Reklama

Reklama

Ekstraklasa tnie pensje piłkarzom. Łukasz Surma: Nikt nie lubi być pod ścianą

Trener Garbarni Kraków i legenda Ekstraklasy Łukasz Surma opowiada o problemach, jakie przynosi koronawirus na poziomie II ligi. Nie zapomina również o Ekstraklasie, w której rozegrał 559 meczów. To rekord!

Maciej Słomiński, Interia.pl: Jesteś trenerem, ale przede wszystkim tatą dwóch dorastających chłopaków. Jak twoja rodzina radzi sobie w tym trudnym okresie?

Reklama

Łukasz Surma, trener Garbarni Kraków: - Nie ukrywam, że jest ciężko. Dwóch nastolatków w zamknięciu oznacza trzy razy większe stężenie testosteronu na metr kwadratowy niż zwykle. Starszy ma 18 lat i gra w juniorach Garbarni, dostaje codziennie rozpiskę odnośnie tego, co ma robić indywidualnie, by nie wypaść z formy. Młodszy ma lat 13, gra w Wiśle. Żeby spalić trochę energii wychodziłem z nim pograć w siatkonogę, ale szybko porzuciliśmy ten pomysł jako mało moralny. Jesteśmy odpowiedzialni za siebie, ale w tej sytuacji także za innych.

Garbarnia, którą prowadzisz, gra w II lidze. To mniej więcej połowa drogi między Ekstraklasą, o której czytamy codziennie a amatorskimi dołami ligowymi. Jak w czas pandemii radzą sobie "Brązowi"?

- Jeśli chodzi o sprawy motoryczne, znacznie bliżej nam do Ekstraklasy. W rundzie jesiennej dysponowaliśmy GPS-ami, które pokazywały, że nasi zawodnicy biegali po 11 kilometrów w meczu. Obecnie zawodnicy dostają na whatsAppie czy mailem wytyczne odnośnie tego, co mają robić. Jestem z tego pokolenia, że preferuję kontakt telefoniczny, kiedy mogę, staram się dzwonić do moich piłkarzy.

Przed przerwą w rozgrywkach zdołaliście rozegrać dwa mecze - wygraliście 3-1 z Legionovią i przegraliście 0-1 z Pogonią Siedlce.  

- To ciekawy moment dla trenera i drużyny, gdy ciężka praca z przerwy zimowej zaczyna przynosić efekty. Był ten charakterystyczny głód gry, szkoda że zostaliśmy wybici z rytmu. Teraz musimy utrzymać formę przede wszystkim motoryczną. Gdy liga ruszy, powiedzmy w połowie maja, mecze będą w systemie angielskim: wtorek/środa potem sobota/niedziela. To będą zawody dla "koni": kto będzie lepiej biegał, ten odniesie sukces. W tym całym nieszczęściu, szczęściem jest to, że każdy będzie w podobnej sytuacji. Nie jest tak, że jedna drużyna siedziała w domu, a druga przygotowywała się w słonecznej Turcji.

Nie uciekniemy od tematu pieniędzy. Zawodnicy waszego ligowego rywala, Górnika Łęczna wyrazili chęć zamrożenia części wynagrodzeń piłkarzy pierwszego zespołu. Do inicjatywy zawodników dołączył zarząd klubu, a także sztab szkoleniowy i dyrektor sportowy.

- Nie znam uwarunkowań płacowych w Górniku Łęczna.

Chciałem zapytać o Garbarnię. Jak będzie z wynagrodzeniami w czasie pandemii koronawirusa? Jeśli chcesz, możesz powiedzieć: "pomidor".

- Nie po to odebrałem telefon, żeby unikać odpowiedzi. Rozmawiamy szczerze. Moi zawodnicy nie zarabiają wiele jak na warunki drugoligowe. Grają w piłkę, by mieć na podstawowe wydatki, nie po to by inwestować w nieruchomości. Jeśli pytasz o cięcia wynagrodzeń w II lidze i niżej, to odpowiadam, że nie bardzo jest z czego schodzić. Nie mam sygnału od naszego zarządu, że będą jakiekolwiek zmiany w zakresie finansowym. Długo grałem w Ekstraklasie, ale jako trener zdążyłem poznać niższe ligi. Prowadziłem drużynę w IV lidze, w III, teraz w II. Uwierz, że na trzecim poziomie są kluby, które dokładają do interesu. Tam nie ma kokosów.

W jednym z twoich byłych klubów, Lechii Gdańsk, zarząd na czas pandemii zrezygnował z połowy wynagrodzenia.

- To jest krok w dobrym kierunku. Nie tylko piłkarze zarabiają na piłce. Gdy stanęła liga, wszyscy zaczęli spoglądać na zawodników, oczekując, że zrezygnują z wynagrodzeń. Opinia publiczna zaczęła wywierać nacisk na jedną tylko grupę, nie podobała mi się ta atmosfera. Nie przeczę, że część pensji powinna być zamrożona, ale powinno odbyć się to w atmosferze dyskusji, a nie nacisku. Nikt nie lubi być stawiany pod ścianą, a przecież piłkarze sami ze sobą tych umów nie podpisywali.  

Nie ma teraz meczów, dlatego media wypełniają pustkę materiałami archiwalnymi. Wieczorami, Canal+ odtwarza stare odcinki magazynów ligowych, w który możemy się przekonać, że Łukasz Surma nie jest jak Herod i był kiedyś młody. 

- Tak, też to oglądam! Sporo się zmieniło, nie tylko ja (śmiech).

Jeśli pozwolisz, będę rzucał nazwy klubów, w których grałeś, a ty odpowiedz krótko swoje pierwsze skojarzenie. Zaczynamy od Wisły Kraków, w której rozegrałeś 50 meczów.

- Tylko 50 meczów. Mam niedosyt, że tak mało w moim rodzinnym mieście i macierzystym klubie. Ogromna szkoła życia, odkryłem wtedy, że nic za darmo nie dostanę, zwłaszcza jako wychowanek. Teraz jako trener, gdzieś z tyłu głowy mam, by sprawić, że wychowankowie będą przez kluby traktowani nie gorzej niż ludzie z zewnątrz.

Ruch Chorzów - 117 meczów.

- Nauka samodzielności. Gdy tam przyszedłem, wciąż dojeżdżałem na treningi z Krakowa. Po pierwszych zajęciach wracałem do mamy na obiad, potem znów jechałem do Chorzowa. Orest Lenczyk powiedział mi pewnego razu: "Jeśli chcesz tu grać, musisz tu mieszkać". Chodziło także o to, że Śląsk, oddalony ledwie o 60 kilometrów, to zupełnie inne miejsce niż Kraków.  Dziwiłem się, co on mówi, a potem zrozumiałem. Sprowadziłem się do Chorzowa, zabrałem tam dziewczynę, dziś moją żonę. W Chorzowie zacząłem dojrzewać pod względem piłkarskim i ludzkim.

Legia Warszawa - 123 mecze.

- Na początku się bałem. W szatni legendarni zawodnicy, których widziałem wcześniej w TV, w meczach pucharowych: Kucharski, Zieliński, Jóźwiak. Nerwy minęły po około roku, wtedy zostałem kapitanem drużyny. Spełniłem swoje dziecięce marzenie, zostałem mistrzem kraju. Końcówka w Legii był średnia, jako kapitan drużyny na pewno popełniłem błędy. W Warszawie jest ogromna presja wyniku, nawet wicemistrzostwo traktowane jest jako porażka, ja być może za dużo brałem na siebie? Zaczęli przychodzić obcokrajowcy, widocznie klub zauważył, że moja rola w szatni się zmieniła i odszedłem.

Lechia Gdańsk - 125 meczów. 

- Miałem złe doświadczenia z Warszawy jako kapitan, dlatego broniłem się rękami i nogami przed opaską. Koniec końców nim zostałem i dobrze się stało. Fajny czas, czułem zaufanie drużyny. Gdańsk stał się - po Krakowie - naszym drugim miejscem na Ziemi, tam rodzinnie spędzamy Sylwestra i wakacje. Lechia kojarzy mi się z piękną chwilami grą pod dowództwem trenera Kafarskiego. No i z niepowtarzalną atmosferą na stadionie przy Traugutta. W tym dołku jest taki klimat i akustyka, jakiej nie ma nigdzie indziej! Na nowym stadionie nie mogłem się odnaleźć.

Ponowie Ruch Chorzów - 144 mecze.

- Zdobyłem ligowy medal, coś, czego zabrakło w Lechii. Przychodząc do Ruchu wiedziałem czego się spodziewać. Tu jest zachowana swego rodzaju ciągłość. Był trener Fornalik, wcześniej asystent u trenera Lorensa. Ruch ma coś takiego, że potrafi wykorzystać zawodników po 35. roku życia. Przecież nasza linia pomocy w barwach "Niebieskich" miała razem ponad 100 lat! Marek Zieńczuk, Marcin Malinowski i ja. Z tym pierwszym codziennie dojeżdżaliśmy z Krakowa.

Ciekawe tam musiały się toczyć rozmowy.

- Łączyło nas to, że obu uznano za niepotrzebnych w Lechii. Chęć udowodnienia, że jeszcze coś potrafimy, była naszym codziennym paliwem.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Surma

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje