Reklama

Reklama

Cieniasy rundy jesiennej Ekstraklasy

W naszej Ekstraklasie nie brakuje beznadziejnych piłkarzy. Są tacy, którzy po prostu niewiele potrafią i do zawodowego futbolu trafili przez przypadek lub przez niekompetencję osób ich zatrudniających, oraz tacy, którzy potrafili grać i to na wysokim poziomie, ale z jakichś powodów przestali. Zapraszamy was do wybierania największych Cieniasów zakończonej rundy jesiennej.

Oto nasza lista kandydatów:

Darvydas Szernas (Zagłębie Lubin)

Reklama

Dwa lata temu przez pół rundy strzelił kilka bramek w Widzewie, co otworzyło mu drogę do transferu do Zagłębia i wysokiego - jak na polskie realia - kontraktu. W Lubinie zawodzi kompletnie i wszyscy stracili do niego cierpliwość. Jesienią na boisku pojawił się 10 razy i nie zdobył gola. Pozostaje mu tylko czasem "odpalić" stary filmik i przypomnieć sobie, jak jeszcze nie tak dawno potrafił, grając w reprezentacji Litwy, pokonać Ikera Casillasa.

Maciej Sadlok (Ruch Chorzów)

Wydawało się, że może z niego wyrosnąć klasowy obrońca. Trener Franciszek Smuda próbował go w reprezentacji, a Józef Wojciechowski nie szczędził grosza, by sprowadzić do Polonii Warszawa. Nagle zatrzymał się w rozwoju, a po powrocie do Ruchu zaliczył ogromny regres. Zawalił "Niebieskim" kilka spotkań, w zasadzie nie wiadomo, dlaczego trener Jacek Zieliński nie posadził go na ławce.

Ireneusz Jeleń (Podbeskidzie Bielsko-Biała)

Jego angaż do Podbeskidzia był dużym zaskoczeniem. Zawodnik, który jeszcze niedawno był ceniony we Francji i grał w Lidze Mistrzów, miał w słabym Podbeskidziu zostać gwiazdą, pomóc drużynie w wydostaniu się z dna tabeli. Nic z tego nie wyszło. Jeleń marnował okazje, nie potrafił nawet posłać piłki do siatki z rzutu karnego. Bez niego zespół w ofensywie radzi sobie lepiej.

Jan Frederiksen (Wisła Kraków)

Pierwszy Duńczyk w polskiej Ekstraklasie i duży niewypał. Wisła szukała lewego obrońcy i skorzystała z zawodnika, który miał grać w spotkaniu dla bezrobotnych piłkarzy. Frederiksen był nieprzygotowany fizycznie do sezonu, a poza tym posiada niewielkie umiejętności.

Przed spotkaniem z Zagłębiem powiedział, że oglądał już mecze tego zespołu, ale nie zwrócił zupełnie uwagi na Szymona Pawłowskiego, którego miał kryć, bo ten gra na prawym skrzydle. Na boisku brutalnie przekonał się o umiejętnościach lubińskiego zawodnika. Ta sytuacja skłania do refleksji - po co trener Tomasz Kulawik robi odprawy taktyczne, skoro nikt ich poważnie nie traktuje? Dotyczy to zresztą nie tylko Frederiksena.

Patrik Mraz (Śląsk Wrocław)

Mało grał, ale nagle zrobiło się o nim głośno. Wystarczyło, że przyszedł na trening w stanie wskazującym i jeden z kolegów na niego doniósł. Dzień później stracił pracę, a donosiciel został odsunięty od zespołu. Jedyny pozytyw tej sprawy to fakt, że Śląsk od chwili ujawnienia afery zaczął lepiej grać w piłkę i wygrywać. Szkoda, że tacy zawodnicy jak Mraz trafiają do naszych klubów.

Alan Stulin (GKS Bełchatów)

Wyszkolony w Niemczech 20-latek trafił do Bełchatowa z rezerw Kaiserslautern. Szybko przekonał się, że Ekstraklasa to dla niego za wysokie progi, nawet w tak słabym zespole, jak GKS. Inna sprawa, że większość zawodników tego klubu mogła śmiało trafić do tego zestawienia.

Dariusz Pietrasiak (Podbeskidzie Bielsko-Biała)

Sezon zaczynał w Izraelu, skąd szybko wyleciał. Przygarnęło go Podbeskidzie i chyba na swoją zgubę. Podobnie jak Jeleń, nic - poza błędami - nie dał drużynie. Profesor Jan Chmura, specjalista od przygotowania fizycznego, dziwił się, jak zawodnik z taką wagą może grać na tak odpowiedzialnej pozycji, jako środkowy obrońca.

Grzegorz Rasiak (Lechia Gdańsk)

Nie wyszło mu w Jagiellonii, więc przygarnął go w Lechii Bogusław Kaczmarek, pod którego skrzydłami świetnie radził sobie w Groclinie. Z planów odbudowy formy nic nie wyszło. Rasiak już nie nadaje się do gry na zawodowym poziomie. Szkoda rozmieniać się na drobne.

Osman Chavez (Wisła Kraków)

Po wakacjach zameldował się w klubie z nadwagą (zdradził to trener Michał Probierz), potem grał tak beznadziejnie, że wstawiano go do składu tylko dlatego, że inni obrońcy Wisły byli kontuzjowani albo pauzowali za kartki. Lubi opowiadać o Bogu, wygłasza kazania, chce zakładać radio. Wisła zatrudniła go po to, aby dobrze grał w piłkę, więc lepiej byłoby, aby na tym właśnie się skoncentrował.

Marcin Kamiński (Lech Poznań)

Kolejny, po Macieju Sadloku, polski piłkarz, który zaliczył ogromny regres. Trener Franciszek Smuda zabrał młodego lechitę do kadry na Euro, aby nabierał doświadczenia, jesienią miał się przebijać do podstawowego składu reprezentacji. Tymczasem w Lechu grał wtedy, gdy trener nie miał do dyspozycji innych obrońców. Na koniec złapał poważną kontuzję. Jego kariera znalazła się na zakręcie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje