Grał z Widzewem w Pucharze Europy, teraz serce mu pęka. "Nawet ptasiego mleczka im nie brakuje"
Wiesław Wraga strzelał gole Liverpoolowi czy Rapidowi Wiedeń w Pucharze Europy, a w Widzewie rozegrał ponad 160 spotkań. Teraz jego klub broni się przed spadkiem, mimo że na transfery wydano około 100 mln złtych. - Widzew powinien być bardziej polskim zespołem, w którym polscy zawodnicy będą bardziej żyć z tym klubem i kibicami. Będą tutaj dla nich. Przez lata tak właśnie było, a teraz mamy zagraniczny zaciąg. Piłkarze przychodzą, dzisiaj są, a jutro ich nie ma i właściwie nie identyfikują się z klubem - uważa prezes Stowarzyszenia Byłych Piłkarzy Widzewa.

Andrzej Klemba: Patrzy pan na grę Widzew, na tabelę Ekstraklasy i…?
Wiesław Wraga: Nie podoba mi się to, że tak wygląda tabela, ale trzeba walczyć do końca. Nie chciałbym za dużo mówić, tam jest tyle osób w klubie, którzy się znają na piłce, że na pewno wiedzą lepiej.
Pan może oceniać z zewnątrz, przez lata grał w Widzewie a do tego jest prezesem stowarzyszenia byłych piłkarzy tego klubu.
- No tak, ale narzekanie, mówienie, że coś źle jest zrobione, niewiele da. Myślę, że w końcu ktoś się obudzi i poustawia, to tak jak to powinno wyglądać. Zostało pięć spotkań. Trzeba walczyć i grać, bo jak na razie to nie jest walka po widzewsku. Nie tak dawno był trener, który się chwalił, że w niektórych meczach zespół już pokazał widzewski charakter i walkę. Tego jednak wcale nie ma. Jestem za tym, że Widzew powinien być bardziej polskim zespołem, w którym polscy zawodnicy będą bardziej żyć z tym klubem i kibicami. Będą tutaj dla nich. Przez lata tak właśnie było, a teraz mamy zagraniczny zaciąg. Piłkarze przychodzą, dzisiaj są, a jutro ich nie ma i właściwie nie identyfikują się z klubem. Tak przynajmniej mi się wydaje. A to przecież świetne miejsce do rozwoju kariery, wszystko podane na tacy, zarabia się świetne pieniądze, a niewiele, przynajmniej na razie, dają w zamian. Może to są ludzie, którzy jeszcze się obudzą i będą grać w piłkę, ale patrzymy to, co się dzieje teraz.
Widzew nieźle gra w obronie, ale właściwie nie stwarza zagrożenia w ataku. Tak się nie da uniknąć spadku.
- Przecież nikt nikogo nie oszuka, jeśli się powie, że właściwie nie tworzymy sytuacji bramkowych. Z Radomiakiem przegraliśmy 1:2, ale my nawet gola nie strzeliliśmy [padł samobójczy - przyp. red.]. Ile mieliśmy strzałów na bramkę? Właściwie żadnego. Jeśli nie tworzy się sytuacji, nie strzela na bramkę, to się nie wygrywa. Słabo to wygląda. Szansa wciąż jeszcze jest. Zostało pięć spotkań, a tabela w tym roku jest taka, że ja nie pamiętam, by wcześniej tyle drużyn było wciąż zagrożonych spadkiem. Tu też nie chodzi o przekonywanie zawodników, że muszą wejść na boisko i grać na całego. Oni to powinni wiedzieć, że trzeba zasuwać, walczyć, bo to jest też ich kariera. Jeśli tutaj zepsują to do końca, to nie wiem, gdzie oni znajdą klub, w którym będą mieli takie warunki. Wszystko jest robione dla nich do grania w piłkę. Pewnie nawet ptasiego mleczka nie brakuje. My trenowaliśmy na jednym boisku, bo innego nie było.
A oni mają wszystko i mogą robić najfajniejszą rzecz, czyli grać w piłkę, a do tego za bardzo godziwe pieniądze.
Gdzie jednak pan i kibice powinni szukać optymizmu?
- Nie wiem. Ktoś tych zawodników kupił do Widzewa. I chyba coś tam w piłkę grają. Patrzę na zdjęcie całej drużyny, a tam wokół piłkarzy szereg różnych osób, którzy są przy zawodnikach. No to myślę, że oni wiedzą, co i jak. Jak jest rzut wolny dla naszej drużyny, to zaraz któryś zrywa się z ławki i pokazuje dziwne rzeczy, gestykuluje, a zawodnicy tego nie rozumieją. Podchodzi piłkarz i wywala piłkę w aut czy nie potrafi dośrodkować dalej niż w pierwszego rywala.
Mówi pan, że trzeba walczyć i wierzyć do końca.
- Bo nie mamy innego wyjścia. Trzeba wystawić zawodników, którzy będą walczyć, zasuwać. Na przykład Mariusz Fornalczyk może za dużo nie daje drużynie, bo wymagamy piłkarsko od niego dużo więcej. Dla mnie jednak jest właściwie jedynym zawodnikiem, który najwięcej walczy i daje z siebie. A czasem brakuje dla niego miejsca na boisku. Niech robi szum i hałas. Z Bruk-Betem ileś tam piłek zepsuł, bo źle dograł, ale w końcu tą jedną dobrze podał i Widzew wygrał.
Pan jest zaskoczony, że po takich wydatkach i tylu wzmocnieniach, Widzew broni się przed degradacją?
- Wszyscy są tym zaskoczeni. Liczyliśmy na coś więcej. Spodziewałem się, że dłużej potrwa marsz w górę tabeli, bo niektórzy, nie wiem dlaczego, myśleli, że od razu będzie mistrz Polski czy puchary. Trzeba dwa, trzy lata poświęcić na to, żeby wszystko zaczęło działać jak w normalnym klubie. Nie może być tak, że co pół roku wymieniamy 15 zawodników. Oni w życiu się nie zgrają i nie będą rozumieli na boisku. Za starych czasów to były jedna, dwie zmiany w drużynie. Człowiek nieraz grał w ciemno. I to jest też potrzebne, bo ci zawodnicy zupełnie się nie rozumieją na boisku.
A pana jako Widzewiaka z krwi i kości ta sytuacja chyba boli osobiście?
- Oczywiście. Chodzę na mecze regularnie i chciałbym, żeby było dużo lepiej. Na pewno będę wierzył do końca, że się uda utrzymać, a później w końcu ktoś to właściwie poustawia. Miejsce takiego klubu jest w ekstraklasie i tak, jak tu wszyscy by chcieli w pucharach. Trzeba jednak budować wolniej i spokojniej, a nie na wariata.













