Gol 15 sekund po przerwie w hicie Ekstraklasy. I szybka odpowiedź. Emocje w Poznaniu
Rok i dwa tygodnie temu Jagiellonia Białystok przyjechała do Poznania jako mistrz Polski, została wtedy przy Bułgarskiej dotkliwie pobita, przegrała 0:5. A teraz przyjechała by się odegrać, a przy okazji - zostać nowym liderem Ekstraklasy. I po pierwszej połowie wszystko wskazywało, że tak się stanie. Druga wyglądała już jednak inaczej, kolejny hit Ekstraklasy znów zakończył się podziałem punktów. Lech - Jagiellonia 2:2.

Za cztery dni Lech i Jagiellonią zainaugurują fazę ligową Ligi Konferencji: do Wielkopolski przyjedzie Rapid Wiedeń, na Podlasie - maltański Hamrun Spartans. Dla jednych i drugich zacznie się faktyczne łączenie trzech rozgrywek, bo przecież dojdzie jeszcze Puchar Polski. I choć punkty w Europie są arcyważne, choć z gry o krajowy puchar na tym etapie odpaść nie wypada, to jednak jeszcze ważniejsze jest utrzymanie się w czubie stawki w walce o mistrzowski tytuł. I w grze o kolejną próbę przedostania się do Ligi Mistrzów, co nie udało się "Kolejorzowi" tego lata, a Jagiellonii - poprzedniego.
Niels Frederiksen i Adrian Siemieniec dostali zaś przed wznowieniem rywalizacji w Europie dwa poważne sprawdziany, bo przecież w środę odrabiano zaległości na najwyższym poziomie: Lech zremisował w Częstochowie 2:2, zaś Jagiellonia w Warszawie - 0:0.
Dziś po pierwszej połowie starcia przy Bułgarskiej nikt by chyba nie powiedział, że goście z Białegostoku mieli za sobą ciężki mecz zaledwie cztery dni temu.

Ekstraklasa. Lech Poznań - Jagiellonia Białystok. Hitowe starcie dwóch ostatnich mistrzów Polski
14 września zeszłego roku Jagiellonia została w Poznaniu rozbita, przegrała tu 0:5, choć duży wpływ na taki wynik miała czerwona kartka Adriana Diegueza jeszcze w pierwszej części spotkania. Wynik był jednak wstydliwy dla ówczesnego mistrza Polski, koniec końców to Lech odzyskał tron po trzyletniej przerwie.
Gdyby teraz brać pod uwagę tylko wydarzenia z pierwszej połowy, wynik mógłby się kierować w odwrotną stronę. Lech przed przerwą został całkowicie przyćmiony przez ekipę Siemieńca, zupełnie przegrał rywalizację o środek pola.
Poznaniacy w pierwszych minutach próbowali grać bardzo wysokim pressingiem, już przy polu karnym Jagiellonii. A później sytuacja się odwróciła, sami mieli problem z wyjściem z własnej połowy. Duet Thordarson/Kozubal nie radził sobie, Taras Romanczuk wyglądał przy nich jak pan profesor. Goście byli coraz groźniejsi, zwłaszcza po przejęciach piłki. Co przy niepewnej defensywie Lecha zdarzało się bardzo często.

Przez całą pierwszą połowę poznaniacy oddali dwa strzały, jeden celny, gdy w 42. minucie uderzenie Filipa Jagiełły zostało wyblokowane i ledwie dotoczyło się do Sławomira Abramowicza. Jagiellonia groźniejszych sytuacji miała kilka, jeśli nie kilkanaście, nie wszystkie kończyły się uderzeniami. Nieźle wyglądał powrót do Poznania, po latach, Kamila Jóźwiaka, to on miał udział przy bramce. A ta padła w końcu w doliczonym czasie, choć okazje były już wcześniej. Choćby po uderzeniu głową Dusana Stojinovicia, gdy Bartosz Mrozek patrzył, jak piłka odbija się od poprzeczki.
W trzeciej z czterech doliczonych minut Lech popełnił szereg błędów - Joao Moutinho niechlujnie podał, Pablo Rodriguez stracił piłkę, Antoni Kozubal źle wracał do defensywy. Jagiellonia zaś to wykorzystała, Jóźwiak uruchomił Alejandro Pojo, ten zagrał w pole karne, a Jesus Imaz był tam sam, uderzył pod ręką Mrozka.
Jak najbardziej zasłużenie goście prowadzili. I aż dziw, że tylko 1:0.
Takiego wejścia w drugą połowę Lech jeszcze nie miał. 15 sekund i już był remis. Za chwilę odpowiedź Jagiellonii
Jeśli kibice w Poznaniu w przerwie poszli do punktów gastronomicznych i po przerwie nie zdążyli na czas wrócić na swoje miejsca, sporo stracili.
Lech bowiem popisał się czymś, co jednak zdarza się rzadko. Ledwie wznowił grę, a już remisował - minęło zaledwie 15 sekund. Jagiełło zagrał do Leo Bangtssona, ten uderzył z linii pola karnego, Abramowicz został zaskoczony.
Na odpowiedź Jagiellonii trzeba było czekać zaledwie dwie minuty. Afimico Pululu może i nie miał dziś za wiele roboty w polu karnym Lecha, ale tym razem popisał się niemal przy linii środkowej. Joel Pereira zahaczył piłkę, która nie była adresowana do niego, przepchnął go Leon Flach, a za moment Pululu podał do Oskara Pietuszewskiego. 17-latek zachował się jak rutyniarz, balansem zmylił Jagiełłę, a za moment uderzył w dalszy róg bramki.
Ponad 35 tys. kibiców na stadionie przy Bułgarskiej zamilkło.

Jagiellonia może nie tyle skupiła się na defensywie, choć cofnięcie było jednak widać, co została trochę zepchnięta przez Lecha. Ten ruszył do przodu. W 59. minucie dostał prezent od Leona Flacha, który ciągnął za koszulkę przy rzucie rożnym Mateusza Skrzypczaka. Przewinienie było głupie i widoczne - Mikael Ishak wyrównał z karnego na 2:2.
A za moment najpierw świetną okazję miał Kozubal, a po nim - Bengtsson. Jagiellonia znalazła się w opałach, jeszcze ekwilibrystyczną przewrotką Abramowicza starał się zaskoczyć Ishak, golkiper gości był na posterunku.
I choć Lech wciąż groźniej atakował, wynik już się nie zmienił. W ligowej tabeli Jagiellonia wciąż wyżej od poznaniaków, ale pozycji lidera jednak nie wywalczyła.










