Dziekanowski: Czy Marek Papszun na pewno dobrze sypia?
Legia nie przestaje zaskakiwać. Kiedy wydaje się, że już puka w dno od spodu i gorzej być nie może, stajemy się świadkami kolejnego blamażu. Do czwartku cieszyliśmy, że żadna z polskich drużyn - najpierw walczących o awans, a teraz grających w fazie ligowej europejskich pucharów - nie zaliczyła takiej wstydliwej wpadki. Wpadki, której wspomnienie ciągnąć się będzie za nią przez lata. A jednak jest to już nieaktualne - drużyna prowadzona od kilku tygodni przez Inakiego Astiza przegrała w Erywaniu z ekipą NOAH. Kiedy przed czwartkowym meczem rozmawiałem z jednym z kolegów i wymieniłem rywala warszawskiej drużyny, kolega zażartował: "Noah? Kojarzy mi się tylko z tym byłym francuskim tenisistą". Niestety teraz kibicom Legii nazwa NOAH będzie kojarzyć się kompromitacją i upokorzeniem.

Po raz kolejny nie dało się patrzeć na ten występ, po raz kolejny z niedowierzaniem słuchałem wypowiedzi Inakiego Astiza, który mówił, że przecież Legia miała więcej sytuacji. Myślę, że w tym przypadku lepiej będzie dla niego, jeśli mniej będzie mówił. W myśl zasady: milczenie jest złotem.
Zazwyczaj, gdy jakąś drużynę prowadzi tymczasowy szkoleniowiec, o którym po 2-3 meczach wiadomo, że nie ma przesłanek, by rozważać pozostawienie go na tej posadzie na dłuższy okres, to po kilku miesiącach, wraz z przyjściem trenera docelowego zapominamy o epizodzie tymczasowego. Na nieszczęście Inakiego Astiza przeciągające się starania Legii o Marka Papszuna wyrządziły mu mnóstwo szkody. Mógł i prawdopodobnie chciał dalej pracować gdzieś w cieniu, jako jeden z asystentów, ale z konieczności wypchnięty przed szereg będzie zapamiętany jako jeden z tych, którzy zaliczyli najgorszą serię w historii klubu. Niewiele już brakuje - porażki z Piastem i wpadki z ekipą z Gibraltaru, czyli Lincoln Red Imps FC. Już dziś wiadomo, że Hiszpan nie ma czego szukać w roli pierwszego trenera - ani w Ekstraklasie, ani nawet w 1. lidze. Mam nawet podejrzenia, że on z tego cienia wychodzić nie chciał i nie planował, że to wszystko przytrafiło mu się pechowo.
Zastanawiam się, czy Marek Papszun, który - jak już zostało przesądzone i ustalone - obejmie Legię po rundzie jesiennej, śpi spokojnie, czy może ostatnio budzą go wątpliwości, czy aby na pewno warto było decydować się na przenosiny do Warszawy. Czy gdyby taką propozycję dostał dopiero teraz, to brałby ją pod uwagę? Oczywiście, do żadnych wątpliwości dziś już się nie przyzna - postawił na tego konia i musi wierzyć, że coś uda się z nim zrobić.
Obserwując zmiany - zarówno w Legii, jak i w Rakowie, wciąż nie mogę zrozumieć, że decydenci warszawskiego klubu doprowadzili klub do takiego stanu, że Na Marka Papszuna czekają już jak na zbawiciela i pozwalają mu dyktować wszystkie warunki. Jak to możliwe, że posiadanie opcji B, jeśli chodzi o trenera, które jest elementarzem prowadzenia profesjonalnego klubu, w Legii okazuje się jedyną opcją i te ciągnące się tygodniami starania o Marka Papszuna trącą już desperacją.
A skoro o opcjach rezerwowych mowa, to jeśli Legia jest przestrogą dla siebie i dla innych jak nie powinno się postępować, to z kolei Raków jest przykładem tego, jak to powinno wyglądać. Wiadomo już od dłuższego czasu, że schedę po Marku Papszunie przejmie 37-letni Łukasz Tomczyk, który na razie wciąż prowadzi Polonię Bytom. Nie chcę już operować takimi przykładami, jak Real Madryt, ale okazuje się, że i w naszym kraju są miejsca, gdzie szef czy pion sportowy działa logicznie, ma jakąś wizję na później aniżeli tylko na dziś, czy jutro. Legia, która ze swoim potencjałem powinna być organizacyjnie bezkonkurencyjna na naszym rynku, znowu udowadnia, że działa po amatorsku.
Chodzą słuchy, że wcześniejsze zainteresowanie Rakowa Łukaszem Tomczykiem (czyli prawdopodobnie zabezpieczenie opcji B) było jednym z powodów, dla których Marek Papszun uniósł się honorem i zadecydował, żeby wyprowadzić się z Częstochowy. Jeśli to prawda, to trudno byłoby mi taką postawę zrozumieć. Oczywistością bowiem powinno być to, że każdy klub na tym poziomie ma listę potencjalnych następców obecnego szkoleniowca. I każdy trener przychodzący do nowej pracy - w Legii, Rakowie, Lechu, Pogoni czy Jagiellonii powinien mieć świadomość, że na jego miejsce czeka już ewentualny następca.













