopodobnie nie zagra do końca sezonu, gdyż trudno uwierzyć, by nawet po załatwieniu spraw wizowych, Vuković postawił właśnie na niego - zawodnika poza procesem treningowym w tak kluczowym okresie. Trudno uwierzyć, by Dobrzycki miał tu ze zrozumieniem kiwać głową.
Zobacz również:
Środowisko pukało się w czoło
Środowisko polskiej piłki już zimą zresztą za te głowy się łapało. Jeden z czołowych działaczy w naszym futbolu klubowym nie mógł uwierzyć, że Widzew sięga po 27-letniego skrzydłowego nie robiącego liczb w amerykańskiej lidze, podczas gdy za połowę jego ceny miałby dostępnego dwa lata młodszego, sprawdzonego w Ekstraklasie Ousmane Sowa (Górnik Zabrze ostatecznie zimą wytransferował go do Danii), który w ciągu minionej rundy stał się najlepszym skrzydłowym w Polsce. Ta sama osoba na tak zwanym off the record jeszcze przed startem rundy powiedziała Interii, że gdyby pracowała w Widzewie i właściciel chciał wykonać ruch, jak z Bukarim, stanąłby na głowie, by go od tego odwieść. - Moją rolą w tym transferze byłoby przekonanie szefa, że jest on bezsensowny, a za te same pieniądze mogę sprowadzić trzech lepszych - przekonywano nas.
Pieniądze tak naprawdę stały się problemem Widzewa - nie ich brak, jak to w polskiej piłce klubowej bywa, lecz nadmiar. Robert Dobrzycki uwierzył - a nikt w porę go z takiego myślenia nie wyprowadził - że w ciągu jednego-dwóch okienek transferowych jest w stanie nadrobić kilka lat kadrowej bylejakości, w jakiej tkwił jego klub. Dobrzycki zresztą sam to mówił, to nie żadna interpretacja zdarzeń. Kupowano więc piłkarzy, zapominając o budowaniu zespołu. Jednocześnie - ot, paradoks - nie sprowadzono piłkarza, który przy braku zespołu, byłby w stanie w pojedynkę przechylić szalę zwycięstwa na stronę swojego klubu. Takich zawodników ma Lech Poznań, Jagiellonia Białystok i Górnik Zabrze, czyli całe ligowe podium, ale Widzewowi przy nieograniczonych środkach nie było dane ściągnąć kogoś takiego (miał nim być Bukari, jednak dziś nie bardzo wiadomo, na jakiej podstawie). Za zawodników płacono w sumie kilkanaście milionów euro, media rozpisywały się o tym, że to kwota większa, niż zimą wydały wszystkie kluby La Liga łącznie, ale zapomniano o napastniku, który byłby gamechangerem. Widzew planował grać wiosną na jedną lub dwie "dziewiątki", nie zwracając uwagi, że więcej nie ma w całej kadrze, a te, które są, mają swoje ograniczenia.
Totalne pogubienie
Klub wygląda na kompletnie pogubiony. W chwili ogłoszenia Aleksandara Vukovicia trenerem, Dariusz Adamczuk wspomniał o planie dłuższym, niż tylko wizji strażaka, który gasi pożar. Chwaląc zalety serbskiego szkoleniowca - skądinąd mającego czym się pochwalić w swoim CV, a w Widzewie będącego wciąż bez porażki - roztaczał wizję współpracy także w kolejnym sezonie, próbując przekonywać, że wybór był przemyślany i wpisujący się w strategię klubu. Prawda jest taka, że ani trzy miesiące wcześniej, ani pół roku, ani rok temu, nikt w Widzewie nawet nie spojrzałby w kierunku Vukovicia, który kojarzył się z piłką wyważoną, lecz niedopasowaną do mocarstwowych planów, jakie mieli wówczas w Łodzi. Kolejne mecze Widzewa - mimo iż w komplecie zapunktowane - tylko to potwierdzają. Na styl w tym momencie nikt nie będzie narzekał, jednak Widzew za nowego trenera wygląda dokładnie tak, jak można było oczekiwać: nie narzuca swoich warunków gry, nie stwarza sytuacji, a wajcha w sposób skrajny jest przestawiona w kierunku pragmatyzmu. W efekcie nawet grając przez większość meczu przeciwko Rakowowi w przewadze liczbnej, to częstochowiani byli lepsi pod kątem stworzonych dogodnych okazji (trzy do jednej). W meczu z Górnikiem Zabrze, widzewiacy tylko 18 razy dotknęli piłkę w polu karnym gości. To i tak o jeden raz więcej, niż przeciwko Arce Gdynia, gdy zanotowali nie tylko zero strzelonych goli, ale dokładnie tyle samo stworzonych okazji (przy zaledwie jednym strzale celnym).
Aleksandar Vuković punktuje i chwała mu za to, bo dziś nikt nie oczekuje niczego więcej, jednak sama jego obecność w projekcie pokazuje, jak dużo poszło w nim nie tak. Gdyby ktoś postawił tezę, iż wszystkie zdarzenia są dowodem na to, że właściciela klubu zawiodły osoby, którym oddał pełnię kompetencji i którym bezgranicznie zaufał, bardzo ciężko byłoby tę tezę obalić. Widzew, który po cichu mógł celować w europejskie puchary, ale już całkiem głośno w ogólny rozwój zespołu, dziś ma o sześć punktów mniej, niż Widzew w analogicznym czasie w poprzednim sezonie. Tamten Widzew po 27. kolejce miał dwanaście punktów przewagi nad strefą spadkową, obecny dzielą cztery od wyjścia z niej.
Tamten Widzew był budowany metodą budżetową. Obecny metodą co najwyżej ten budżet rozwalającą.













