Dziekanowski: Pora przestać zatrzymywać się w pół drogi
Wygląda na to, że z rywalizacji w europejskich pucharach - a konkretnie w Lidze Konferencji - odpadła kolejna drużyna, Jagiellonia Białystok. Co prawda, przed ekipą Adriana Siemieńca jeszcze rewanż, ale porażka na własnym boisku 0:3 oznacza, że szanse odrobienia strat są tylko teoretyczne. Zgadzam się ze szkoleniowcem Jagi, że wynik nie odzwierciedla tego, co działo się na boisku. To gospodarze mieli więcej zapału do gry, byli bardziej kreatywni, ale niestety zabrakło konkretów. Fiorentina, która w Seria A zajmuje miejsce w strefie spadkowej i ma aż 40 punktów mniej, niż lider, czyli Inter Mediolan, była skuteczniejsza, bardziej dojrzała pod bramką Jagielloni.

Pewnym usprawiedliwieniem tak wysokiej porażki jest fakt, że w czwartkowym spotkaniu nie mogli zagrać dwaj kluczowi zawodnicy - Afimico Pululu i Taras Romańczuk. Gospodarze dość często przedostawali się w pole karne ekipy z Włoch, ale tam brakowało właśnie takiego napastnika, jakim jest Pululu.
Jagiellonia wystąpiła też bez Oskara Pietuszewskiego, który w zimowym oknie odszedł do FC Porto. Wspominam o tym z tego względu, że takie mecze powinny dawać trochę do myślenia ludziom odpowiedzialnym w klubach za pion sportowy. Spotkania w europejskich pucharach ogólnie, a zwłaszcza z atrakcyjnymi rywalami, jak choćby Fiorentina, są najlepszym oknem wystawowym. W każdym ligowym sezonie jedną z największych nagród - oprócz mistrzostwa Polski - jest prawo startu w eliminacjach europejskich rozgrywek. Niestety, gdy cel zostanie osiągnięty, gdy uda się wejść do fazy zwanej od niedawna ligową, to nasze kluby zazwyczaj od razu wykorzystują ten fakt by sprzedać zawodników zamiast iść na zakupy by wzmocnić drużynę. Mówiąc wprost - osłabiają się, bo wykorzystują pierwszą atrakcyjną ofertę na wyróżniającego się zawodnika. Jest to trochę tak, jakby zatrzymać się w pół drogi. Wciąż w myśleniu i działaczy, i piłkarzy dominuje myśl - jak najszybciej sprzedać, wyjechać z kraju, bo może lepsza oferta się już nie trafi. Wciąż chcemy szybko - chcemy szybkiej sprzedaży, szybkiego debiutu w kadrze. Zazwyczaj - zbyt szybko…
Owszem, oferta FC Porto była atrakcyjna, pieniądze, które wpłynęły na konto Jagi niemałe. Wygląda też na to, że 17-letni skrzydłowy krok po kroku będzie coraz bliżej pierwszej "jedenastki", i że nie grozi mu scenariusz, którego często się obawiamy w przypadku takich transferów, czyli najpierw wypożyczenia, a po jakimś czasie powrót do kraju. Jest to jednak nieliczny przykład i trzymajmy kciuki by Oskar po tej ścieżce szedł tylko w górę. Obecnie wciąż pojawiają się pytania do Jana Urbana, czy to już nie czas, żeby go powołać na marcowe (miejmy nadzieje) mecze barażowe. Urban jednak wytrzymuje ciśnienie i na szczęście tej presji nie ulega. Daje tym samym sygnał - niech chłopak się rozwija, niech dojdzie do etapu, że jest gotowy na większe wyzwania. I mam nadzieje, że da to myślenie ludziom odpowiedzialnym w klubach za transfery.
Życzyłbym sobie i całej naszej lidze, żeby polskie kluby w ślad za sportowymi osiągnięciami zrobiły krok dalej i zmieniły myślenie o tym, jak zmaksymalizować potencjalne zyski. Model idealny, o którym nie raz pisałem jest taki: wychowujemy zawodnika który osiąga w naszym kraju status gwiazdy, status ten zostaje ugruntowany i dopiero wtedy myślimy o jego sprzedaży i rozważamy wpływające oferty. Niestety u nas często wygrywa presja, czasem szantaż ze strony agentów, którzy niekoniecznie mają w głowie wizję rozwoju zawodnika, ścieżkę jego kariery, tylko prowizję ze sprzedaży teraz, natychmiast. Zapewne motywuje ich obawa, że jeśli nie dopną transakcji tu i teraz, to za kilka tygodni piłkarz może złapać kontuzję i atrakcyjna oferta przejdzie przed nosem, a na następną trzeba będzie czekać nie wiadomo jak długo. Owszem, pech czasem dotyka piłkarzy, ale pora zmienić myślenie, pora zacząć kalkulować bardziej optymistycznie, pora cenić się wyżej, traktować obiecujących piłkarzy jako lokatę nieco bardziej długoterminową. Szybko, to trzeba pozbywać się tych, którzy nie rokują a obciążają budżet…
W weekend w Ekstraklasie ciekawie zapowiada się mecz Legii Warszawa z Wisłą Płock. Nie często, jeśli w ogóle kiedykolwiek zdarzyło się, żeby ekipa z Płocka przyjeżdżała na Łazienkowską w roli faworyta. Dziś fakty są takie, że Wisła po 21 kolejkach zajmuje 3. miejsce, Legia jest przedostatnia. I jest to najwyższa pora, żeby po przyjściu Marka Papszuna, drużyna w końcu odpaliła. Mam wrażenie, że do tej pory nowy szkoleniowiec warszawskiej drużyny stał z boku i obserwował, co się dzieje wewnątrz zespołu, nie zareagował jeszcze w swoim stylu, czyli mocnym akcentem. To nie jest zespół grający tak, jak się do tego przyzwyczailiśmy za jego kadencji w Rakowie. Nadszedł już czas, żeby to zmienić, żeby w końcu wejść w środek drużyny i poprowadzić ją we właściwym kierunku.
Krążą plotki, że Legia organizacyjnie szykuje plan B, czyli ewentualny spadek. Traktuję to w kategorii fake newsa. Gdyby tak się stało, to obecny właściciel, żeby zachować twarz, powinien oddać klub komuś innemu - i to za darmo!












