Dlaczego Raków zwolnił Łukasza Tomczyka? Klub dziś jest pod presją
Projekt na lata nie wytrzymał nawet do lata. Co kryje się za nagłym i niespodziewanym zwolnieniem trenera Rakowa Częstochowa Łukasza Tomczyka?

Gdyby przed rundą wiosenną wypisać nazwiska trenerów z Ekstraklasy w kolejności od tych, w których zwolnienie można uwierzyć najbardziej, do tych, których zwolnienie wyglądało nierealnie, Łukasz Tomczyk znalazłby się na trzecim miejscu od końca - mając za sobą tylko Marka Papszuna i Adriana Siemieńca (kolejność przypadkowa). A jednak Tomczyk w niedzielę wieczorem stracił pracę w Rakowie. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, sprawa jest wielowątkowa i pokazuje więcej, niż zwolnienie trenera samo w sobie. Jest informacją, jak bardzo zmienił się Raków na przestrzeni ostatnich lat.
Decyzja właściciela. Tylko i wyłącznie
Z tego, co da się usłyszeć z otoczenia Rakowa i samego trenera, decyzja o zwolnieniu Łukasza Tomczyka była jednoosobowo podjęta przez Michała Świerczewskiego. Przypadkową ofiarą tej sytuacji jest Wojciech Cygan, który przed finałem Pucharu Polski przekonywał między innymi w Interii, że Tomczyk może czuć się spokojny, a na jego ocenę przyjdzie czas po sezonie. Dziś wyciąga mu się te zdania, podczas gdy on zwyczajnie nie wiedział, że właścicielowi po głowie krążą inne myśli.
Otoczenie szkoleniowca mówi podobnie: nie było ani pół symptomu, że na linii trener-właściciel coś się może wypalać. W niedzielę wieczorem trener usłyszał, że trzeba ratować europejskie puchary, bo po porażce w finale Pucharu Polski i one mogą odjechać. To definiuje "nowy" Raków Częstochowa, ale do presji finansowej jeszcze sobie przejdziemy.
Łukaszowi Tomczykowi na pewno zaszkodził mecz z Górnikiem Zabrze (Raków po fatalnej grze przegrał finał Pucharu Polski 0:2), ale być może sam trener nie pomógł sobie na pomeczowej konferencji. Gdy dostał pytanie, co spowodowało, że Raków zagrał tak źle, odpowiedzią było: nie wiem. Dziś do mediów przedostają się informacje o braku wpływu na szatnię, a te obrazki zdają się być z tym przekazem kompatybilne. Tym bardziej, że chwilę po konferencji Tomczyka była konferencja Michala Gasparika. Trener Górnika był pytany o Roberto Massimo, który przez cały sezon był daleko od bycia jego istotnym piłkarzem, a w sobotę dość sensacyjnie wyszedł w jedenastce i nawet strzelił gola na 1:0. Gasparik mówił, że odbył z nim specjalną rozmowę, która docelowo miała wydobyć z niego coś ekstra. Na konferencji mówił nawet konkretnie, jakich słów używał, ale najważniejsze jest to, że zadziałały. Do tego Gasparik i Lukas Podolski zdradzili, jak bodźcowali Maksyma Chłania - który mimo słabych liczb w obecnym sezonie, na Narodowym także wpisał się na listę strzelców. Zestawienie słów trenera Górnika i ich wpływ na wygląd zespołu, z tym, jak bardzo nie wypaliły kwestie motywacyjne u trenera Rakowa, pokazywało, z jak wielką różnicą mieliśmy do czynienia.
Tomczyk może czuć niesprawiedliwość?
To jeszcze nie oznacza, że Łukasz Tomczyk zasłużył na zwolnienie - trzeba tylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Krótkoterminowo się nie obronił, ale Raków nigdy nie był klubem działającym według strategii obliczonej na cztery miesiące do przodu. Jeśli patrzymy na dłuższą perspektywę, Łukasz Tomczyk był trenerem wciąż niezweryfikowanym. Minus przy jego nazwisku pojawia się przy ocenie dotychczasowej pracy, ale jeśli mamy oceniać okres zawierający odpowiedni czas, w jakim da zbudować zespół na swoją modłę, nie doczekaliśmy do momentu, w którym można stawiać plusy lub minusy.
Michał Świerczewski był doskonale świadomy, że bierze trenera bez doświadczenia w dużej piłce i jego zetknięcie z tym światem może być różne. Tym bardziej, że Łukasz Tomczyk nie miał kontynuować pracy Marka Papszuna, tylko zmieniać Raków na bardziej ofensywny. W paru meczach ta zmiana była widoczna, w paru wręcz przeciwnie - paradoks polegał na tym, że tendencja, jeśli chodzi o grę i wyniki, była u Tomczyka przeciwna: gdy Raków grał lepiej, nie wygrywał. Prawie wszystkie ligowe zwycięstwa odnosił za to po słabych meczach - jedynie z Pogonią faktycznie dominował od początku do końca.
Można tu zadać dwa pytania: czy Tomczyk wyraźnie zmienił styl i czy dostał narzędzia, by to zrobić. Odpowiedź w obu przypadkach brzmi "nie". Zespół był sprofilowany pod Marka Papszuna, a później całkowicie odpuszczono zimowe okienko, jednocześnie wymagając, by w cztery miesiące na tej bazie zbudował coś mocnego. Przy wspomnianym braku doświadczenia, który w momencie podpisywania kontraktu władze Rakowa musiały akceptować z całym inwentarzem. Dlatego Łukasz Tomczyk ma prawo dziś się czuć nieco oszukany - o ile nie wydarzyło się za kulisami coś istotnego, o czym nie wiemy.
Raków inny niż wcześniej
Tu dochodzimy do najbardziej istotnej kwestii, czyli zmiany Rakowa na przestrzeni ostatnich lat. Nie ma większego pogromcy długofalowych wizji od presji finansowej, a Raków aktualnie stał się klubem nią obciążonym. Nie posiada adekwatnego stadionu do rozwoju, nie ma w związku z tym odpowiedniego przychodu z dnia meczowego, przed momentem w sposób kompletnie dla niego zaskakujący stracił sponsora (była nim upadła giełda kryptowalut Zondacrypto). Nie ma na tyle mocnej akademii, by dostarczała do drużyny tak jakościowych piłkarzy, jakich na przykład przez lata dostarcza Lechowi jego akademia. Do tego właściciel dość wyraźnie zimą zakomunikował, że jego chęć do wydawania pieniędzy w starym stylu jest już dużo mniejsza niż kiedyś.
Aby w tych warunkach, przy tak uciętych przychodach i przy bardzo prawdopodobnej zmianie podejścia samego właściciela, Raków był w stanie się spinać, trzeba sprzedawać piłkarzy i grać w Europie w każdym roku. To powoduje wspomnianą presję finansową, przy której długofalowe wizje mogą się takimi okazać tylko w jednym przypadku: gdy najpierw realizują się krótkofalowo. Łukasz Tomczyk w założeniu był długofalową wizją, ale - jak widać - tylko wtedy, gdy najpierw dowiezie cel krótkoterminowy.
Presja finansowa sprawia, że wszystkie wizje są krótkoterminowe, co najwyżej z możliwością ich przedłużania, jeśli realizacja jest odpowiednia - a wszystko inne to bajki. Pod tym kątem dziś Rakowowi bliżej do Legii Dariusza Mioduskiego, niż Lecha Piotra Rutkowskiego. Lechowi znacznie łatwiej wytrzymać kryzysy, gdy za presją sportową, którą zawsze narzucają tam kibice, nie idzie ta finansowa.
Sportowo Raków faktycznie wyglądał źle, mimo iż dwa ostatnie mecze ligowe wygrał. Statystycy wyliczają, że jego szansa na awans do europejskich pucharów wynosi aktualnie 94 procent, tylko że to zupełnie nie idzie w parze z wyglądem tabeli ligowej. Raków jest oczywiście mocnym faworytem, by skończyć ligę w czołowej piątce, ale nad szóstym zespołem ma zaledwie punkt przewagi, a w odwodzie - z równie niewielką stratą - jest też zespół siódmy (Wisła Płock i Zagłębie Lubin). Michał Świerczewski widzi to podobnie, a do tego ogląda mecze. Patrząc stricte na grę, Raków Łukasza Tomczyka najlepiej wyglądał na początku wiosny. Twarz Rakowa z dwóch ostatnich meczów w lidze przeciwko Cracovii i przeciwko Lechii, była zdecydowanie gorsza, mimo iż zwycięska. Z jednej strony można mówić, że los zaczął Rakowowi wyrównywać to, co zabierał wcześniej, ale z drugiej można do tych meczów dorzucić paskudny w wykonaniu Rakowa finał Pucharu Polski i co najmniej zastanowić się, czy z gry na dziś wynika, że Raków ma potencjał do utrzymania piątego miejsca, czy większe jest ryzyko, że zaraz je utraci. Gdy przychodzi takie zastanowienie, może prowadzić do różnych reakcji. W połączeniu z presją finansową daje efekt w postaci dymisji. Zmiana na ławce na Dawida Kroczka wynika z utraty zaufania do metod Łukasza Tomczyka, a nie z miłości do byłego asystenta Marka Papszuna. Jak w przysłowiu o chwytaniu się brzytwy.
Stadion jak kula u nogi
Wspomniany stadion Rakowa również ma przełożenie na decyzyjność właściciela. W przypadku wielu polskich klubów, organizacja dnia meczowego pozwala zarobić i zmniejszać presję finansową. W Częstochowie wygląda to zgoła odmiennie.
Raków z tytułu dnia meczowego uzyskał w poprzednim sezonie niespełna 2,7 mln złotych przychodu. To nie jest nawet dwa procent ogólnego przychodu klubu. Nie dlatego, że nie ma kibiców, tylko dlatego, że nie ma dla nich miejsca na stadionie. Średnie wypełnienie stadionu w Częstochowie to blisko sto procent - najwyższe w Ekstraklasie. Jednocześnie w wartości bezwzględnej tak niskie (5,5 tys.), że Raków nie jest w stanie nic dorzucić do budżetu. Nie mówiąc o innych szkodach spowodowanych brakiem stadionu. Łatwo sobie wyobrazić, że przy identycznych finansowo ofertach z przykładowego Górnika Zabrze i Rakowa, dobry zagraniczny zawodnik skusi się na miejsce, które jest po prostu bardziej atrakcyjne wizualnie (stadion Górnika wypełnia się 27 tysiącami kibiców).
Coraz gorsza wymiana kadr
Raków do pewnego momentu był tak mocno nastawiony na rozwój, że regularnie wymieniał osoby zarządzające na jeszcze mocniejsze. Trochę bez sentymentów, ale miał cel, jakim była budowa polskiego Łudogorca (wtedy dwunastokrotnego z rzędu mistrza Bułgarii, regularnego uczestnika europejskich pucharów), o czym jeszcze trzy lata temu mówił Michał Świerczewski. Działało to tak, że Raków nie rozstawał się z ludźmi, bo źle wykonywali swoją pracę, tylko w momencie, w którym właściciel doszedł do wniosku, że doszli do swojego sufitu i potrzebny jest ktoś, kto ten sufit będzie miał zawieszony wyżej.
Bo Raków chciał być jeszcze wyżej.
Wizja ciągłego rozwoju w pewnym momencie jednak pękła. Abstrahując od stadionu, który w tej formie zawsze będzie kulą u nogi i praprzyczyną ograniczonych możliwości rozwoju, Raków zatracił umiejętność wymieniania osób dobrych na jeszcze lepsze. Tym punktem w czasie mogło być zwolnienie Roberta Grafa z funkcji dyrektora sportowego. Nawet, jeśli czas po Rakowie nie wystawił mu najlepszej weryfikacji, w Rakowie jego pracę trudno nazwać nieskuteczną. Klub zdobywał trofea, Graf dochodził do porozumienia z gwiazdami w kwestii przedłużania umów, a przy transferach do klubu często trafiał - na czele z Ante Crnacem, który dla Rakowa zarobił krocie (przyszedł za 1 mln euro, sprzedano go za 11 mln). Dobrych transferów było więcej - możemy wymienić też Stratosa Svarnasa, Bogdana Racovitana, Gustava Berggrena, Bartosza Nowaka, Władysława Koczergina, a na upartego jeszcze Johna Yeboaha, który w Rakowie nie odpalił, ale też pozwolił na sobie zarobić po transferze do Włoch.
Michał Świerczewski uznał, że Graf "dał już swojego maxa" i jest potrzebny ktoś, kto pchnie Raków jeszcze dalej. Padło na młodego Hiszpana Samuela Cardenasa, który wyrobił sobie dobrą markę w lidze belgijskiej (aczkolwiek w innej roli - dyrektorem sportowym pierwszy raz w karierze został właśnie w Częstochowie). Ciężko będzie obronić tezę, że była to zmiana na lepsze, nawet jeśli Cardenasowi możemy przypisać pozyskanie świetnego Jonatana Brauta Brunesa. Patrząc holistycznie, Raków przestał robić dobre transfery, a okno z tego sezonu (już w wykonaniu Artura Płatka, kolejnego z dyrektorów) to na dziś bardzo duże rozczarowanie.
Mamy więc stadion, który ciągnie klub w dół, mamy wymianę dyrektorów, gdzie żaden następny nie był lepszy od poprzedniego, mamy dobiegające informacje, że właściciel nie jest już skory do tak wielkich inwestycji, jakie robił wcześniej, nie mamy za to Marka Papszuna, który ten Raków nawet w gorszym momencie zawsze był w stanie "jakoś pospinać". Michał Świerczewski jest na tyle zaangażowanym właścicielem, że mimo wszystko nie jest nierealny scenariusz, w którym Raków utrzyma swój aktualny poziom i za rok wciąż będzie się bił o puchary, ale na dziś coraz trudniej w Rakowie widzieć to samo, co widzieliśmy trzy-cztery lata temu. Trudno dostrzec klub, który nie tylko chce rok po roku rosnąć, ale też który wie, jak to zrobić.
Na dziś Raków zaczął wyglądać jak zwykły ligowiec nie tylko pod kątem tego, co na boisku, ale też co poza nim.













