Dom dziecka, smutna przeszłość, świetny trener. To on zastąpi Marka Papszuna?
Jeśli Marek Papszun ostatecznie odejdzie z Rakowa Częstochowa, jego miejsce prawdopodobnie zajmie Łukasz Tomczyk. Zdobywanie szczytów przez obecnego trenera Polonii Bytom było dużo trudniejsze, niż w przypadku innych trenerów. To historia o nieprawdopodobnej determinacji w dążeniu do marzeń. Historia, która zaczęła się w innym domu, niż te znane z Instagrama.

- Raków to miejsce, gdzie stawiałem pierwsze kroki. Zdobywałem tam pierwsze kompetencje, a z Michałem Świerczewskim mamy coś w rodzaju mini-relacji. Ale życie toczy się dalej. Są inne projekty, których nie chce się zostawić - mówił mi przed rokiem Łukasz Tomczyk, gdy spotkaliśmy się w Bytomiu. Było to niedługo po tym, jak odrzucił możliwość pracy w Rakowie w roli asystenta Marka Papszuna, gdyż priorytetem było wówczas samodzielne prowadzenie miejscowej Polonii. Klub ze Śląska chwilę wcześniej zanotował niebywałą na szczeblu centralnym serię 12 (!) wygranych meczów z rzędu, a nazwisko Tomczyka zaczęło obiegać sportowe media. W ciągu roku trener będący jeszcze kilka lat przed swoją 40-tką przypieczętował awans do 1. ligi jako zwycięzca rozgrywek, a już w niej - jako beniaminek - zrobił z Polonii rewelację sezonu, na jego półmetku plasując się na trzecim miejscu. Jednocześnie dla Rakowa stał się pierwszym wyborem w kwestii zastąpienia Marka Papszuna.
Życie inne od rówieśników
Cała historia Łukasza Tomczyka jest tym bardziej wyrazista, że jedynym jej fundamentem była determinacja. To nie jest opowieść o chłopaku z dobrego domu, którego rodzice wozili na trening i pytali, czy w szkole wszystko OK. Tomczyk w wieku 12 lat trafił do domu dziecka, po tym, jak jego matce - mającej problem z alkoholem - odebrano prawa rodzicielskie. - Paradoksalnie powiem, że to fajny etap w moim życiu - opowiadał mi jakiś czas temu. - Gdy się wywodzi z trudnych środowisk, w domu dziecka można odpocząć. Złapać spokój, normalność, obowiązki normalnego dziecka. Nie ma już hardcorowych poranków. Zamiast nich po prostu wstawałem do szkoły, miałem dookoła kolegów. To lepsze niż podzielić los dzieci, które wychowują się w patologicznych domach i bezpośrednio z nich wchodzą w dorosłość.
I dalej o swojej przeszłości: - Rzeczywistość była jak szkoła życia. Zamiast rodziców, sześćdziesiąt innych osób, do tego wychowawcy. Różne rzeczy się działy, bo dzieci pochodziły z różnych środowisk. Czasem można było odnieść wrażenie, że jest się w dżungli.
O tym, co działo się, zanim trafił do domu dziecka: - Polska była wtedy krajem, w którym w wielu domach działo się coś złego. Libacje, nieobecność, brak "normalnych" mamy i taty. Działy się rzeczy, które raczej nie pomagają dziecku poprawnie funkcjonować w przyszłości, jeśli sobie tego nie przepracuje. Brak czułości może się odbić, tak samo, jak poranne awantury, alkoholizm doświadczany z bliska. Idąc do domu dziecka, zamieniłem to na spokojne wstawanie, pakowanie plecaka, pójście do szkoły z czystą głową, później odrabianie lekcji. Zacząłem robić to samo, co inni chłopcy w moim wieku.
Tomczyk do domu dziecka trafił urzędową decyzją po tym, jak jego mamie (nazywa ją tak za każdym razem w rozmowie, nie używa słowa "matka") odebrano prawa rodzicielskie. Wcześniej "tata" (również tak nazywany) nie uznał ojcostwa. Mama już zmarła, o ojcu po latach znalazł informacje. Żył, ale nigdy nie mieli kontaktu. Do dziś trzyma się z bratem. - W pamięci wyryły mi się słowa mojej mamy, które powiedziała kiedyś do mnie po alkoholu: pamiętaj, że masz młodszego brata i musisz się nim opiekować. To się stało moim celem. Na tyle mocno, że skupiałem się na nim, nie na sobie. W pewnym momencie stałem się nawet jego ojcem, a nie bratem, co też nie było zdrowe. W tamtym czasie dużo się interesowałem kwestiami psychologicznymi, działaniem terapii. Układałem te cegiełki w swojej głowie, przepracowywałem wszystko, co mogło mnie boleć. Dziś świat się zmienia, terapie są coraz bardziej powszechne. I dobrze, bo polecam je każdemu, kto czuje, że ich potrzebuje. Bo zasada jest taka: jeśli nie posprzątasz swojego życia, to życie cię posprząta.
Życie jako nauka czytania ludzi
Pytam, czy jego obecny charakter wynika z wydarzeń z przeszłości. - Na pewno. Jak sobie to analizuję, że bez żadnych znajomości doszedłem do poziomu centralnego w piłce, prowadzę grupę ludzi i wygrywam mecze, to musi być kwestia charakteru. Musi to być jakoś związane ze zbudowaniem odporności na stres, którego nigdy wokół mnie nie brakowało, podobnie jak okazji, by radzić sobie w trudnych sytuacjach. Zawsze doskwierał mi głód zrobienia czegoś więcej w życiu, wskoczenia całym sobą w pasję. Tak wykuwał się mój perfekcjonizm. Moje dzieciństwo sprawiło, że ponad miarę pragnąłem, by reszta życia nie wyglądała tak samo. By moje dzieci i moja rodzina miała lepiej niż ja miałem. Wcześnie złapałem taką samoświadomość, bez której nic by się nie udało. Sport stał się dla mnie miejscem, w które mogłem uciec i się spełniać. Wychodząc z domu dziecka i nie mając pracy, miałbym 400 zł miesięcznie. Czułem, że piłka to idealne rozwiązanie, bo oprócz tego, że widziałem w niej szansę na wystarczający do utrzymania się zarobek, była czymś, przy czym umiałem wyłączyć głowę. To dzięki niej nie myślałem na przykład o tym, że nie pojadę nigdzie na święta.
Ile własnego doświadczenia życiowego jesteś w stanie wykorzystać w piłce? - pytam.
- Dużo. Piłka kręci się wokół współpracy między ludźmi. Trener-piłkarz, trener-sztab, zarządzanie, odprawa, czyli wystąpienie publiczne, stres związany z meczem, reakcje na wynik, być może jakiś hejt. Wydaje mi się, że zarządzanie sobą w takich przypadkach jest podobne do tego z przeszłości. Myślę, że już wtedy nauczyłem się ludzi. Jak z nimi rozmawiać, jak budować z nimi relacje, jak rozumieć ich słabości, kiedy więcej od nich wymagać. W dzieciństwie miałem groźne środowisko, które wymagało ciągłej czujności, by nie dostać w głowę. Musiałem bardzo dokładnie obserwować ludzi, przez co - takie mam wrażenie - dziś mam tę cechę na wysokim poziomie.
- Kiedyś czytałem takie badanie w Forbesie, że jedną z najważniejszych cech lidera jest umiejętność wyczucia drugiego człowieka. Dowalić mu czegoś, czy odjąć? Kiedy porozmawiać, a kiedy ochrzanić? Kiedy nie pozwolić mu mówić, bo wiesz, że manipuluje w celu przetrwania. W skrócie - wczuć się w niego, co on myśli o danej sytuacji. Uważam, że życie mnie tego nauczyło.
Życie jako autor przedziwnych scenariuszów
Gdy rok temu pierwszy raz rozmawiałem z Łukaszem Tomczykiem, był świeżo po odrzuceniu oferty z Rakowa. Wybrał samodzielną pracę, ale już wtedy otwierał sobie jedną z furtek. - Życie się nie kończy, mam nadzieję, że będzie jeszcze sprzyjająca okoliczność, bo praca z trenerem Papszunem to byłaby bardzo ciekawa rzecz. Myślę, że każdy chcący się rozwijać trener z mojego pokolenia chciałby mieć z nim styczność - mówił. Raczej nie przypuszczał, że z Papszunem pracować nie będzie, lecz stanie się kandydatem numer jeden do jego zastąpienia.
Oczywiście nie stało się to tylko dlatego, że wypracował "mini-relację" z Michałem Świerczewskim. Tomczyk to po prostu jeden z najzdolniejszych polskich trenerów młodego pokolenia. Gdy pytam o niego w piłkarskim środowisku, za każdym razem słyszę to samo: już dawno byłby w Ekstraklasie, gdyby posiadał licencję UEFA Pro. Dostanie się na odpowiedni kurs to historia na zupełnie inny materiał, natomiast 37-latek dziś już wie, że rozpocznie go w przyszłym roku. O ile Polonię mógł w 1. lidze prowadzić warunkowo tylko ze względu na wywalczenie z nią awansu w poprzednim sezonie, o tyle sam fakt uczestnictwa w kursie UEFA Pro daje mu możliwość uzyskania zgody na trenowanie klubu Ekstraklasy. Formalnych przeszkód zatem nie będzie.
Jego warsztat skupia się na intensywności - czyli w dużym uproszczeniu jak u Papszuna - a przy okazji zawiera wiele inspiracji z dużej piłki. Przykład? - Wielu trenerów by to wyśmiało i powiedziało, że gdzie Manchester City, a gdzie my. A niektóre rozwiązania później realnie działały w A-klasie. Weźmy finalizację Manchesteru City. W określonych sytuacjach mieli trzy-cztery sposoby na zdobycie bramki. Był przykładowo koncept przeciągniętej piłki przy dośrodkowaniu na drugi słupek. Zawodnik, który szykował się do strzału, rzadko kiedy faktycznie uderzał. Zamiast tego zgrywał. To jest coś bardzo trudnego dla bramkarza. My zdobyliśmy z tego całą masę bramek, podczas gdy zazwyczaj takie sytuacje kończyły się instynktownym uderzeniem w pierwsze tempo. A tam był najczęściej ostry kąt itd. To było coś, co podpatrzyliśmy u City, a później trenowaliśmy u siebie. I działało.
Zawsze zresztą lubił patrzeć na pracę innych. Swego czasu opowiadał mi: - Miałem zawsze ogromną determinację. Wiedziałem, że jak jest jakiś ciekawy kurs, muszę tam być. Że jak widzę mądrego trenera, powinienem do niego biec po wiedzę. Nie widziałem problemu w tym, by - przykładowo - wiedząc, że Dawid Szwarga trenował młode grupy w Dąbrowie, wsiąść w samochód i jechać 60 km, chodzić tam mokry, przy padającym śniegu robić notatki i zadawać mu pytania, a za tydzień przyjechać ponownie. Zawsze miałem oko do środowisk, które miało know-how. Poznawałem, budowałem relacje. Wiedziałem, że to kiedyś zaprocentuje. Nie miałem na siebie planu B, gdyby nie wyszło w sporcie. Łapałem się różnych prac, bo na początku z piłki bym nie wyżył. Pracowałem na budowie, wyjeżdżałem za granicę na jakieś zbiory, sprzedawałem gazety. Dużo tego było, ale zawsze tylko jako dodatek, bo zawsze wiedziałem, że będę funkcjonował jako trener. Nie rozdrabniałem się, nawet nie chciałem myśleć o planie B, bo za duża była determinacja, by on nie był potrzebny.
To determinacja Łukasza Tomczyka doprowadziła go w miejsce, w którym jest. Miejsce, z którego nie tyle można patrzeć w górę, co za chwilę się tam wspiąć.












