Czy w Ekstraklasie znalazłoby się miejsce dla Hodgsona?
W wielu europejskich ligach - hiszpańskiej La Liga, włoskiej Serie A czy Bundeslidze - rywalizacja o mistrzostwo w zasadzie jest już rozstrzygnięta. Wyjątkowo wygląda sytuacja w Premier League, gdzie Manchester City prześcignął (na dziś) Arsenal. A jak to wygląda na naszym domowym podwórku?

W najbliższej kolejce czeka nas klasyk, mecz nazywany kiedyś Derbami Polski. Chodzi o rywalizację Legii z Lechem. Takie spotkanie było tak dumnie nazywane, jednak dziś w obu klubach dominują skrajnie odmienne emocje związane z wynikiem. Gospodarz niedzielnego spotkania, czyli Lech skrada się po mistrzowską paterę, Legia zaś wciąż jest niepewna ligowego bytu. Oczekiwania więc są inne, także styl, który prezentują obie drużyny - a zwłaszcza Legia - daleki od tego, co nazwalibyśmy atrakcyjnym. Tak, Lech jest faworytem tegorocznych rozgrywek, ale niech liczby pokażą jaką siłą dysponuje kandydat na mistrza w naszym kraju na tle innych. Kolejorz ma po 29 kolejkach 49 punktów, co daje średnio 1,68 pkt na spotkanie. Barcelona po 32 kolejkach prowadzi z dorobkiem 82 punktów po 32 kolejkach, czyli 2,56 punktu na mecz. We Włoszech lider (Inter) po 33 kolejkach ma 78 pkt (2,36 pkt), Bayern 79 oczek po 30 spotkaniach (2,63 pkt), Manchester City z Arsenalem po 70 punktów po 33 meczach (2,12).
I chociaż Lech, w gronie drużyn aspirujących do tytułu, wygląda najlepiej, to od jakiegoś czasu spekuluje się o przyszłości trenera Nielsa Frederiksena. Władze klubu wciąż nie przedłużyły z nim umowy i można domniemywać, że nawet w przypadku triumfu w Ekstraklasie, Duńczyk opuści Poznań. Przypomnijmy tylko, że byłby to drugi z rzędu tytuł pod wodzą tego szkoleniowca. Ostatni oficjalny komunikat w tej sprawie ze strony Lecha sprzed dwóch tygodni mówił o tym, że "klub prowadzi rozmowy z trenerem w sprawie nowej umowy, ale na ten moment nie zapadła decyzja odnośnie przyszłości trenera, ale nie wyklucza on żadnego rozwiązania".
Pytanie: czy polskie kluby stać na to, by żegnać się ze szkoleniowcem, który osiąga dobre wyniki, choć gra drużyny nie jest wymarzona? Znamy z historii takie sytuacje, kiedy trenera zwalnia się przy pierwszym kryzysie, choć wcześniej miał świetne osiągnięcia. Niestety, w naszych warunkach zbyt często sprawdza się zasada: "lepsze jest wrogiem dobrego". Z ubolewaniem muszę przyznać, że w polskich klubach możliwości zatrudniania nowych szkoleniowców, co do których mamy pewność, że dadzą poprawę jakości, są bardzo ograniczone. A i wśród tych aktualnie pracujących, każda zmiana, to wielka loteria i brak gwarancji na szybką, widoczną zmianę na lepsze.
Skoro mowa o trenerach, do ciekawej sytuacji doszło w klubie, w którym kiedyś grałem, Bristol City. Występująca na zapleczu Premier League ekipa pod koniec marca zwolniła 49-letniego Austriaka Gerharda Strubera. Powód? Zespół w zasadzie stracił szansę na baraż o Premier League. W jego miejsce, do końca sezonu zatrudniono 78-letniego Roya Hodgsona. Sędziwy Anglik dwa lata wcześniej, po rozstaniu się z Crystal Palace ogłosił, że odchodzi na emeryturę. - Nie wiem dlaczego się zgodziłem, było mi dobrze na emeryturze, może tylko trochę się nudziłem - tłumaczył.
Hodgson ma dokończyć sezon, ale też "przywrócić pewne standardy w klubie" - jak tłumaczyli szefowie. No właśnie, o czym to świadczy? Moim zdaniem o tym, że są w Anglii szkoleniowcy, którzy dorobili się statusu legend, którzy mają ogromne doświadczenie i wciąż mogą być autorytetami dla młodszych o pół wieku zawodników. Są w Anglii postaci, po które kluby mogą sięgać, by przywrócić drużynę i klub (czyli standardy) na właściwe tory. Czy wyobrażamy sobie takie rzeczy w Polsce? Jaką byłaby reakcja, gdyby któryś z klubów sięgnął dziś na przykład po 73-letniego Jerzego Engela, czy choćby 69-letniego Adama Nawałkę? Mogę sobie tylko wyobrazić, że większość kibiców, a pewnie i zawodników pukała by się w czoło….










