Reklama

Reklama

Ekstraklasa. Mocny sparingpartner na wagę złota

W grę wchodzą duże pieniądze, ludzie z kontaktami i pilnie strzeżony biznes. To właśnie dlatego klubom z Ekstraklasy często tak trudno znaleźć wartościowego sparingpartnera.

O meczu towarzyskim z czołową drużyną świata polski zespół może tylko pomarzyć. A te marzenia wyceniane są na grube tysiące euro, bo tyle kosztuje skuszenie drużyny z topu do zagrania sparingu.

Nawet mistrz Polski nie ma tu wielkiego pola manewru. Zimą Legia Warszawa zmierzyła się m.in. z Szanghaj Shenxin (1-1), Silkeborg IF (2-0), czy Viktorią Pilzno (1-5), a to nie to samo, co potyczka sprzed kilku lat Wisły Kraków z Liverpoolem czy komercyjne sprowadzenie do Gdańska Barcelony na mecz z Lechią.

Dziś polski klub musi mieć albo furę szczęścia, albo furę pieniędzy. Inaczej będzie grał ze średniakami i słabeuszami. - No bo niby co my jesteśmy w stanie tym największym klubom zaoferować? - mówi jeden z menedżerów.

Reklama

- Rzeczywiście, są zespoły, z którymi nie jesteśmy w stanie zagrać. Takie drużyny żądają dużych pieniędzy, poza tym do ich sparingów sprzedawane są prawa medialne, więc dla nich najlepiej, by przeciwnik był atrakcyjny. Do tego dochodzi marketing, prestiż i wiele innych rzeczy - podkreśla Jacek Kopka, który od kilkunastu lat organizuje zgrupowania piłkarskie.



Ekstraklasę ciągnie do Rosji

Dlatego kuby z Ekstraklasy przestały celować już nie tylko w najmocniejsze zespoły, ale także te znajdujące się półkę niżej (np. Szachtar Donieck). Zamiast tego Polacy mają nadzieję, że uda im się zmierzyć np. z kimś z Rosji lub Turcji.

Powód? Banalny- tamtejsze kluby mają dużo pieniędzy, a polskie zespoły liczą, że podczas takiej potyczki któryś z ich zawodników wpadnie przeciwnikom w oko i będzie to początek drogi do transferu.

Szkopuł w tym, że z tego powodu z Rosjanami chcą grać też inni, a szczególnie Bułgarzy, którzy potrafią całkowicie przeorganizować przygotowania, byle tylko móc zmierzyć się z zamożnymi rywalami ze Wschodu.

Z tego samego powodu z Polakami chętnie grają za to Czesi, Słowacy, Litwini, czy Łotysze, dla których Ekstraklasa w wielu przypadkach to finansowe Eldorado.

Płaci się za wszystko

Znalezieniem sparingpartnerów zajmują się organizatorzy zgrupowań. Dlatego rzadko który klub przygotowuje obóz na własną rękę, bo później ma wielkie problemy ze znalezieniem rywala. Karty rozdają bowiem pośrednicy, którzy robią wszystko, by nie dopuścić do biznesu kogoś z zewnątrz. To oni mają bazę kontaktów i dokładną rozpiskę przygotowań drużyn, które znajdują się w okolicy.

Ale co oznacza "okolica"? - Podczas zgrupowania każdy chce jak najmniej czasu spędzać w autokarze. Nie liczy się tego jednak w kilometrach, ale w minutach. Akceptowalny czas dojazdu na sparing to pół godziny, choć oczywiście są od tego odstępstwa - wyjaśnia Kopka.

Gdy już mamy dwie chętne drużyny, które na dodatek przygotowują się w pobliżu, to czas zabrać się za wyznaczenie miejsca, a także pory sparingu. A za wszystkim znów stoją pieniądze. Jedno boisko kosztuje więcej, drugi mniej. Gra przy światłach to również większy koszt, a doliczyć do tego trzeba jeszcze m.in. pensje sędziów. - I czasem okazuje się, że koszty zorganizowania takiego meczu są całkiem spore, a na ogół dzieli się je na pół - zaznacza Kopka.

Tour de Deutschland

Dlatego nikt nie chce organizować obozu na pustkowiu. Lata temu zgrupowanie Cracovii logistycznie zaczynało się rozsypywać i w poszukiwaniu sparingpartnerów drużyna przemierzała po Niemczech setki kilometrów. Piłkarzy żartowali, że sztab szkoleniowy zafundował im "Tour de Deutschland", ale po kolejnej długiej wycieczce już nikomu nie było do śmiechu i atmosfera mocno zgęstniała.

- Z jednej strony polskim klubom trudno dziś zagrać z uznanymi drużynami, ale za to sami jesteśmy łakomym kąskiem dla klubów z Rumunii, Litwy, czy Czech. Szczególnie, że np. w Turcji od stycznia do marca trenuje około 2000 zespołów, więc jest w kim wybierać - mówi Kopka.

Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje