Reklama

Reklama

Ekstraklasa - dzieci gorszego boga

Już lada moment na boiska wracają ligowcy. Praktycznie wszyscy formę szlifowali w Turcji. Obraz z pobytu naszych piłkarzy nad Bosforem nie rysuje się w różowych barwach. O tym, że dawno odjechały nam czołowe ligi Europy nikogo nie trzeba przekonywać. Nasze kluby zaczynają tracić dystans nie tylko do przeciętnych drużyn z Bułgarii, Rumunii czy Słowenii, ale już także do Gruzinów, Kazachów czy Kirgizów.

- Jestem w Bułgarii kilka miesięcy i liga poziomem nie odstaje od naszej. Takie CSKA Sofia walczyłoby u nas o mistrzostwo, a Łudogorec Razgrad bez większych problemów poradziłby sobie z Legią Warszawa - mówi nam Marcin Burkhardt, którego spotkaliśmy w Turcji. Wraz ze swoją drużyną Czerno More Warna był w tym samym hotelu co Podbeskidzie Bielsko-Biała.

Reklama

Mistrzowie Bułgarii to akurat łatwo rzucający się w oczy przykład. Awansowali do Ligi Mistrzów, gdzie dzielnie stawiali czoła Liverpoolowi. A przed sezonem kupili za 1,5 miliona euro lewego obrońcę Brayana Angulo z Grenady. O płaceniu takich kwot kluby nad Wisłą mogą tylko pomarzyć.

Łudogorec to akurat topowy zespół, ale przepaść widać także w porównaniu z dużo biedniejszymi zespołami z Bałkanów czy nawet Azji. Koszt kilkunastodniowego pobytu w Turcji to wydatek przynajmniej 100 tysięcy złotych. Dla drużyn T-Mobile Ekstraklasy nie powinno to stanowić najmniejszego problemu, same wpływy z transmisji meczów to kwoty kilkudziesięciokrotnie wyższe. A jednak oszczędności szuka się tam, gdzie nie powinno. Niektórym prezesom żal było nawet wysupłać grosza na wynajęcie dodatkowego samochodu dla trenerów. A to znacznie ułatwiałoby im pracę. Mogliby odpowiednio wcześniej przygotować boisko, gdzie odbędzie się trening czy podpatrzeć sparing innej drużyny, bo w promieniu stu kilometrów grała i trenowała praktycznie cała Ekstraklasa.

Ale co tu dużo mówić skoro piłkarze jednego z klubów mieli problemy z przejściem z odprawy na lotnisku przed powrotem do Polski. Okazało się, że zawodnicy zapakowali do walizek o 100 kilogramów więcej bagażu. Dodatkowa opłata - 500 euro. Chętnych do płacenia brak. Z ratunkiem przyszedł dopiero opiekujący się drużyną menedżer.

Rumuni czy Bułgarzy nie mieli tego problemu, bo piłkarze do samolotu zabierali tylko podręczny bagaż. Reszta wyjechała kilka dni wcześniej klubowym autokarem. U nas to nie do pomyślenia. To właśnie przed trenerami stoi najtrudniejsze zadanie. Drużynę trzeba optymalnie przygotować na pierwszy ligowy mecz, ale jak to zrobić, skoro brakuje sprzętu, którym posługuje się już futbolowy trzeci świat.

W rumuńskim Pandurii występuje niechciany w Polsce Michał Gliwa. I też nie narzeka. - Kasa przychodzi z maksymalnie miesięcznym poślizgiem, da się żyć - mówił nam przed sparingiem jego drużyny z Podbeskidziem. Bielszczanie wygrali 2-0, ale trenerzy "Górali" mogli pozazdrościć sprzętu Rumunom. Podczas gdy Leszek Ojrzyński dyrygował swoimi podopiecznymi zza linii bocznej, szkoleniowiec Pandurii wraz ze swoim sztabem siedział z na trybunach z nosem wciśniętym w ekran komputera. Tam na bieżąco spływały wyniki ze sport-testerów, w które wyposażony był każdy z piłkarzy. Żeby taką samą wiedzę miał sztab "Górali" trzeba było spędzić kilka godzin nad analizą każdego z urządzeń, które założone miał piłkarz z Bielska.

Niemalże w każdym z klubów monitorowaniem pracy piłkarzy zajmował się prawdziwy sztab ludzi. A u nas? Pierwszy trener ma przeważnie do dyspozycji dwóch asystentów. Do tyłu jesteśmy także z analizami meczu. Tylko niektóre polskie kluby mają do dyspozycji ekipy wideo z prawdziwego zdarzenia. Większość nie tylko nie ma swojej kamery, ale także sprzętu koniecznego do przygotowania zapisu meczów. Kluby, jeśli mają na wyposażeniu służbowe laptopy, to przypominają one te ze świątecznych ofert wyprzedażowych supermarketów.

Także dopiero raczkować zaczynają bezpośrednie transmisje ze sparingów. Niemalże wszystkie mecze Bułgarów czy Rumunów można oglądać na żywo w internecie, a spotkanie Maribora z Bełchatowem pokazywane było przy użyciu trzech kamer i... drona. Oczywiście płacili za to Słoweńcy. - Nie dość, że mamy gotowy zapis meczu w dobrej jakości, to jeszcze takie spotkanie jest nie lada gratką dla kibiców, którzy są ciekawi, jak radzą sobie ich ulubieńcy - powiedział nam jeden z przedstawicieli Maribora.

U nas kibice mogli śledzić tylko pojedyncze mecze Legii czy Lecha. Wyjątkiem było Podbeskidzie, które zdecydowało się pokazać swoim kibicom pięć z sześciu rozgrywanych w Turcji meczów. Oficjalnym powodem braku transmisji jest chęć ukrycia tego, w jakiej formie jest drużyna i czym będzie próbowała zaskoczyć rywali podczas ligi. Tak zapewne myślał trener "Pasów" Robert Podoliński, który czujnym okiem wypatrzył kamerę Podbeskidzia podczas sparingu Cracovii z Ried. Szkoleniowiec zareagował szybko, wypraszając ekipę z boiska, gdzie odbywał się mecz. Chyba nie wiedział, że spotkanie jest na żywo pokazywane w internecie.

Autor: Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje