Reklama

Reklama

Ekstraklasa goni czeską ligę wężykiem, wężykiem

Odkąd poprzedni zarząd Ekstraklasy SA postawił cel naszym klubom - pogoń w rankingu klubowym za czeską ekstraklasę, częściej na nią zerkam. W porównaniu z zarządzaniem przez naszych menedżerów klubowych, którzy jak złoty środek leczący wszystko stosują zwalnianie trenerów, Czesi są prawdziwym perpetuum mobile. Za znacznie mniejsze pieniądze robią o klasę lepszy produkt, jakim jest Het Liga.

Zobacz szczegóły z czeskiej ekstraklasy!

Reklama

Lokomotywą napędzającą czeską piłkę klubową w tym roku nie są praskie Slavia ani Sparta, tylko Viktoria Pilzno. Ta sama, która w 2012 roku rozgromiła, w walce o Ligę Europejską, Ruch Chorzów 7-0 w dwumeczu. Ruch, który wcześniej był u nas rewelacją sezonu.

Viktoria ma budżet co najmniej trzy razy niższy niż Legia Warszawa, niższy także niż Lech Poznań. Nie przeszkadza jej to jednak w lepszym budowaniu profesjonalnej piłki, bo czasem większe znaczenie od pieniędzy ma koncepcja i konsekwencja w jej wprowadzaniu. Drużyna budowana jest stopniowo i systematycznie, w oparciu o Czechów. Kilku Słowaków, czy Austriak Andreas Ivanschitz pełni role drugorzędne.

Viktorię z powodzeniem prowadzi były selekcjoner Czechów Pavel Vrba. Obronę trzymają mu rutyniarze: 33-letnie Roman Hubnik i o rok starszy David Limbersky. Czterej najlepsi strzelcy to również Czesi: Michael Krmencik (24 lata, 11 bramek i 6 asyst w tym sezonie), Jan Kopic (27 l., 5+7), Daniel Kolar (32 l., 5+3), Lukasz Hejda (27 l., 2+3).

Hasło klucz - ciągłość procesu szkoleniowego w połączeniu ze strategią (szkolenie i wprowadzanie swoich) doprowadziło Viktorię do miejsca, o którym nasze kluby mogą tylko pomarzyć. Vrba w pierwszej przygodzie z Viktorią prowadził ją ponad pięć lat (od października 2008 roku do końca 2013 r.), a odszedł nie z powodu zwolnienia, tylko wzięto go na selekcjonera.

W Viktorii nikt nie marudzi, że trzeba grać na kilku frontach. Oprócz ekstraklasy, klub wygrał grupę G Ligi Europejskiej, a u siebie zanotował 15 zwycięstw i tylko jeden remis.

W Ekstraklasie karuzela z trenerami kręci się coraz szybciej

U nas wyleciał niedawno Piotr Stokowiec, który miał nieprzerwanie prowadził Zagłębie Lubin ponad trzy lata i był ligowym rekordzistą pod tym względem. W tej sytuacji rekordzista w długości nieprzerwanej pracy w Ekstraklasie, prowadzi zespół rok i cztery miesiące (Nenad Bjelica w Lechu). Czesi znacznie bardzie cenią ciągłość procesu szkoleniowego. Mogą się pochwalić znanym dobrze u nas, również z Lecha i Pogoni Bohumilem Panikiem, który FC Zlin trenuje od ponad trzech lat, i dwójką szkoleniowców, którzy swe ekipy prowadzą ponad dwa lata: Valcav Jilek (dwa lata i dwa miesiące w Sigmie Ołomuniec) i Jindrzich Trpisovsky (dwa lata i pięć miesięcy w Slovanie Liberec).

W odróżnieniu od nas, nasi południowi sąsiedzi nie mają kompleksów i stawiają na swoich trenerów. Za wyjątkiem Sparty Praga, którą trenuje Włoch Andrea Stramaccioni, wszystkie zespoły w ekstraklasie prowadzą ich szkoleniowcy. U nas często dominuje wiara w zagranicznego cudotwórcę. Obecnie w Lotto Ekstraklasie trenuje sześciu obcokrajowców. Gino Lettieri i Bjelica wnieśli sporo kolorytu do ligi, Korona tego pierwszego długo wypadała dobrze fizycznie, biegowo, ale Romeo Jozak, choć zanotował serię pięciu wygranych z rzędu i Adam Owen samodzielnego prowadzenia seniorskich zespołów uczą się dopiero u nas.

Podczas gdy u nas doszło do dziewięciu zmian trenerskich w tym sezonie, w czym nie mamy sobie równych w Europie (nawet porywczy Włosi odprawili tylko siedmiu na 20 trenerów Serie A), Czesi zmienili w tym sezonie tylko trzech szkoleniowców i oczywiście nie jest tak, że u nich zespoły nie przegrywają seryjnie. Oczywiście, słabeusze przegrywają, ale nie zawsze odstrzelony zostaje trener!

Na tle południowych sąsiadów mamy mniej zrównoważonych emocjonalnie prezesów. Czym podpadł np. Radosław Mroczkowski Sandecji? Historycznym awansem, będącym ponad możliwości organizacyjne klubu?

Czesi nie mają tak surowych limitów jak my na zatrudnianie obcokrajowców spoza UE, a i tak mają ich mniej niż nasze kluby.

- Nie mamy tyle pieniędzy, co polskie kluby, by płacić obcokrajowcom wysokie apanaże. W Polsce jest dużo łatwiej, zawodnik może mieć pensje na poziomie 15-20 tys. euro miesięcznie, natomiast w Czechach, za wyjątkiem Sparty i Slavii, nie można liczyć na więcej niż pięć tysięcy euro - powiedział nam przed sezonem znany w naszym kraju czeski szkoleniowiec Werner Liczka.

Na 16 klubów czeskiej ekstraklasy jedynie Slavia i Sparta mają armie zaciężne, zatrudniając odpowiednio dziewięciu i ośmiu obcokrajowców.

Zwolennicy zatrudniania obcokrajowców przywołują przykład Vadisa Odjidji-Ofoe, który grając w Legii oczarował całą ligę. Sęk w tym, że znacznie więcej jest nieudanych transferów zagranicznych. Zbawcą Legii miał być Daniel Chima Chukwu, a sprowadzony z Chin za 700 tys. euro zawodnik rozegrał raptem dwa mecze ligowe i cztery pucharowe, z rywalami z niższych lig. Cristian Pasquato został "drugim Alessandrem Del Piero" na okładce jednej z gazet, na boisku jesienią nie był nawet trzecim. Hildeberto Perreira, pozyskany z dużego klubu, jakim jest Benfica, miał rzucić na kolana naszą ligę. Efekt? Odchodzi na trzeci poziom rozgrywkowy Anglii. To tylko kilka z brzegu przykładów marnotrawienie pieniędzy przez polskie kluby.

Pomiatanie trenerami nie może przynieść powodzenia w Europie


Ekstraklasa SA nad czeską Het Ligą góruje w jednym - ma bogatszego sponsora. U nas Lotto daje rocznie lidze 6,5 mln zł. W Czechach, sponsor tytularny ligi, producent klejów i tynków murarskich Het - wykłada na tamtejszą ligę 30 mln koron, czyli bez mała pięć milionów złotych. Spokojnie, te półtora miliona złotych nadwyżki, które w porównaniu do czeskich nasze kluby dostają od mecenasa, nie wystarczy nawet na pokrycie odpraw dla dziewięciu zwolnionych trenerów. 

Wynika z tego jasno, że gonimy Czechów, ale idzie nam to "wężykiem, wężykiem", jak przed laty kibice Lecha opisywali dążenie klubu do mistrzostwa Polski.

Przy tym chaosie w zarządzaniu sportem wygórowane mamy za to ambicje i oczekiwania. Chcemy sukcesów na rynku europejskim. Z ostatnich pięciu sezonów, na podstawie których UEFA tworzy ranking klubowy, nasze kluby tylko raz zapunktowały lepiej od czeskich w rozgrywkach europejskich. W sezonie 2014/15 z dobyły 4.750 pkt, a Czesi - 3.875 pkt. W pozostałych czterech okresach dostaliśmy lanie.
W rozgrywkach 2014/15 Ruch Chorzów przeszedł w eliminacjach do Ligi Europejskiej duński Esbjerg, a przede wszystkim Legia wygrała grupę L LE, przed Trabzonsporem, Lokeren i Metalistem Charków, by odpaść dopiero z Metalistem Charków.

Polska - Czechy w rankingu UEFA:

2013/14: 3.125 pkt - 8.000 pkt

2014/15: 4.750 - 3.875 pkt

2015/16: 5.500 pkt - 7.300 pkt

2016/17: 3.875 - 5.500 pkt

2017/18: 2.875 - 4.500 pkt (Viktoria jeszcze gra w LE)

Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje