Gikiewicz: Szary koniec Legii Warszawa
Najgorsze nie jest to, że Legia zameldowała się w strefie spadkowej - tylko to, że zaczyna się w niej urządzać.

Było bardzo blisko tego, by piłkarze Marka Papszuna osunęli się na ostatnie miejsce w ligowej tabeli. W pewnym momencie już tak było: Morgan Fassbender popędził na bramkę Górnika Zabrze i na raty, ale wykorzystał sytuację sam na sam z Marcelem Łubikiem. Bruk-Bet Termalica prowadził w Niecieczy z Górnikiem Zabrze. W normalnych warunkach, pewnie niewielki odsetek kibiców Legii Warszawa zwracałby taką uwagę na starcie tych drużyn. Zwłaszcza w poniedziałkowy wieczór, który w naszej lidze ostatnio nie sprzyja spektaklom - w żadnym z ostatnich pięciu takich meczów nie padły więcej niż dwa gole.
A jednak, wynik tego starcia śledzili nie tylko fani "Wojskowych", ale większość ekstraklasowej Polski. Legia bowiem tuż po 19:00 znalazła się na samym dnie ligowej tabeli. Została czerwoną latarnią, którą zgasił w Warszawie dopiero samobójczy gol Arkadiusza Kasperkiewicza, kilka minut przed przerwą.
I to tylko tymczasowo, w teorii, według przepisów trwających do ostatniej kolejki. Bo gdyby sezon zakończył się dziś, to właśnie Legia byłaby na miejscu osiemnastym. 21 punktów ma bowiem tylko ona i Bruk-Bet, a w Ekstraklasie bardziej od bilansu bramek liczą się mecze bezpośrednie. A tutaj, póki co, górą są piłkarze Marcina Brosza, który po trafieniu Andrzeja Trubehy w doliczonym czasie gry triumfowali jesienią przy Łazienkowskiej.
Spodziewałem się, że maszyna Marka Papszuna będzie trochę jak lokomotywa w wierszu Juliana Tuwima. Nie ruszy jak Capita Capemba na pierwszych metrach - prędzej jak Mileta Rajović. Powoli. Ociężale. Ospale. Z mozołem.
Ale i tak jestem zaskoczony, że idzie tak ciężko. Bo przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że nawet pomimo kontuzji - których plaga dotknęła Legię na starcie roku - w drużynie ze stolicy nie brakuje jakości. Owszem, brakowało kogoś, kto ją odpowiednio wyeksponuje. Ustawi na odpowiednich torach, jak już się trzymamy lokomocyjnego porównania (wiem, bardziej kojarzy się z klubem, za którym kibice Legii nie przepadają - wybaczcie!).
Tymczasem można zapytać, jak w tym wierszu: dudni, stuka, łomoce i pędzi - a dokąd?
Póki co, do pierwszej ligi. Bo Legia Papszuna w pierwszych trzech meczach nie wygrała ani razu. A czy była chociaż piłkarsko lepsza? Owszem, za każdym razem miała większe posiadanie, oddała więcej strzałów, wymieniła więcej podań, ale czy kontrolowała te mecze? Czy było tak, że miała niewyobrażalnego pecha?
Nie, raczej szczęście: że w Gdyni z Arką zdążyła idealnie wykonać dwa rzuty rożne w samej końcówce, albo że wszystkie kontrowersyjne decyzje sędziowskie w Katowicach były na jej korzyść.
O sędziach też można napisać po tej kolejce wiele, zwłaszcza że w Warszawie Legia zagra z drużyną, która po tej kolejce miała do arbitrów chyba największe pretensje. Nie rozumiem, jak można było nie gwizdnąć ręki Henrikssenowi z Cracovii w polu karnym, a zrobić to w starciu Wisły Płock z Widzewem Łódź. Kibice czerwono-biało-czerwonych rozumieją, w końcu jeszcze bardziej odwróconego plecami do piłki Frana Alvareza nabił kiedyś piłkarz Stali Mielec - i sędzia jedenastkę podyktował, a tu przecież ręka piłkarza Wisły Płock przecięła podanie Sebastiana Bergiera do Juljana Shehu.
Ale rozumiem też Mariusza Misiurę, który w rozmowie z sędzią technicznym tłumaczył, że jego zawodnik nie miał szans odpowiednio zareagować. Albo gdy wściekał się, że trafienie przez Lucasa Leragera w twarz Marcusa Haglinda-Sangré nie skutkowało jedenastką.
Wisła Płock przyjedzie więc do stolicy podrażniona. Legia - jest taka od dawna. Zgaduję, że będzie przeważać i stwarzać sytuacje, w końcu musi się wydostać ze strefy zagrożonej spadkiem. Pytanie, na ile pozwolą im "Nafciarze"? Ekstraklasa już dawno nie jest koncertem życzeń. Nazwiska nie grają, pieniądze nie grają, nazwa klubu nie gra. Boiska potrafią brutalnie weryfikować marzenia. A zwłaszcza w takim stanie jak na Łazienkowskiej - mogą być sprzymierzeńcem tych, którzy stawiają defensywę nad ofensywę, siłę nad technikę i efektywność nad efektowność. Jeśli Legia tego nie przełamie, z ostatniego miejsca może się po tej kolejce już nie wywinąć.


















