Reklama

Reklama

Ekstraklasa. Pseudokibice specjalnie przerywali mecze? "Nie da się temu zaradzić"

Ostatnie spotkania Ekstraklasy rozgrywane są równolegle, by zespoły miały takie same szanse. W 37. kolejce jednak nie miały, bo z powodu pseudokibiców dwa mecze zostały przerwane i skończyły się później od pozostałych. - Niestety, nie widzę możliwości zaradzenia takim sytuacjom - rozkłada ręce Zbigniew Przesmycki, szef sędziów w Polskim Związku Piłki Nożnej.

W ostatniej kolejce Lotto Ekstraklasy, która rozgrywana jest o tych samych porach - dla grupy spadkowej, a następnie mistrzowskiej - mieliśmy dwa przypadki przerwania meczów.

W piątek stało się tak w Chorzowie, kiedy kibice Ruchu rzucili na murawę race i palili na trybunach flagi. Ostatecznie przerwa wyniosła kilkanaście minut, które dogrywano, kiedy zakończyły się już pozostałe mecze grupy spadkowej.

Górnik Łęczna, który jeszcze przed tą kolejką miał szansę na utrzymanie, w tym czasie dowiedział się, że Arka Gdynia wygrała i to klub z Lubelszczyzny żegna się z najwyższą klasą rozgrywkową.

Reklama

Wszystkie oczy na Podlasie

Trochę inaczej było w Białymstoku. Tam kibice Jagiellonii, zespołu walczącego o mistrzostwo Polski, rzucili w niedzielę na murawę serpentyny. Sędzia przerwał mecz i następnie doliczył 10 minut.

W tym czasie skończyły się już inne spotkania, co dawało pewną przewagę zespołowi z Podlasia.

Obóz Legii Warszawa po swoim pojedynku z niecierpliwością musiał więc czekać na koniec w Białymstoku, a Jagiellonia już dokładnie wiedziała o co gra. 

- Nie wiem, czy kibice na stadionach specjalnie rzucali jakieś przedmioty na murawę... Trudno takim sytuacjom zaradzić. Obawiam się, że to niewykonalne. Sędziowie mają wpływ tylko na równoczesne rozpoczęcie spotkania oraz drugiej połowy, reszta już od nich nie zależy - przyznaje Zbigniew Przesmycki, szef sędziów Polskiego Związku Piłki Nożnej.

A gdyby w spotkaniach zainteresowanych drużyn przerwy stosować równolegle? Przykładowo: skoro w meczu Jagiellonia - Lech sędzia musiał zarządzić przerwę, to w tym samym momencie arbiter przerywałby grę w spotkaniu bezpośrednio zainteresowanych zespołów, czyli w tym przypadku w potyczce Legia - Lechia. 

- W dzisiejszych czasach nie byłby to problem, bo komunikacja jest natychmiastowa. Ale to rozwiązanie wydaje się jednak trochę absurdalne. W Warszawie piłkarze by stali i czekali na to, co dzieje się w Białymstoku zamiast grać w piłkę? To wyglądałoby trochę dziwne - uważa Przesmycki.

Ostatecznie Jagiellonia nie wykorzystała "dodatkowego" czasu, zremisowała z Lechem Poznań 2-2, zajmując drugie miejsce w tabeli.

Ucieczka z murawy

W innych ligach także zdarzają się przypadki przerywania meczów z powodu rzucania rzeczy na murawę. W tym sezonie tak się stało np. w derbach Kopenhagi pomiędzy Broendby a FC. Kibice pierwszego zespołu rzucili na murawę martwe szczury, chcąc trafić w obrońcę rywala Ludwiga Augustinssona.

Z kolei w Holandii przerwano mecz PSV Eindhoven z Ajaksem Amsterdam. Stalo się tak, ponieważ stadion został zadymiony.

W kwietniu dwa razy przypadki opóźnienia meczów przydarzyły się Olympique’owi Lyon.

Najpierw spotkanie francuskiego klubu w Stambule w ramach ćwierćfinału Ligi Europejskiej zostało opóźnione o 45 minut z powodu starć kibiców. Rozpoczęli je fani Besiktasu, którzy rzucali w kierunku fanów Lyonu różnymi przedmiotami. Później doszło do walki wręcz. Francuzi w obawie o własne życie uciekli na murawę.

Kibice wrócili na swoje miejsce dopiero po interwencji policji i spotkanie udało się rozegrać.

Kilka dni później piłkarze Lyonu zostali zaatakowani na stadionie Bastii. Fani gospodarzy weszli na murawę jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, kiedy rywale kończyli rozgrzewkę.

"Kibice Bastii rzucali w kierunku bramki Mathieu Gorgelina (rezerwowy bramkarz Lyonu - przy. red.) piłkami. Memphis Depay je odrzucił, co spotkało się z reakcją fanów, którzy ruszyli w kierunku jego i jego kolegów. Zawodnicy byli w szoku" - powiedział Jeremie Berthod, były piłkarz Lyonu, który był świadkiem wydarzeń, na antenie klubowej telewizji.

Lyon nie chciał rozegrać meczu, ale został przekonany i mimo prawie godzinnego opóźnienia pojedynek się w rozpoczął.

Potrwał jednak tylko 45 minut. W przerwie znowu doszło do nieprzyjemnych scen, bo jeden z ochroniarzy miał zaatakować Anthony’ego Lopesa, bramkarza Lyonu.

"Po kolejnym incydencie na końcu pierwszej połowy, Francuska Zawodowa Liga Piłkarska zdecydowała definitywnie przerwać mecz" - napisała w oświadczeniu LFP.

Zadyma pod stadionem

Według francuskich mediów, piłkarze z Lyonu byli już w autokarze i chcieli opuścić stadion, ale ze względów bezpieczeństwa na wniosek policji wrócili do szatni. W końcu udało się ich przewieźć na lotnisko, skąd odlecieli do domu. Nie obyło się jednak bez zadymy. Gdy autokar ok. godziny 20 wreszcie ruszył, służby porządkowe powstrzymywały rozjuszonych sympatyków gospodarzy, którzy próbowali zablokować drogę i rzucali w pojazd rozmaitymi przedmiotami. Policja użyła gazu łzawiącego.

Kary dla klubu z Korsyki były dotkliwe. LFP przyznała Lyonowi walkower, Bastia musiała rozegrać trzy mecze w roli gospodarza na neutralnym terenie, a jej kibice nie mogli brać udziału w czterech meczach wyjazdowych.

Paweł Pieprzyca, Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama