Dariusz Dziekanowski: Co dwie głowy, to nie jedna. Czy aby na pewno?
Legia i Widzew, dwa kluby, które miały i zapewne mają ambicje być ligowymi potentatami w naszym kraju, grają na razie przede wszystkim o utrzymanie. Powiedzieć, że nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań, to nic nie powiedzieć. A te oczekiwania wynikają w znacznym stopniu z pieniędzy wydanych w dwóch ostatnich oknach transferowych (w przypadku Legii - głównie w oknie letnim).

Wysoki budżet, atrakcyjne gaże dla zawodników - to kwestie, o których wszyscy mówią, gdy porównuje się te dwie drużyny. Mało kto zwrócił jednak uwagę na to, że jest jeszcze jeden wspólny mianownik: oba kluby mają po dwóch dyrektorów sportowych. Wydawałoby się, że co dwie głowy, to nie jedna.
Czyli, że dwie osoby razem są w stanie wymyślić i wykreować więcej dobrych rzeczy, niż jedna. Ale w tym wypadku i Legia, i Widzew temu powiedzeniu całkowicie zaprzeczają. Wielkość poczynionych inwestycji w budowanie obu zespołów jest odwrotnie proporcjonalna do osiąganych wyników.
Na tym etapie rozgrywek można już pokusić się o tezę, że kibice obu drużyn odetchną z ulgą, jeśli ich zespół utrzyma się w Ekstraklasie. Bo decyzje podejmowane przez ten kwartet dyrektorski (Dariusz Adamczuk i Adam Burlikowski w Łodzi oraz Michał Żewłakow i Frei Bobić w Warszawie) są bardzo nietrafione.
W Legii trzeci w tym sezonie trener, czyli Marek Papszun, jak na razie nie może wyprowadzić zespołu na spokojne wody. Trzeba powiedzieć wprost - sześć zdobytych punktów w pięciu spotkaniach, to nie jest wynik rewelacyjny, ani nawet dobry. Widzew sięga właśnie po Aleksandra Vukovića, który ma zastąpić Igora Jovićevicia, licząc, że nowy szkoleniowiec da drużynie lepszą energię i motywację.
Można pokusić się o podejrzenie, że w tych dwóch klubach każdy z dyrektorów sportowych ciągnie w swoim kierunku. Jeden podejmuje decyzję, pod którą drugi niekoniecznie chce się podpisać. Odpowiedzialność i decyzyjność gdzieś się rozmywa. Efekt? Kompletny chaos.
Często słyszymy narzekania i tłumaczenia, zwłaszcza w rywalizacji z drużynami z czołowych, a nawet średnich lig Europy, że to zupełnie inny pułap finansowy i dlatego trudno naszym klubom osiągać sukcesy. Tymczasem pieniądze niekoniecznie są kluczowym czynnikiem.
Popatrzmy choćby na to jak się prezentuje Jagiellonia Białystok. W przypadku Legii i Widzewa okazuje się, że pieniądze mogą wręcz mogą przeszkadzać. Mamy dwie drużyny, do których trafili piłkarze za duże pieniądze, ale kompletnie nie przekłada się to na jakość zespołu. Większość z tych zawodników gra grubo poniżej swoich możliwości.
Czyja to wina? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to trener nie daje rady. Ale to spore uproszczenie. Spójrzmy chociażby na dwa nazwiska zawodników Legii: Kacpra Urbańskiego i Miletę Rajovicia. Wydawało się, że sprowadzenie tego pierwszego było majstersztykiem, że kibice będą przychodzić na stadiony, by oglądać jego popisy, a 21-latek stanie się za chwilę filarem reprezentacji Polski.
Tymczasem Edward Iordanescu nie znalazł do niego klucza, a i Markowi Papszunowi idzie to opornie. Co więc mają do tego dyrektorzy? Ano to, że muszą pomóc trenerowi zdiagnozować problem i wspólnie go rozwiązać. Jeśli piłkarz ma mentalny problem, by się przełamać, to wsparcie z góry, czyli od dyrektora sportowego też jest bardzo ważne.
Trzeba sprawdzić, czy piłkarz się odpowiednio zaaklimatyzował po powrocie do Polski, czy nie ma na głowie innych problemów, które go hamują. Jeśli problem leży gdzie indziej, na przykład w tym, że zawodnik się źle prowadzi (tutaj raczej wykluczam tę opcję), to też rolą pionu sportowego, nie tylko sztabu, jest przypilnowanie takich spraw.
Co do tego, że Urbański ma talent i powinien być najjaśniejszym punktem zespołu raczej nie mamy wątpliwości. Inna sprawa z Rajoviciem, bo wątpliwości odnośnie jego talentu są duże. Nawet media donosiły o tym, że Legia nie do końca przyjrzała się piłkarzowi i podejmuje duże ryzyko płacąc za niego tak duże pieniądze -3 mln euro.
Pomimo tego, że ewidentnie Duńczyk zawodzi, to gra regularnie, znacznie więcej niż Kacper Urbański. Jakby ktoś na siłę chciał udowodnić, że jego transfer nie był pomyłką. Jednak dziś, po jego ponad półrocznym pobycie w Legii, prawie każdy kibic czytając przedmeczowy skład irytuje się, że znowu będzie musiał oglądać jego nieporadność.
Wiadomo, że piłkarza w nowym środowisku trzeba obdarzyć zaufaniem, dać chwilę na to, by się poczuł dobrze, ale w przypadku Rajovicia, to już chyba przesada. Nie jest to obojętne dla jego kolegów z zespołu, którzy widzą, że on gra, często w wyjściowej jedenastce, a oni rzadko opuszczają ławkę rezerwowych.
To też jest jedna z przyczyn, dlaczego Legii idzie jak po grudzie. Jeśli ktoś jest traktowany lepiej niż inni, to jest to prosta droga, by stracić szatnię i zepsuć atmosferę w drużynie.











