Dariusz Dziekanowski: Niebieska karta dla Goncaio Feio?
Ostatnio medialnie przypomniał o sobie Goncalo Feio. I niestety kolejny raz nie chodzi o wyniki osiągane przez jego drużynę, ale ponownie pokazał swój krewki temperament i wdał się w bójkę.

Tym razem w Radomiu, gdzie do niedawna prowadził zespół Radomiaka. "Sparingowym" partnerem okazał się miejscowy radny, Dariusz Wójcik. Według medialnych doniesień, tym razem to Feio jako pierwszy dostał z tak zwanego liścia i w pierwszych dniach po wybuchu afery starał się przedstawiać się w roli ofiary. To nowość, choć trudno w to uwierzyć, ale nie wdawajmy się w szczegóły, zwłaszcza że obie strony zawarły porozumienie, według którego nie komentują tej sytuacji.
W tej historii ważne jest zaś to, że znowu Portugalczyk nie potrafił zapanować nad emocjami, znowu wyżalił się w mediach w jakich to fatalnych warunkach przyszło mu pracować, znowu pojawiła się przemoc fizyczna i znowu efekt jest taki, że Goncalo Feio stracił posadę. Nie wiem kto w jego imieniu negocjuje warunki kontraktu, ale to kolejny klub, w którym po krótkim czasie i kłótniach kończy się jego współpraca. Mam nadzieję, że jest to ostatni profesjonalny klub (przynajmniej w Polsce), który zatrudnia tego szkoleniowca. Powinien dostać coś w rodzaju niebieskiej karty w polskiej piłce, bowiem ewidentnie nie powinien podejmować się pracy, w której w grę wchodzą emocje. Brak umiejętności panowania nad nimi i zbyt krewki charakter sprawiły, że dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że nie wniesie on nic dobrego do żadnego klubu, a może tylko zaszkodzić reputacji - tak, jak było to w Motorze, w Legii, a teraz w Radomiaku.
O epizodzie w roli trenera francuskiej USL Dunkerque na szczęście wiedzą tylko nieliczni, nie zdążył narobić większego wstydu, by echo wydarzeń rozeszło się szerzej, po Europie.
Fakty pokazują, że Goncalo Feio pokazał, że nie szanuje ludzi, nie potrafi się zachować w grupie. Ewidentnie wejście na poziom trenera Ekstraklasy przerasta go. Stres z tym związany sprawia, że przekracza dopuszczalne granice i niestety nie ma żadnego usprawiedliwienia na takie wybryki. A przecież trener jest wizytówką klubu. Powinien być autorytetem dla swoich podopiecznych, a także dawać przykład młodym zawodnikom.
Skoro mowa o autorytetach, to warto podkreślić, że jednym z kluczowych warunków rozwoju piłkarza jest to, aby jak najszybciej trafił na odpowiedniego trenera. Dużo mówiło się o roli, jaką w karierach Roberta Lewandowskiego, Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka odegrał Jurgen Klopp. Każdy z nich podkreślał rolę niemieckiego szkoleniowca. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że we właściwym miejscu znalazł się również Oskar Pietuszewski, który bardzo mądrze wprowadzany jest do drużyny FC Porto.
Nazwisko byłego gracza Jagiellonii wymieniam w tym miejscu, ponieważ za chwilę Jan Urban ogłosi kadrę na barażowe mecze o awans do mistrzostw świata. Przy każdej okazji selekcjoner dostaje pytanie o tego zawodnika, ale stara się nie ulegać presji i robić to, co sam uważa za najlepsze. Generalnie studzi emocje, co wcale nie oznacza, że nie wyśle powołania. Jestem za tym, by Oskar Pietuszewski znalazł się w kadrze, ale rozumiem też spokój selekcjonera - to nie jest jeszcze zawodnik, który dziś od razu wskoczy do pierwszej jedenastki naszej reprezentacji. Może jednak być dżokerem w talii, zwłaszcza pod nieobecność Nicoli Zalewskiego (kartki), czy kontuzjowanego Pawła Wszołka.
Ten chłopak ma potencjał, żeby odwrócić losy spotkania. Nie jestem jednak zwolennikiem podgrzewania emocji wokół niego i pchania go do wyjściowego składu, bo pochopną decyzją można go "spalić". Jak najbardziej opowiadam się za tym, żeby selekcjoner wybierał zawodników, którzy są na fali. Moim zdaniem Jan Urban my w tej sprawie duże wyczucie, co pokazał na przykład powołując i wystawiając do gry przeciwko Holendrom Przemysława Wiśniewskiego. Wierzę, że i tym razem wybierze najlepszy wariant dla swojej drużyny.











