Jak milionerzy inwestują w polskie kluby. Jeden klub... trudno sklasyfikować
Tylko w ostatnich 12 miesiącach kilka klubów Ekstraklasy zmieniło właściciela. W nowe ręce trafiły Cracovia, Radomiak, Korona, Pogoń i Widzew, czyli znacząca część ligi. Wiele z pozostałych klubów już wcześniej było w prywatnych rękach ludzi biznesu. Wizje i możliwości właścicieli pozwalają stworzyć mapę, według których działają lub planują działać. Ponieważ to tekst o właścicielach prywatnych, pomijamy kluby miejskie.

Ludzie biznesu coraz chętniej wchodzą w polską piłkę. Ekstraklasa jest w na tyle wyraźnej fazie wzrostu, że już teraz przyciąga bogaczy. I ten trend raczej się utrzyma, skoro oni sami widzą, iż do sufitu jest bardzo daleko. W niedawno opublikowanej rozmowie Tomasza Ćwiąkały z Karolem Klimczakiem, z ust prezesa Lecha Poznań padło zdanie, iż w przypadku wyrównania proporcji pomiędzy PKB Polski, a inwestycjami w krajowy futbol (przy zachowaniu skali z innych krajów), Ekstraklasa może być nawet siódmą ligą Europy. I jednocześnie finansowo urosnąć jeszcze kilkukrotnie, bo margines wciąż jest ogromny.
Liga, która latami kojarzyła się raczej ze studnią bez dna, teraz sama czerpie ze źródełka - co nie uchodzi uwadze ludzi, którzy rozumieją biznes. Wartość praw transmisyjnych już jest w czołówce europejskiej i przy kolejnych przetargach za każdym razem bije dotychczasowy rekord. Utworzenie Ligi Konferencji z kolei otworzyło polskim klubom drzwi na tyle szeroko, że dziś załapanie się do europejskich pucharów może oznaczać kilka-kilkakanaście milionów euro dodatkowego przychodu, a nie żegnanie się z marzeniami już w sierpniu. Coraz rzadziej słychać o problemach finansowych, coraz mniej jest klubów, z którymi piłkarz może rozwiązać kontrakt ze względu na zaległości wykraczające poza dopuszczalne normy. Polska liga po latach bycia internetowym memem, stała się zdrowym organizmem, który na biznes działa jak magnes.
Do tego dochodzą aspekty kibicowskie wśród biznesmenów. Raków Częstochowa jest w posiadaniu Michała Świerczewskiego, który jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku zamarzył sobie, by pewnego dnia kupić ten klub. Łukasz Maciejczyk na Koronę Kielce chodził od lat - nawet wykupywał dostęp do strefy VIP. Robert Dobrzycki jest zagorzałym fanem Widzewa Łódź, w którym zakochał się już dekady temu. Jeśli dojdzie również do prywatyzacji Górnika Zabrze, też będziemy mówić o przejęciu go przez odwiecznego kibica - Lukasa Podolskiego. To wszystko sprawia, że biznesowo Ekstraklasa rośnie, jak nigdy, choć gruby portfel u właścicieli nie zawsze oznacza to samo. Modele inwestowania są różne.
Model I. Sukces ma swoją cenę
Z perspektywy właścicieli najtrudniejszy model. Nieco odrealniony, skupiony bardziej na marzeniach, niż sztywnym biznesplanie. Gdy kiedyś spytałem ś.p. Janusza Filipiaka, ówczesnego właściciela Cracovii, czy nie kusi go, by choć raz wykonać abstrakcyjny ruch z biznesowego punktu widzenia, a jednocześnie taki, na jaki go stać - zainwestować na tyle dużo, by zmaksymalizować szansę na wygranie mistrzostwa Polski, spotkałem się z kontrą. - Pyta pan w ten sposób, bo nie zna wartości pieniądza - odpowiedział Filipiak. Właściciele najczęściej wyznają podobną filozofię, bazującą na założeniu, że nawet przy nieporównywalnie większym wpływie czynników losowych, biznes piłkarski powinien podlegać pod te same reguły, co biznes klasyczny. Czyli dążyć - w najgorszym wypadku - do modelu, w którym przychody pokrywają koszty.
Są jednak wyjątki. Do tej pory głównym przedstawicielem innego spojrzenia na inwestowanie w piłkę był wspomniany Michał Świerczewski. Właściciela Rakowa nie przerażało wydanie kilku milionów euro w okienku transferowym, jeśli dzięki temu mógł spełnić marzenie o mistrzostwie Polski czy załapaniu się do głównej fazy któregoś z europejskich pucharów. To on po wywalczeniu tytułu odwrócił powszechny trend polegający na sprzedaży kilku piłkarzy, którzy przypilnowali mistrzostwa, i zrobił coś zupełnie przeciwnego rozszerzając kadrę Rakowa do rozmiarów wcześniej w polskiej piłce nieznanych (inna sprawa, że i to nie pomogło w połączeniu gry na dwóch frontach). Świerczewski jednocześnie w naszej rozmowie sprzed kilku lat potwierdził, że roczna strata - wówczas na poziomie około 20 mln zł - była zakładana, bo de facto wydawane wówczas pieniądze nie były wydatkami sensu stricto, lecz inwestycjami, które miały się spłacić z sukcesu sportowego. To podejście jest o tyle ryzykowne, że żadna wydana kwota nie gwarantuje w sporcie zwrotu, lecz właściciel Rakowa był gotów na próbowanie takiego rozwiązania. Dziś Raków, po latach inwestycji, idzie w kierunku samofinansowania, lecz z tyłu zawsze siedzi właściciel, który przy odpowiedniej okazji zapewne znów "dołoży".
Do osamotnionego Świerczewskiego - tyle że w jeszcze większej skali - dołączył niedawno Robert Dobrzycki, jeden z najbogatszych Polaków, który po przejęciu Widzewa Łódź, ruszył na grube zakupy. Kwota wydana w ciągu ostatnich kilku miesięcy zbliża się już do 20 mln euro, choć boiskowe efekty są mizerne. Nie zmienia to faktu, że dla kibiców Widzewa Dobrzycki jest inwestorem wymarzonym - kompletnie nie zwracającym uwagi na bilansowanie się kosztów, dążącym do nadrobienia braków w piłkarskiej jakości w jak najkrótszym czasie, nastawionym wyłącznie na sukces sportowy, a nie własny zarobek. Dla Dobrzyckiego piłka dziś nie stanowi inwestycji finansowej, lecz inwestycję w marzenia o zbudowaniu potężnego klubu. Docelowo ma się bilansować, lecz konkretny termin nie jest wyznaczony, potrwa to lata. W tym czasie pieniądze mają być środkiem do uzupełnienia klubowej gabloty, nie zaś wrócić do portfela właściciela.
W swojej skali - gdzie sufitem jest po prostu gra na jak najwyższym poziomie, nie zaś zdobywanie tytułów zarezerwowanych raczej dla większych ośrodków - takim właścicielem jest także rodzina Witkowskich, którzy od lat utrzymują na piłkarskiej mapie Polski Bruk-Bet Termalikę Nieciecza. Klub przy okazji stanowi największą reklamę ich firmy.
Model II. Samowystarczalne przedsiębiorstwo
Jagiellonia Białystok dla wielu stała się w ostatnich latach tym irytującym kamyczkiem w bucie. Nawet, gdyby ktoś chciał szukać wymówek, zawsze zza rogu wychyli się klub z Podlasia. "Trudno zbudować drużynę bez wydawania wielkich pieniędzy", "skuteczne łączenie gry na kilku frontach jest mało prawdopodobne", "bilansowanie się na plus w każdym kolejnym sezonie graniczy z cudem" - wszystkie te wymówki brzmią wiarygodnie, dopóki człowiek nie zda sobie sprawy z istnienia Jagiellonii. Za jej sterami nie stoją najbogatsi ludzie w Polsce, choć Wojciech Strzałkowski, główny akcjonariusz, nie ukrywa, iż chętnie przygarnąłby inwestora. Ale i bez niego Jaga radzi sobie świetnie.
W przypadku klubu z Białegostoku mowa o pewnego rodzaju ekstremum, którego w tym stopniu nikt inny nie potrafi osiągnąć. Jest to marzenie Zbigniewa Jakubasa, który ma podejście podobne do Janusza Filipiaka - sukces tak, ale wyłącznie kosztem, który w przypadku braku sukcesu, nie spowoduje potrzeby dokładania z własnego portfela - co najwyżej poza egzystencjalnym minimum. Jakubas nie lubi inwestować w Motor Lublin za dużo, ale też jego celem nie jest zarabianie na klubie pieniędzy. Inaczej nie wykazywałby takiej niechęci - swoją drogą przeszacowanej - do sięgających 8 mln euro zapytań o swojego piłkarza Brighta Ede. W jego widzeniu klub ma być w pewnym sensie organizacją non-profit, która zarabia na siebie, i w której zielony excel jest ważniejszy od gabloty z pucharami. Reprezentuje środowisko właścicieli, którzy mogliby sobie pozwolić na szaleństwo w stylu Roberta Dobrzyckiego, ale brak biznesowego uzasadnienia dla spełniania marzeń im na to nie pozwala.
W te ramy można wpisać także Piotra Rutkowskiego z Lecha Poznań - z tą różnicą, że Lech generuje na tyle wysokie przychody, iż na rynku jest w stanie działać w sposób bardziej rozrzutny - jednak wciąż mieszczący się w założeniu, iż w perspektywie kilkuletniej wpływy muszą pokrywać koszty - najlepiej z nawiązką. Lech może zrobić transfer za 4 mln euro w każdej chwili, ale nie chce.
Wydaje się, że bardzo podobnie chce działać Pogoń Szczecin, którą na początku ubiegłego roku przejął kanadyjski biznesmen Alex Haditaghi. Swoje czyste zamiary względem klubu udowodnił spłacając jego 70-milionowe długi po poprzednim zarządzie, jednak w rozmowie z Interią jego prawa ręka Tan Kesler, wyraźnie wyartykułowała, iż docelowo Pogoń nie ma być klubem, który będzie się ścigał na rekordy transferowe. Ma czerpać i rozwijać piłkarzy z akademii, a z zewnątrz sprowadzać do klubu takich, których można później sprzedać jeszcze drożej. Wypisz-wymaluj model Lecha.
Bilansować według podobnych reguł ma się także Radomiak i Arka Gdynia. Trudno jednoznacznie dziś sklasyfikować Koronę Kielce - można powiedzieć, że jest gdzieś między dwoma pierwszymi modelami. Po przejęciu klubu od miasta przez Łukasza Maciejczyka, w klubie pojawiły się pieniądze, dokonano kilku znaczących transferów, natomiast skala jeszcze nie jest na tyle duża (i raczej nie będzie), by jednoznacznie Koronę umieścić piętro wyżej.
Model III. Trudno powiedzieć
Do dziś nie jest jasny model funkcjonowania Lechii Gdańsk, za której sterami stoi Paolo Urfer. Szwajcar doprowadził klub do sytuacji, w której jej finanse musiała ratować spółka Ekstraklasa (wcześniejszym przelewem jednej z transz), a piłkarze nie otrzymywali wynagrodzeń na czas. Jednocześnie posiadł zaskakującą zdolność zdobywania pieniędzy, gdy klub jest przyparty do muru. Lechia jest jedynym w Ekstraklasie klubem nie czerpiącym profitów ze sklepu klubowego (te trafiają do organizacji kibicowskiej), niechętnym do sprzedawania swoich piłkarzy (zaporowe ceny) i tak naprawdę trudno określić, w jakim dokładnie modelu działa.
Podobnie dziś można mówić o Cracovii, którą przejął Robert Platek. Nowy właściciel przez kilka pierwszych miesięcy nie określił stopnia wsparcia dla klubu, a w jedynym wywiadzie, jakiego udzielił polskim mediom - niedawno serwisowi goal.pl - z jego ust nie padła żadna konkretna informacja. Wokół Platka jest wiele wątpliwości, czy wręcz obaw, patrząc, jak po równi pochyłej zsuwały się jego kluby w innych krajach. Wspólnym mianownikiem na pewno było jedno - niechęć do wkładania tam własnych pieniędzy. Cracovię przejął - jak twierdzi - między innymi dlatego, że w Polsce przy braku wielkich inwestycji łatwiej awansować do europejskich pucharów, niż we Włoszech i Portugalii. Finansowego eldorado i wstąpienia do modelu numer jeden tutaj na pewno nie będzie. Model drugi wydaje się prawdopodobny. W tle majaczy się wizja jeszcze innego modelu - polegającego na zarabianiu na klubie bez celu, jakim jest sukces sportowy (sprzedaż piłkarzy, egzystowanie w lidze), ale wciąż mamy za mało danych, by stawiać takie tezy.
Model IV. Legia Warszawa
Modelu Legii nie da się zamknąć w żadnym z trzech powyższych. Mamy tu właściciela zaangażowanego, przekonanego o tym, że celem najwyższym są sukcesy sportowe prowadzące do sukcesów finansowych, jednak nie posiadającego na tyle wysokich środków, by w klub dostatecznie inwestować. Co gorsza - nie posiadającego też know-how, które uprawnia do zasiadania w modelu numer dwa. Stąd brane w przeszłości pożyczki, które Legii ciążą do dziś, i które w połączeniu z fatalnymi decyzjami inwestycyjnymi doprowadziły klub na skraj. Dariusz Mioduski nie jest w stanie wykładać milionów na stół, a gigantyczne koszty, jakie generuje jego Legia, nie są w stanie bilansować się bez wysokich transferów wychodzących oraz sukcesów w europejskich pucharach. Legia Mioduskiego chciałaby być w drugim modelu w odpowiednio większej skali od będących tam klubów - samobilansować się, ale na takim poziomie, by finansowo rozstawiać innych po kątach, ale to wygląda jedynie na marzenie właściciela Legii. O tyle niespełnialne, że przez blisko dekadę swoimi działaniami udowadniał, że nie jest w stanie podejmować optymalnych decyzji. Aktualny model Legii to zatem przetrwanie. Abstrahując od tego, że klub jest zagrożony spadkiem, przy braku awansu do europejskich pucharów trudno wyobrazić sobie większe inwestycje. Kolejne okno transferowe sprowadzi się raczej do cięcia kosztów.














