Czerwona kartka w Częstochowie, ale co stało się później? Dwa ciosy po 90. minucie
W sobotnie, wielkanocne popołudnie do rywalizacji po przerwie reprezentacyjnej wróciły kluby Ekstraklasy. Zgodnie z planem drugim z sobotnich spotkań 27. kolejki było starcie Rakowa z Widzewem Łódź w Częstochowie. Wydawało się, że bohaterem spotkania zostanie Fran Alvarez, który w doliczonym czasie gry zdobył bardzo efektowną bramkę. Tymczasem grający w dziesiątkę Raków zdołał doprowadzić do wyrównania.

Po porażce reprezentacji Polski ze Szwecją (2:3) w finale baraży mistrzostw świata trzeba powrócić do ligowej rzeczywistości. 27. kolejka Ekstraklasy rozpoczęła się w Wielką Sobotę, od meczu GKS-u Katowice z Wisłą Płock (1:0). O godz. 14:45 zmagania rozpoczęły ekipy Rakowa i Widzewa.
Tym samym na częstochowskiej murawie oglądaliśmy obecnych i byłych reprezentantów Polski, takich jak Bartłomiej Drągowski, Przemysław Wiśniewski czy Paweł Dawidowicz. Przed pauzą na mecze międzypaństwowe klub z Łodzi zatrudnił Aleksandara Vukovicia, pod wodzą którego Widzew wygrał 2:1 z Lechem Poznań oraz zremisował bezbramkowo kolejno z Arką i Górnikiem. Raków kierowany od zimy przez Łukasza Tomczyka jest natomiast po remisie 1:1 z Legią i przegranym dwumeczu z Fiorentiną w Lidze Konferencji.
Widzew przyjechał do Częstochowy. Dwa gole w doliczonym czasie gry
Patrząc na suche statystyki pierwszej połowy tego spotkania tego spotkania, w oczy rzuca się jedno. Przez 45 minut gospodarze nie oddali ani jednego strzału. Goście próbowali natomiast sześć razy, jednak ani jeden nie zmierzał w światło bramki. Wnioski? Golkiperzy byli po prostu zbędni.
Najważniejsze wydarzenie miało miejsce w 36. minucie. Z boiska wyleciał Zoran Arsenić, który otrzymał drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę za faul. Od tej pory Raków musiał radzić sobie w dziesiątkę, ale zawodnicy Vukovicia i tak nie potrafili tworzyć zagrożenia pod bramką rywali. Tuż przed przerwą to Częstochowianie wyszli z groźnym kontratakiem, który przerwał Wiśniewski.
Środkowy obrońca reprezentacji Polski z dużym impetem odepchnął Jonatana Brunesa. Norweg upadł i - jeszcze w pozycji leżącej - wymachiwał rękami, domagając się odgwizdania przewinienia i ukarania defensora Widzewa. Ale tak się nie stało. Sędzia Raczkowski otrzymał od VAR-u informację, że gra może być kontynuowana.
W teorii w drugiej części gry to goście byli w uprzywilejowanej pozycji. Nie oznacza to jednak, że Raków nie tworzył sobie okazji. Nareszcie doczekaliśmy się pierwszego celnego uderzenia na bramkę, którego autorami były "Medaliki". Mimo to na tablicy wyników nadal widniał bezbramkowy remis. Po kwadransie z problemami zdrowotnymi zaczął zmagać się Kacper Trelowski. Potrzebna była zmiana, na boisku zawitał Olivier Zych.
Śmiało można stwierdzić, że Widzew nie umiał wykorzystać przewagi jednego zawodnika. Obie ekipy nie potrafiły też narzucić swojego tempa, choć Łodzianom powinno to przyjść zdecydowanie łatwej. Mecz był szarpany, często przerywany przez kolejne faule czy auty.
Dziesięć minut przed upływem regulaminowego czasu gry rozpędzony Angel Baena wtargnął w pole karne gospodarzy, jednak w ostatniej chwili piłkę spod jego nóg wybił Jean Carlos. Hiszpan runął na murawę, jednak czy Widzewowi należał się rzut karny? Arbitrzy długo weryfikowali całą sytuację. Ostatecznie nie podyktowali "jedenastki", co dosłownie rozwścieczyło Aleksandara Vukovicia. Skończyło się na żółtym kartoniku dla trenera.
Wydawało się, że do końca starcia nie obejrzymy żadnego trafienia, a Widzew Łódź zremisuje bezbramkowo trzecie spotkanie z rzędu w Ekstraklasie. W rzeczywistości po 90. minucie obejrzeliśmy dwa gole! Najpierw do siatki trafił Fran Alvarez, który huknął pod poprzeczkę. Kilka minut przed ostatnim gwizdkiem goście mieli wygraną w garści, ale osłabiony Raków rzutem na taśmę doprowadził do wyrównania. Gola strzelił Stratos Svarnas.













