Reklama

Reklama

Iwan na ostro: Polska piłka w głębokim kryzysie

W naszym futbolu poronione mamy wszystko: system szkolenia narybku, mentalność piłkarzy i mafię menedżerów, a na dodatek przygotowania do Euro 2012 zaślepiają nas całkowicie i wszyscy boją się wprowadzić gruntowne reformy, które rozwaliłyby ten układ - powiedział nam przed startem sezonu Ekstraklasy Andrzej Iwan, który jest w szoku po popisach naszych "eksportowych" klubów w eliminacjach do europejskich pucharów.

INTERIA.PL: Kluby mają problemy z dotrwaniem do sierpnia w europejskich pucharach, w Lidze Mistrzów jesteśmy nieobecni od 14 lat. Nie ma na nas na salonach piłkarskiej Europy. Reprezentacja męczy się ze strzeleniem choćby jednego gola, a od Hiszpanów inkasuje sześć. Co się dzieje z polskimi piłkarzami?

Andrzej Iwan*: - Ich mentalność zawodzi na całej linii. Zresztą polska mentalność szwankuje w różnych dziedzinach życia, nie tylko w sporcie. Zbyt wcześnie zadowalamy się tym, co udało się osiągnąć, i osiadamy na laurach. Nie mamy parcia do przodu, ukierunkowania na rozwój, determinacji, by realizować cele. Wiem to po sobie. Też zadowalałem się szybko byle czym... Później człowiek pewnych rzeczy może tylko żałować.

Reklama

Kuba Błaszczykowski, który zrobił błyskawiczną karierę, wychodząc z czwartoligowego KS Częstochowa, jest chyba wyjątkiem.

- Dokładnie. Kolosalną rolę odgrywają wychowanie, geny, które u Kuby są takie, jak być powinny. Zdecydowana większość naszych piłkarzy nasyca się jednak zdecydowanie za szybko. A przecież, jak na Polskę, mają wymarzone warunki do rozwoju kariery - znakomite zarobki, pełen profesjonalizm w klubach.

- Jeszcze jak się spojrzy na Wisłę, która niemal rok w rok zdobywa mistrzostwo Polski, to wysokie płace są wytłumaczalne, choć nie we wszystkich przypadkach, lecz w innych klubach już nie bardzo.

W Ekstraklasie najlepsi pod względem płac, z którymi nie zawsze w parze idą umiejętności, zarabiają po 300-400 tys. euro rocznie. Czy to nie przesada? Przecież w skali Europy ci piłkarze nic nie znaczą!

- Ja bym takich pieniędzy nie odmówił na pewno Arkowi Głowackiemu. Wystarczy rzut oka na jego głowę, ile na niej sznytów, ran, blizn - widać, że ten chłopak dawał z siebie wszystko. Trudno się dziwić, że Turcy zgłosili się właśnie po niego (za 800 tys. euro "Głowa" trafił z Wisły do Trabzonsporu - przyp. red.). Natomiast na przeciwległym biegunie jest Wojtek Łobodziński, który nie dość, że słabo gra, to jeszcze nie wykazuje za grosz zaangażowania.

Dlaczego współcześni polscy piłkarze grają gorzej od waszego pokolenia? Wy nie mieliście tak profesjonalnych przygotowań do sezonu połączonych z wyjazdami na zagraniczne zgrupowania, a zimą do cieplejszych krajów?

- Jednym z nieszczęść polskiej ligi są sport-testery, które w założeniu miały pomóc. Tymczasem piłkarze zasłaniają się nimi. Ustalono im tętno progowe, powyżej którego nie wychodzą, bo by im zaszkodziło. A przecież w meczach powinni dawać z siebie wszystko! Ze zmęczenia powinni rzygać, mdleć, z wysiłku narobić w spodnie, cokolwiek!

Naprawdę zdarzało się panu wymiotować po meczu?

- Pewnie, nawet podczas meczu. Skoro takie tłumy przychodziły na stadion, to nie po to, żeby oglądać, jak człowiek spaceruje po murawie i schodzi do szatni w nieskazitelnie czystych koszulkach i spodenkach.

- Monitoring treningu powinien być stosowany, ale jako narzędzie przyspieszające regenerację zawodnika między meczami czy zapobiegające "zajechaniu" piłkarza na treningu, a nie jako alibi dla słabej gry, odpuszczania podczas spotkania. Jak słyszę tłumaczenia piłkarzy, że oni nie mogą dużo biegać, bo są szybkościowcami, to mnie rozsadza.

- Nas nikt nie monitorował i jakoś zdrowi byliśmy. Teraz słyszę, że piłkarzom nie wytrzymują pachwiny, Achillesy (ścięgna - przyp. red.). Nic dziwnego, skoro w okresach przygotowawczych pracują w komfortowych warunkach w ciepłych krajach, a potem wracają i trenują na błotach w marcu i lutym, bo przecież rzadko który klub ma profesjonalną bazę treningową. Myśmy trenowali w zimie, w kopnym śniegu. Podczas takich gierek wszystkie partie mięśni pracowały, wzmacniając się w ten sposób.

A może to wszystko przez niesportowy tryb życia?

- Z tym było gorzej za moich czasów. Gdyby wtedy były bulwarówki, to codziennie miałyby na pierwszej stronie zdjęcia z naszych balang. Niestety, nie wylewaliśmy za kołnierz, ale też alkohol nie był dla nas wymówką, by chować się do treningu czy podczas meczu. Wręcz przeciwnie, gdy szedłem na trening po balandze, to dawałem z siebie jeszcze więcej niż zwykle, żeby trener niczego nie zauważył. Czasem człowiek wymiotował, ale się hartował. Jasne, że na dłuższą metę działo się to ze szkodą dla organizmu, ale wtedy nikt by mi tego nie wytłumaczył.

- Dlatego słabości polskiej piłki nie ma co szukać w niesportowym trybie życia. Pod tym względem akurat dzisiaj jest dużo lepiej niż za moich czasów. Chłopaki wiedzą, co jeść, jakie stosować odżywki i witaminy. Problem tylko w tym, że od tego wszystkiego nie urosną im zwykłe, piłkarskie jaja, czyli charakter do walki.

Truizmem stało się już stwierdzenie, że dorosło nam słabsze pokolenie, wychowane na komputerach, a nie na podwórkach, z piłką przy nodze. Zgadza pan się z nim?

- Oczywiście. Kiedy analizuję najnowsze dzieje polskiej piłki, to dochodzę do wniosku, że ostatnim pokoleniem, które coś osiągnęło, były roczniki 1971-1972 - tacy Świerczewscy, Hajty, Juskowiaki, którzy zdobyli wicemistrzostwo olimpijskie w Barcelonie. Oni jeszcze prawdziwy poligon piłkarski przechodzili na podwórkach, przed blokami, gdzie była duża selekcja i naturalna eliminacja - słabszy odpadał. Do klubów przychodzili już z niemałymi umiejętnościami, dobrym charakterem, bo jak ktoś kopał byle jaką piłkę na marnym skrawku asfaltu czy trawnika, to musiał go mieć.

- A dzisiaj? W klubach zjawiają się dzieciaki oderwane siłą od konsoli, często niemal wyłącznie z dobrych domów, bo w trampkarzach i juniorach trenerzy stawiają na tych, których tatuś pomaga finansowo klubowi. Tu jest pies pogrzebany! Dziecko z biednego domu ma może zadatki, ale w dzisiejszych realiach nie ma szans się przebić! A przecież futbol kiedyś był grą dla plebsu.

- Piłkarze wychowani w warunkach naturalnych są obecnie rzadkością. Wyjątkiem mogą być bracia Brożkowie. To podwórkowi - w dobrym tego słowa znaczeniu - piłkarze. Oni się wiele nie nauczyli po przyjściu do Wisły. Technicznie ukształtowało ich podwórko, to samorodki. To zupełnie inne przypadki niż Marcin Baszczyński, który po przyjściu z Ruchu miał problemy z trafieniem w piłkę lewą nogą i z Adamem Nawałką organizowaliśmy mu ćwiczenia na poprawienie techniki uderzenia słabszą kończyną.

Na drugiej stronie znajdziesz: o mafii menedżerskiej, pułapce "Euro 2012", kompromitacji naszych zespołów w pucharach

Zbigniew Boniek napisał ostatnio w swym felietonie, że chorobą polskiej piłki są menedżerowie. Zgadza się pan z tym?

- Jak najbardziej! Menedżerowie, to zakała. Robią piłkarzom zamęt w głowach. Gorsze jest jednak to, że wchodzą w zgniłe układy z działaczami. Podejrzewam, że odbywa się to w ten sposób: raz się gdzieś tam dogadali przy jakiejś transakcji, a potem to się ciągnie i jeden drugiego boi się zdradzić, bo każdy jest "umoczony", wie, że to może wyjść na jaw i tak ta współpraca trwa.

- Dosyć wnikliwie śledzę naszą Ekstraklasę i 1. ligę, więc śmiało mogę powiedzieć, że 30 procent zakontraktowanych w najwyższej klasie rozgrywkowej piłkarzy nie powinno nawet pod nią podchodzić! Oczywiście, musimy też wziąć pod uwagę fakt, że w 1. lidze, jeśli chodzi o jakość piłkarzy, cudów nie ma, ale 70 procent piłkarzy z zaplecza Ekstraklasy prezentuje umiejętności podobne, albo nawet wyższe niż ci słabeusze, i tylko układy menedżerskie powodują, że to właśnie tamci znajdują angaż w najwyższej lidze.

- Z czym się to wiąże? Zdecydowana większość piłkarzy-słabeuszy ma menedżerów. Menedżer żyje z liczby piłkarzy i z częstotliwości zmieniania przez nich klubów.

- Powiązania menedżerów z działaczami, a czasem nawet trenerami, blokują drogę do klubów utalentowanej młodzieży i odbierają chęci do pracy wychowankom. Wychowanek w ten sposób przestaje się identyfikować z klubem tak bardzo, jak to się działo w moich czasach.

- Patrzmy jednak na obie strony medalu. Podejrzewam bowiem, że większość kibiców chciałaby, tak jak ja, żeby przeciętniaków z zagranicy, których w lidze coraz więcej, zastępować młodymi Polakami. Tymczasem transfery Wisły i Legii - Lech był mniej aktywny w letnim okienku transferowym - to przecież, na 17 sprowadzonych, niemal sami obcokrajowcy! Jeśli już pozyskiwano Polaków, to najpewniej będą oni grzać ławę - Kiełb w Lechu i Wilk w Wiśle.

A ta druga strona medalu?

- Musimy się zastanowić, czy to dyskryminacja polskich zawodników, czy wartościowych Polaków tak naprawdę nie ma.

A jeśli już, to kluby wyceniają ich na milion euro. Zapłaciłby pan tyle za Sobiecha albo Sadloka? Legia właśnie tyle dała za Vrdoljaka, który był gwiazdą Dynama Zagrzeb.

- Absolutnie nie wyłożyłbym takich pieniędzy. To wielka różnica być gwiazdą Dynama Zagrzeb a Ruchu Chorzów. Szkoda, że Sobiech i Sadlok nie znaleźli się w bogatszych od Ruchu klubach - Wiśle albo Lechu. Te kluby byłyby w stanie dłużej ich utrzymać u siebie, a w Ruchu doszło do szybkiej sprzedaży, zanim zawodnicy na dobre się ukształtowali.

- Przecież Ruch "szczypał się" z pieniędzmi już przy zakupie Sobiecha i Grunwaldowi Ruda Śląska zapłacił niewiele, i teraz musi dzielić się wpływami przy kolejnym transferze do Polonii Warszawa.

- Przy okazji Sobiecha zastanówmy się, ilu młodych polskich piłkarzy w minionym sezonie wybiło się w lidze?

Sobiech, Małecki, Cetnarski... Niewielu.

- Na dobrą sprawę od momentu pojawienia się Roberta Lewandowskiego nie było młodego piłkarza, który by przyćmił innych. Cezary Wilk jesienią grał nieźle, rozwinął się przy boku Vukovicia, ale już wiosnę miał słabszą itd.

Wracając do menedżerów, ostatnio głośno było o konflikcie Jarosława Kołakowskiego z bramkarzem Arkadiuszem Onyszką. Zamiast zgodnie z umową podzielić się prowizją, ok. 200 tys. zł, menedżer Kołakowski oddał ją właścicielowi Polonii Warszawa, Józefowi Wojciechowskiemu, po tym, jak okazało się, że Onyszko ma chore nerki.

- Dla mnie to skandal. Menedżer powinien być agentem piłkarza, dbać o jego interesy. Tymczasem zachowanie Jarosław Kołakowskiego w stosunku do Arkadiusza Onyszki było fatalne Nagle przeszedł na drugą stronę barykady tylko po to, żeby nie zamknąć sobie drogi do dalszych transferów do Polonii, a zawodnika pozostawił samemu sobie.

- Jeśli pan Kołakowski jest taki szczodry, to niech odda Cracovii pieniądze za Polczaka czy Wasiluka, którzy do gry "Pasów" nic dobrego nie wnieśli. Za te transakcje menedżer Kołakowski pewnie prowizje wziął i nie przejmował się tym, że zrobił klub w balona. Inna rzecz, że Kołakowski ma swoich popleczników, bo prezes Cracovii Janusz Filipiak ogłasza publicznie, że ma dwójkę najlepszych w Polsce stoperów dzięki transferom Polczaka i Wasiluka.

Jeszcze chyba nigdy nie było tak masowej kompromitacji polskich zespołów w europejskich pucharach, jak w tym roku...

- Po tym czwartku, gdy jednego dnia wszystkie drużyny dostały "w łeb", jestem w wielkim szoku. Po raz pierwszy tego lata szok przeżyłem, gdy oglądałem na żywo Ruch z Szachtiorem Karaganda. Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby rywal z egzotycznej ligi miał tak miażdżącą przewagę nad naszym zespołem i to pod każdym względem! Szachtiorowi brakowało tylko skuteczności. Natomiast kultura gry, indywidualne wyszkolenie - to były atuty piłkarzy Szachtiora! Nie atakuję trenera Fornalika, bo trener w sporej mierze jest uzależniony od swojego warsztatu, od tego, jakimi dysponuje piłkarzami. Jeżeli zawodnik ma kłopoty ze wszystkim - przyjęciem piłki, dograniem - to ciężko mówić o realizacji założeń taktycznych.

- Co z tego, że trener będzie sobie mówił o najmądrzejszej taktyce, kiedy zawodnik będzie się zachowywał tak, jak Boguski w pierwszym meczu z Karabachem Baku. To przecież wołało o pomstę do nieba! Rafał to bardzo fajny chłopak, ale musi zrozumieć, że gra w piłkę czasem boli. A tymczasem już drugi sezon słyszę, że "Bogusiowi" odzywa się blizna. No, rany boskie! Człowieku, jak nie będzie ci się nic odzywało, to znaczy, że nie będziesz żył! Musisz zacisnąć zęby. Przyjęcie piłki, zastawienie jej i sprowokowanie przeciwnika do kopnięcia, to element gry. Nie można cały czas, unikając kontaktu, odgrywać piłki "w ciemno" do partnera, trzeba się liczyć z tym, że czasem futbol, to walka wręcz.

- Czasami trenerzy mówią, że trzeba zaostrzyć grę i co się dzieje? Piłkarze nie umieją grać ostro, ale potrafią brutalnie i później kończymy mecze w zdekompletowanych składach. Prawda jest smutna: gramy brutalnie albo jak panienki. Nie ma gry ostrej.

Dlaczego?

- Spora w tym wina sędziów, którzy dają się nabierać na krzyk, nurkowania itd. Spotkanie o Superpuchar Polski Lecha z Jagiellonią nie było takie trudne do prowadzenia, ale sędziowie, Arabowie, mi się podobali (jako główny Marai Alawaji z Arabii Saudyjskiej - przyp. red.). Przy sędzim z obcego kraju piłkarze zachowywali się inaczej - nie pajacowali, nie dyskutowali. Arbitrów ligowych znają, ci boją się narażać.

Może uratuje nas Euro 2012?

- Boję się, że mistrzostwa Europy, zamiast być zbawczymi, to przeszkodzą. Jesteśmy skoncentrowani tylko na tym, żeby osiągnąć wynik na ME. Wynik, czyli wyjście z grupy, bo o niczym innym nie możemy nawet marzyć. Przez to przez parę lat konieczne przecież reformy są w d..., bo nikt nie ma odwagi ich wprowadzać i rozpierniczyć ten układ.

- Może nawet nie chodzi o samo rozpierniczenie, ale w jakim szanującym się dużym kraju, a za taki się uważamy, gdzie piłka tak źle stoi, wszyscy robią dobrą minę do złej gry i nikt nie reaguje. Wystarczy spojrzeć na Wydział Szkolenia PZPN - nie ma żadnych upublicznionych materiałów szkoleniowych, które byłyby dostępne nie tylko dla trenerów walczących o licencję pro, ale też dla tych pracujących z młodzieżą w małych klubach! Budowy piramidy nie zaczyna się od góry, tylko od dołu, i tu jest największy problem ze szkoleniem młodzieży. A przecież dyrektor sportowy PZPN, Jurek Engel, to inteligentny człowiek, tylko nie zawsze swoją inteligencję realizuje we właściwy sposób.

Czytaj również:

Wołowski: Polscy piłkarze i trenerzy mocno trzymają się dna

Boniek: Przegrywać, to my się dopiero nauczymy!

Kołtoń: Dlaczego najbogatsze polskie kluby nie chcą Polaków?


* Andrzej Iwan

Urodzony 10 listopada 1959 roku w Krakowie.

Znakomity piłkarz:

- Wandy Kraków,

- Wisły Kraków (198 meczów i 69 goli w latach 1976-1985),

- Górnika Zabrze (68 meczów, 21 goli w latach 1985-1987, wracał też na krótko do Zabrza w 1989 r. i 1992 r.)

- VfL Bochum (30 meczów i 2 gole w sezonie 1988/1989)

- Arisu Saloniki

- FC Azzuri (1992/1993)

- FC Pully (1993)

- Kuchnie Izdebnik (1994).

W reprezentacji Polski rozegrał 29 spotkań i strzelił 11 goli, z kadrą Antoniego Piechniczka wywalczył trzecie miejsce na MŚ w Hiszpanii (1982).

W karierze trenerskiej był asystentem Adama Nawałki w Ekstraklasie (w Wiśle i Zagłębiu Lubin), samodzielnie prowadził czwartoligowy Okocimski Brzesko (2003) i Płomień Jerzmanowice (2005, klasa okręgowa). Przygodę z trenerką, jak na razie, zakończył prowadząc juniorów Wiatru Ludźmierz (2006).

Wszystkie mecze Ekstraklasy możesz u nas śledzić NA ŻYWO!

Kto z kim, gdzie i o której? Rozkład jazdy Ekstraklasy!

Układ sił - składy drużyn z sylwetkami piłkarzy!

Przekonaj się, kto kogo kupił i za ile!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje