Reklama

Reklama

Cracovia. Marcos Alvarez: Nie myślałem, by zostać aktorem

Napastnik Cracovii Marcos Alvarez opowiada Interii o tym, jak wspomina godziny spędzone na planie filmowym w klimacie Quentina Tarantino, a także o swoich andaluzyjskich korzeniach i znanym wujku, który do dziś ma dobre układy z Sergio Ramosem i Danim Alvesem.


Justyna Krupa, Interia: Jak wrażenia po nagraniu filmiku w stylu "Pulp Fiction", w którym wziął pan udział wraz z kolegą z Cracovii, Pelle van Amersfoortem? Była to specjalna produkcja "Pasów", mająca w założeniu wypromować linię złotych koszulek klubowych.

Marcos Alvarez, piłkarz Cracovii: - To było coś totalnie nowego dla nas i dla całej ekipy realizującej ten film. Zwykle raczej zajmujemy się piłką, a nie kręceniem tego typu produkcji. Myślę jednak, że ostatecznie wyszło bardzo fajnie, a mnie się bardzo na planie podobało. Wyobraź sobie, że my filmik trwający około 8 minut  kręciliśmy sześć godzin. Dopiero można sobie uzmysłowić, jak dużo pracy wkładają na co dzień w swoje zajęcie profesjonalni aktorzy. Człowiek przy okazji zdaje sobie sprawę, jak fajny zawód uprawia piłkarz, bo treningi trwają jednak dwie godziny i potem można iść do domu. A aktorzy muszą całymi dniami przebywać na planie, by nakręcić półtorej godziny materiału filmowego. Człowiek od razu nabiera szacunku do pracy aktorów i całego zespołu ludzi pracujących przy kręceniu takiego filmu, których się często nie widzi. Mam mnóstwo uznania dla tych wszystkich osób, które stały za kamerą, wymyślały scenariusz, dla pomysłodawców tego filmu.

Reklama

Wygląda na to, że ma pan naturalny talent aktorski, bo świetnie się pan odnalazł przed kamerą.

- Sporo osób już mi to powiedziało. Kiedy byłem mały, moja siostra miała studio, w którym pracowała nad musicalami, śpiewała. Uczęszczała też do szkoły muzycznej. Może jest coś w tym, że u nas to rodzinne? Ale nigdy nie myślałem, by zostać aktorem.

Co było dla pana największym wyzwaniem podczas kręcenia tego filmiku?

- Chyba kwestie językowe, bo na co dzień nie mówię po angielsku, tylko po niemiecku lub hiszpańsku. Czasem zdarzało mi się zapomnieć tekstu, trzeba było powtarzać ujęcie - trzeba mieć do tego wszystkiego sporo cierpliwości.

A jak sobie radził pana kolega z drużyny i z planu, czyli Pelle van Amersfoort?

- To sprytny chłopak i akurat on bardzo dobrze mówi po angielsku. O ile ja miałem więcej problemów z językiem i z samym opanowaniem tekstu, to dla niego może nieco większym wyzwaniem była sama gra aktorska. Jak mówiłem, ostatecznie jesteśmy jednak piłkarzami, a nie zawodowymi aktorami. Zwykle przed kamerą musimy występować tylko wtedy, gdy mamy udzielić krótkiego wywiadu. Myślę jednak, że Pelle też sobie świetnie poradził i ostatecznie sądzę, że filmik wyszedł bardzo dobrze.

Spore wrażenie robi to, jak poradził pan sobie ze sceną tańca.

- To jeszcze był w dodatku styl tańczenia  popularny przed laty, a nie coś nowoczesnego. Było mi o tyle łatwiej, że na planie była moja żona. Myślę, że z obcą kobietą tańczyłoby mi się w takiej sytuacji nieco dziwnie.

Myśli pan, że to jednorazowa przygoda czy chętnie by pan wrócił do aktorskich wyzwań w przyszłości?

- Nie wiem, szczerze mówiąc. Mnie się bardzo to podobało. Dowiedziałem się, że mam do tego dryg, może mi się to przyda po karierze. Teraz jednak chcę się przede wszystkim koncentrować na futbolu, bo jednak jeszcze parę lat kariery przede mną. A potem się zobaczy.

Pomysłodawca filmiku Paweł Sułkowski czerpał inspiracje z "Pulp Fiction". Oglądał pan w ogóle film Quentina Tarantino?

- Nie, w całości nigdy. Co prawda, zorientowałem się przy tej okazji, że kojarzę postaci z tego filmu, aktorów, ale całości nie widziałem. Szczerze mówiąc, uważam, że obecnie kręcone filmy tego typu są bardziej realistyczne i bardziej mi się podobają, niż te sprzed lat.

Jak obecnie wygląda sytuacja z pana zdrowiem? Nie znalazł się pan w kadrze Cracovii na mecz z Wartą, w którym zespół wystąpił właśnie w tych złotych koszulkach, które promowaliście.

- Miałem pewien uraz mięśniowy, przez co pauzowałem już trzy tygodnie, natomiast pracujemy nad tym, żebym był w stanie wrócić najszybciej, jak to możliwe.

Jak się pan odnalazł w polskiej Ekstraklasie? To pana pierwsza przygoda z zagranicznym klubem. 

- Zeszły rok był dla mnie trudny. Pojawiły się pewne sprawy prywatne, w dodatku to był rzeczywiście mój pierwszy rok gry za granicą. Wszystko potoczyło się nieco inaczej, niż się spodziewałem. Ale obecnie bardzo dobrze czuję się w Krakowie. Miasto mnie oczarowało, nasz zespół to dobra ekipa, z dobrym trenerem. Jasne, futbol w Polsce różni się od tego, który znałem z Niemiec - tutaj wszystko jest bardziej oparte na fizyczności, na sile. W Niemczech gra była bardziej oparta na technice i - powiedziałbym - bardziej kontrolowana. W ekstraklasie natomiast panuje ciągła walka. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Ale mam nadzieję, że dobry rok przed nami.

Chciałby pan jeszcze w przyszłości zagrać w Hiszpanii? Wszak z Andaluzji pochodzi pańska rodzina.

- Jest we mnie wciąż marzenie, by któregoś dnia zagrać w kraju, skąd pochodzi duża część mojej rodziny.  Ale taki jest właśnie futbol, że trzeba wybierać z tych ofert, które są na stole. Miałem pewne propozycje z kierunku hiszpańskiego, ale odmówiłem, bo były to oferty np. z trzeciej ligi. A ja chciałem grać w najwyższej możliwej klasie rozgrywkowej. Może na piłkarską emeryturę zawitam do Hiszpanii?

Pański wuj Antonio Alvarez był swego czasu asystentem Juande Ramosa w złotych czasach FC Sevilli. Ma pan z nim kontakt? Doradza panu od czasu do czasu?

- Rozmawiam z rodziną o moich meczach, o tym, co się u mnie ważnego wydarzyło. Wiadomo, w Hiszpanii nie da się regularnie oglądać meczów polskiej Ekstraklasy, ale kiedy tylko wujek jest w stanie, ogląda moje mecze i potem o nich rozmawiamy. Jednak w przeszłości wujek dawał mi więcej rad, teraz już mam 30 lat na karku i wiem mniej więcej, czy zagrałem dobry mecz czy zły i co mogę zrobić lepiej. Choć oczywiście on potrafi wyłapać pewne rzeczy, których ja nie dostrzegam, bo patrzy na to okiem trenera. Obecnie wujek poświęca się raczej występom w mediach w charakterze analityka, bo mówi, że ma już trochę dość futbolu. Ale w czasach, gdy pracował w FC Sevilli - jako asystent trenera, a także jako tymczasowy pierwszy trener - wypromowali się tam tacy gracze, jak Jesus Navas, Dani Alves, Sergio Ramos. Wielu byłych zawodników Sevilli do dziś okazuje wujkowi dużą wdzięczność. Wiem, że do dziś ma bardzo dobre relacje z Danim Alvesem czy Sergio Ramosem. Jeśli pojechałabyś do Sewilli i zapytała o Antonio Alvareza, to tam wszyscy go kojarzą.

Rozmawiała: Justyna Krupa

Czytaj także: Tarantino, perkusja i GTA. Kluby Ekstraklasy nabrały odwagi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje