Trudno znaleźć człowieka tak zasłużonego i poświęconego jednemu klubowi, ale kiedy mówisz Wielki Widzew, to do głowy przychodzi między innymi jego nazwisko (obok Sobolewskiego czy Wrońskiego). Wymieniam nazwiska tylko działaczy, ponieważ w tamtych czasach - co w dużej mierze było zasługą Tadeusza - istniała mocna więź między ludźmi zarządzającymi klubem, piłkarzami i kibicami. To było jedno ciało. Warto, by młodsze pokolenia kibiców i piłkarzy miało świadomość jakiego kalibru to była postać. I to nie tylko w kategoriach wykonywanych obowiązków, ale też w kategoriach ludzkich - tak życzliwych, pomocnych i oddanych postaci to już tylko ze świecą szukać...
Skoro mowa o poświęceniu, to nazwisko Gapińskiego mam w głowie w ogromnym kontraście do tego, jaką postawę prezentują obecnie niektórzy piłkarze. Weźmy na przykład chociażby ostatnie występy polskich drużyn w europejskich pucharach. Niestety już na tym etapie pojawiły się schody.
Z trudem patrzyłem na męki Lecha Poznań w konfrontacji z mistrzami Wysp Owczych, ekipą Klaksvik. "Kolejorz" wygrał 1:0 strzelając gola w końcówce spotkania i to wiele mówi o przebiegu tego spotkania - gospodarze, mistrzowie prawie 40-milionowego kraju wcale nie byli stroną jakoś bardzo dominującą. Najbardziej bolało mnie to z jakim zaangażowaniem grają obcokrajowcy występujący w barwach Lecha. Nie wiem czy tym zawodnikom ktoś uświadamia, że dla czołowych drużyn Ekstraklasy gra nawet o Ligę Konferencji jest sprawą bardzo ważną, często wpływającą na funkcjonowanie na odpowiednim poziomie w kolejnym sezonie (vide tąpnięcie, jakie nastąpiło w Legii)? Nie jest to przykry obowiązek, jak dla drużyn z czołowych europejskich lig, ale kwestia wręcz egzystencjalna.
Czasem mam jednak wrażenie, że tacy piłkarzy, jak np. Allahyar Sayyadmanesh w te europejskie środy czy czwartki grają z przekonaniem, że to jakaś nieobowiązkowa praca po godzinach. Można odnieść wrażenie, że ich ambicje kończą się w momencie, kiedy podpiszą kontrakt i uważają, że będą grali za dobre pieniądze tylko w weekendy na ładnych stadionach. Po fatalnej wpadce z Aarhus nie widziałem w drużynie Nielsa Frederiksena żadnej złości, chęci zmazania plamy. Złość była po meczu, ale tylko na trybunach. Mam odczucie, że ten strzelony Klaksvikowi gol był dla drużyny wielką ulgą. Najgorsze jest to, że po tym, co widziałem w czwartek w Poznaniu, to uważam, że w rewanżu faworytem są gospodarze liczącego nieco ponad 4,5 tysiąca mieszkańców miasta.
Teoretycznie najlepszy wynik osiągnęła Jagiellonia, bo wygrała (2:1) z najbardziej rozpoznawalną ekipą spośród rywali polskich drużyn w 3. rundzie europejskich kwalifikacji, czyli Rangersami. Ale przewaga jednej bramki to sukces tylko na chwilę, bo w rewanżu na Ibrox jest duże ryzyko, że ta zaliczka może zostać roztrwoniona w ciągu kilku minut. Szkoda, że mająca sporą przewagę zwłaszcza w pierwszej połowie drużyna Adriana Siemieńca nie docisnęła pedału gazu i nie strzeliła trzeciego gola.
Nad występem GKS Katowice trzeba spuścić zasłonę milczenia. Nie przystoi, żeby drużyna, która zajęła 5. miejsce w Ekstraklasie truchlała ze strachu, gdy przychodzi jej grać poza własnym stadionem. To wręcz nieprofesjonalne.
Mam nadzieję, że w rewanżu prawdziwie śląski charakter pokaże Górnik Zabrze i na własnym boisku odwróci losy dwumeczu z Ferencvarosem. Już wkrótce zobaczymy.











