Były prezes Cracovii przemówił po zwolnieniu: dało się wyczuć, że pojawia się nowa wizja
- Do dziś się zdarza, że mam z kibicami Cracovii niełatwe spotkania. Raz się zdarzyło, że jeden z nich… rozpłakał się. Byłem akurat na spacerze z synem, który mnie spytał: tato, co zrobiłeś temu panu? Wymyśliłem takie zdanie: tato otworzył drzwi do marzeń, których nie spełnił. Człowiek jest wściekły, ale z drugiej strony wdzięczny, że kibice, sponsorzy i inne podmioty docenili moją pracę - mówi Mateusz Dróżdż w pierwszym dużym wywiadzie, jakiego udzielił po nagłym zwolnieniu z Cracovii na początku roku.

Wywiad z Mateuszem Dróżdżem podzieliliśmy na dwie części. W pierwszej, którą publikujemy poniżej, rozmawiamy o Cracovii i jego nagłym odejściu z klubu. W drugiej - o polskiej piłce nożnej (między innymi o niedoszłym meczu Śląsk Wrocław - Wisła Kraków i kwestiach prawniczych).
Przypomnijmy - Mateusz Dróżdż był prezesem Cracovii przez dwa lata. W tym czasie do jego pracy nie było zastrzeżeń, jednak na początku roku niespodziewanie został zwolniony z klubu. Pół roku wcześniej większościowy pakiet akcji Cracovii przejął amerykański biznesmen Robert Platek. Mniejszościowym udziałowcem pozostała Elżbieta Filipiak, wdowa po byłym właścicielu Januszu Filipiaku, założycielu Comarchu.
Mateusz Dróżdż mógł spodziewać się zwolnienia?
Przemysław Langier (Interia Sport): Zastanawiałem się, jakiego Mateusza Dróżdża dziś spotkam. Wypoczętego, czy zmęczonego ostatnimi trzema miesiącami. Trochę w tym czasie do pana strzelano.
Mateusz Dróżdż (były prezes Cracovii): - Wypoczęty to jednak nie, bo przez cały czas po zwolnieniu, z Cracovią wciąż łączyła mnie umowa. Poza tym człowiek nadrabiał rzeczy naukowe, czy związane z kancelarią, więc na prawdziwy odpoczynek na pewno nie było czasu. Samo rozstanie z klubem też nie było łatwe.
Na początku stycznia napisałem do pana, czy możemy umówić się na wywiad. Pan odpisał, że nie ma sprawy, a dosłownie następnego dnia pojawił się komunikat o pana zwolnieniu. Czyli pan się nie spodziewał.
- Może sama decyzja mnie nie zaskoczyła, ale jej termin - już tak. Były zmiany w klubie i dało się wyczuć, że pod względem zarządzania pojawia się nowa wizja.
Pan zawsze chwalił współpracę z panią Elżbietą Filipiak, a jednak ostatecznie doszło do zwolnienia. Naturalne jest pytanie, co się wydarzyło?
- Dziewiętnaście miesięcy, jakie miałem w klubie, to były wzorowe warunki dla prezesa w zakresie zarządzania, współpracy z Radą Nadzorczą i ta współpraca tak naprawdę była dobra do samego końca, do dnia zwolnienia. Nie mieliśmy sytuacji kryzysowych, czy konfliktowych. Dzień przed zwolnieniem ustalaliśmy lokalizację nowego sklepu i jak mniej więcej on ma wyglądać. Mówię o dziewiętnastu miesiącach, bo po zmianie właścicielskiej klub przechodził transformację, wychodził z grupy kapitałowej, itp. Miałem wrażenie, że jestem pośrodku dwóch akcjonariuszy, którzy mają wpływ na to, gdzie ten klub ma być dalej. Od tego momentu warunki nie były już takie, jak wcześniej, ale czy generalnie mogę na to narzekać? Raczej nie. Po prostu wymagało to więcej pracy, zaangażowania, ale abstrahując od decyzji, czy się z nią zgadzam, uważam, że konkretnie wtedy, 7 stycznia, przy wychodzeniu z grupy kapitałowej, klub nie był gotowy na zmianę prezesa zarządu. I zaznaczam: nie chodzi tu stricte o Mateusza Dróżdża, a o samą Cracovię.
Coś się jednak musiało zacząć psuć. Nawet jeśli mówi pan, że współpraca z Elżbietą Filipiak miała miejsce dosłownie do ostatniego dnia, to nie wierzę, że wtedy - przy ustalaniu szczegółów dotyczących klubowego sklepu - ona nie wiedziała, że nazajutrz wręczy panu dymisję. Mateusz Dróżdż przestał pasować do nowej strategii Cracovii?
- Myślę, że trochę tak było. Od jakiegoś czasu coś się zmieniło. Było więcej rad, było więcej przedstawiania dokumentów. Z tyłu głowy siedziały jakieś domysły, ale to święte prawo Rady Nadzorczej, żeby tą radę zwoływać i żeby pewne rzeczy przedstawiać.
Nowa Cracovia
Na czym tak namacalnie polega zmiana strategii Cracovii?
- Pierwsza rzecz, która jest najbardziej istotna, to proces decyzyjny co do transferów. Po drugie uważam, że wyjście z grupy kapitałowej Comarchu powodowało, że struktury trzeba było budować na nowo i może po prostu właściciele czy akcjonariusze doszli do wniosku, że oni to zrobią po swojemu. Możemy mówić też o podejściu związanym z tym, jak ma zespół wyglądać, ile pieniędzy ma być przeznaczone na transfery. O tym będzie decydował właściciel, a nie trochę tak jak było u nas, że - o ile właściciel miał wpływ na te decyzje - była strategia w zakresie kwot, które możemy przeznaczyć na zakup nowego zawodnika po dokonaniu sprzedaży innego.
Roberta Platka mało jest w Cracovii. Na miejscu działają David Amdurer i Murat Colak. Co można o nich powiedzieć?
- Z Muratem nie miałem przyjemności współpracować oprócz tego, co było na AGH, więc nie będę się wypowiadał. Poznaliśmy się i właściwie tyle. Z Davidem rozmawialiśmy o kwestiach sprzedażowych i sponsoringowych. Wydaje mi się, że jako człowiek z człowiekiem rozmawiało nam się dobrze, ale to była krótka próbka czasu.
Słyszałem, że oni chcą pchać Cracovię w amerykańskim kierunku. Że to miałoby wyglądać jak robienie w Krakowie NBA. To może się udać?
- Pracowałem w USA i miałem przyjemność poznać właścicieli dużych klubów w NFL, MLB, NBA… Ale kultura i socjologia stadionowa jest tam całkowicie inna niż ta w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie mówię, że wszystko co amerykańskie jest złe, ale na pewno musi być jakiś plan na to, a przede wszystkim też trzeba pamiętać o społeczeństwie jakim też jest Kraków. Dlatego nie wiem do końca, czy taki model, nazwijmy go proamerykańskim, uda się wprowadzić, ale też nie dokonuję od razu jego krytycznej oceny Oczywiście oglądałem tę słynną konferencję z udziałem wiceprezesów, gdy kreślili tego typu wizje, poruszając przy okazji kwestie sponsoringowych i muszę tu powiedzieć, że to nie do końca tak było, że my tych sponsorów nie mieliśmy.
Zobacz również:
Strzały w kierunku Mateusza Dróżdża
To był zarzut do pana. Że nie znalazł pan sponsora na kolejny sezon.
- Nie mogę mówić zbyt wiele o rozmowach w Comarchu, bo były objęte tajemnicą, ale informacje, które dostałem w październiku czy sierpniu, były takie, że nie musieliśmy się obawiać o przód koszulki. My i tak szukaliśmy sponsorów i nie powiem, że ich nie mieliśmy na czerwiec, bo myślę, że pewne kwestie byśmy domknęli. Pojawiło się światełko w tunelu, jeżeli chodzi o nazwę stadionu. Dane pokazują, że zwiększyliśmy liczbę sponsorów. Jeśli ktoś ma odczucie, czy poszukiwania były prowadzone w poprawny, czy niepoprawny sposób, to jest jego opinia. Nasz zespół i zespół sprzedaży wykonał w mojej ocenie dobrą pracę, także na płaszczyźnie stworzenia podstawy do tego, żeby sprzedać nazwę stadionu, nazwę ośrodka, czy też poszukać innych sponsorów, a przede wszystkim kontynuować rozmowy z tymi, którzy już teraz byli z nami. Słyszałem ten fragment konferencji, do którego pan nawiązuje w pytaniu i mogę powiedzieć, że się z nim nie zgadzam, ale z drugiej strony traktuję to jako zdanie Davida. A liczby nas bronią.
Dobrze rozumiem z początku pana wypowiedzi, że miał pan pewnego rodzaju gwarancje, że Comarch zostanie na froncie koszulek Cracovii na kolejny sezon? Pytam też pod kątem aktualności tej gwarancji, bo gdy dziś obserwuję relacje pani Filipiak z obecnym zarządem, to zaczynam mieć co do tego wątpliwości.
- Mogę tylko powiedzieć i nie chcę tutaj "nawijać makaronu na uszy", że współpraca z Comarchem i jego pracownikami była bardzo dobra, ale nie wypada mi wypowiadać się na temat relacji innych ludzi, umów, czy ustaleń w tym zakresie. Do poprzedniej wypowiedzi dodam tylko, że to nie jest też tak, że wszystko było idealnie. Decyzje w zakresie sponsora strategicznego to decyzje już na poziomie właścicielskim. Tu nie byłem stroną, żeby się na ten temat wypowiadać, ale nie chcę też ze względu na to, że bardzo szanuję osoby, które były z Comarchem powiązane.
Skoro jesteśmy przy finansach. Cracovia miała problem z uchwaleniem budżetu. Dlaczego?
- To złożona sprawa. Wprowadziliśmy nową metodykę sporządzania budżetu. Chcieliśmy zrobić kontroling finansowy, który miał działać od stycznia - nie będę ukrywał, że trochę na wzór Zagłębia Lubin i tego stosowanego w KGHM. Wszystko po to, by Cracovia mogła lepiej pilnować kosztów. Osobiście miałem w tym zakresie duży niedosyt. Wynikało to z tego, że Comarch miał kontroling kwartalny związany z kosztami całej grupy kapitałowej, a ja chciałem miesięczny, bo w piłce nożnej musisz mieć miesięczną kontrolę budżetu. Przedstawiałem sytuację Radzie Nadzorczej, że jeżeli chcemy to wszystko poukładać, to decyzje muszą być podejmowane wcześniej, by można było te narzędzia wprowadzać. Budżet był przygotowany, ale wymagał jeszcze zatwierdzenia przez Radę Nadzorczą.
Kontakty z Robertem Platkiem
Do Roberta Platka nie mógł się pan dodzwonić?
- Kontakt był inny, niż z panią Filipiak, ale można to też tłumaczyć zmianą czasu. W pewnym momencie z kimś trzeba było te najważniejsze rzeczy ustalić - byli akcjonariusz większościowy (Platek - przyp. red.) i mniejszościowy (Filipiak - przyp. red.), ale też nie chcę przedstawiać tego, że kontaktu nie było a zmieniła się jego częstotliwość. Czy Robert Platek jest zajętą osobą? Tak, jest zajętą. A czy kwestie budżetowe powinny być wcześniej ustalone? Myślę, że tak, ale powtórzę jeszcze raz: chodziło o narzędzia, czy też kwestie, które chciałem wprowadzić z nowym działem finansowym i to wymagało zgody rady nadzorczej. Uważam, że dla klubu piłkarskiego ich wprowadzenie z perspektywy budżetu jest niezbędne.
Pani Filipiak w jednym z wywiadów potwierdziła, że Cracovia zimą na swój wniosek otrzymała wcześniejszą transzę z Ekstraklasy. To mogło powodować obawy związane ze stanem finansów klubu. To był pierwszy taki przypadek?
- To jest tajemnica i tutaj nie będę się na ten temat wypowiadał. Byłbym niepoważnym człowiekiem, gdybym mówił o płynności finansowej spółki. Mogę tylko powiedzieć, że naszym celem nadrzędnym było zachowanie tej płynności. Przez cały rok nie potrzebowaliśmy wsparcia pożyczkami od właściciela, co było naszym głównym zadaniem, ale takie rzeczy, jak wcześniejszy przelew transzy od Ekstraklasy, w lidze oczywiście czasem się zdarza - to żadna tajemnica.
Jaką osobą jest Robert Platek?
- Moim zdaniem nie poznaliśmy się na tyle, bym mógł rzeczowo odpowiedzieć. W czasie mojej pracy odbyliśmy jedną dłuższą rozmowę o klubie, a później po zwolnieniu kolejną - bardziej, powiedziałbym, ludzką.
Po czasie żałował zwolnienia?
- To nie do mnie pytanie.
Ale da się czasem wyczuć.
- Nie wiem, czy żałował. Taka była decyzja i tyle - byłbym niepoważny, gdybym opisywał takie rzeczy. Mogę mówić o własnych odczuciach i one były takie, że dla mnie to odwołanie nie było łatwe z różnych względów. Gdy otrzymałem tę decyzję, to w pierwszej kolejności pomyślałem, że… żona mnie zabije, bo to miał być projekt długoterminowy, a tu znowu szykuje się przeprowadzka. Wiedziałem też, że wcześniej rozmawiałem z trenerem. Wiedziałem, że miał ciekawą propozycję na stole, ale został, bo złożyłem mu pewne deklaracje, więc zacząłem się zastanawiać, co ja teraz mu powiem. Albo co powiem Otarowi Kakabadze, który przedłużał kontrakt nie tylko pod względem - nazwijmy to - finansowym, ale tego, co mu obiecałem, jeśli chodzi o projekt Cracovii. To były rzeczy, które chodziły mi po głowie. A jakie były subiektywne odczucia akcjonariuszy w tym zakresie? To drugorzędne.
Na moje oko zabrakło szacunku. Nie było nawet oficjalnych podziękowań, które zwyczajowo zawsze się publikuje.
- Kiedyś powiedziałem, że dla mnie najważniejsze, że podziękowali mi kibice. Do dziś się zdarza, że mam z nimi niełatwe spotkania. Raz się zdarzyło, że jeden kibic… rozpłakał się. Byłem akurat na spacerze z synem, który mnie spytał: tato, co zrobiłeś temu panu? Wymyśliłem takie zdanie: tato otworzył drzwi do marzeń, których nie spełnił. Syn spytał, czy mam klucz do tych drzwi. To są sceny, które rozdzierają wewnętrznie. Człowiek jest wściekły, ale z drugiej strony wdzięczny, że kibice, sponsorzy i inne podmioty docenili moją pracę.
Czy Cracovia ma się czym martwić?
Wracając do pieniędzy. Cracovia pod kątem finansowym ma się o co martwić?
- Cały czas próbowaliśmy robić tak, żeby nie było tego zmartwienia. Oczywiście Cracovia jest takim klubem, który wymaga przychodów z transferów i jest pod tym kątem deficyt. Występował też za moich czasów. Poza tym klub musi osiągnąć też przychody w zakresie dywersyfikacji - mówiłem o sklepie. Wprowadzaliśmy pewną politykę, żeby mógł w tym roku zarabiać. Patrzę po frekwencji, że ona jakoś dramatycznie nie spadła w porównaniu do poprzednich lat, więc wprowadziliśmy jakieś narzędzia, które działają i które miały też dać przychody.
Teraz sprzedaż zawodników wziął na siebie Robert Platek. Jak to ma działać w praktyce i czy jest to niebezpieczeństwo dla Cracovii?
- Jeżeli chodzi o letnie okno, pewne rzeczy konsultowaliśmy, co do sprzedaży, ale one były po stronie pionu sportowego. W chwili zwolnienia mieliśmy inne plany transferowe, ja nie chciałem przeprowadzać aż takiej liczby transferów. Były dwa nazwiska, które mieliśmy na ostatniej prostej, a które nie przyszły do klubu. Nie znam do końca przyczyn, czy to było spowodowane zmianą polityki, ale generalnie zawodnicy, którzy przyszli - oprócz jednego, występowali na naszych listach. W lecie polityka transferowa się zmieniła - doszły dodatkowe osoby. Nie chcę powiedzieć, że byłem rozjemcą, bo to byłoby złe słowo, ale jakoś próbowałem to układać, żeby każda strona mniej więcej była z tego zadowolona. A czy kwestia transferów wychodzących podlega właścicielowi? To też jego święte prawo, ale gdy jeszcze byłem członkiem zarządu Cracovii, to właściciel generalnie nie ingerował. Był informowany o transferach przychodzących, była jasna procedura, gdzie on musiał wyrażać zgodę na pewne rzeczy. W temacie transferów wychodzących był bieżący kontakt, ale to my przeprowadzaliśmy cały proces.
Może właściciel to chciał właśnie zmienić, zmieniając prezesa?
- Może i tak, ale ja nie dostałem wprost przyczyny odwołania, ale to też decyzja, która nie wymaga uzasadnienia. Jednak w jakiejś rozmowie zawsze to pozwala się rozwinąć. Człowiek coś by z tego wyciągnął, dostrzegł coś, czego może nie widział. Ale naprawdę nie poświęcam temu dużo czasu. Zdarzyło się i teraz ważne, by iść do przodu.
Patrząc na przeszłość Roberta Platka i to, co działo się z jego klubami, mogła zapalać się lampka bezpieczeństwa. Nie zapaliła się, gdy w połowie zeszłego roku rozpoczęły się negocjacje na temat nabycia przez niego akcji klubu?
- Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie słyszałem nic o tamtych sprawach, ale dla nas, jako trzyosobowego zarządu, zadaniem było przygotowanie klubu do zmian właścicielskich. Reszta to była kwestia poza nami.
To wiem, ale pytam bardziej, czy pani Filipiak nie konsultowała z zarządem sprawy sprzedaży klubu. Czy nie pytała o radę.
- Nie, w tym sensie, że nie braliśmy udziału w decyzyjności tego procesu, ale oczywiście miałem przygotowywać klub w określonym zakresie pod sprzedaż. My jako zarząd jasno usłyszeliśmy deklarację, że jest osoba, który chciałaby nabyć klub, i że toczą się rozmowy w tym zakresie. Tak samo nie mieliśmy wpływu na sprzedaż Cichego Kącika. Ja, jako członek zarządu, mogę powiedzieć, że w pewnych kwestiach nie zgadzam się z pewnymi wyborami, ale to była kwestia właścicielska, która była dokonana zgodnie z prawem. Z naszej perspektywy to była kwestia przenoszenia użytkowania wieczystego w ramach zmian właścicielskich. Naszą rolą było sprawdzenia tego, czy wszystko jest lege artis. A jeśli są jakieś zarzuty do tej sprawy, to istnieją organy, które powinny się tym zająć.
Sprawy Cichego Kącika i Alexa Haditagiego
Pan pod sprzedażą Cichego Kącika się nie podpisał?
- To jest tajemnica spółki i nie mogę o tym mówić, ale jeszcze raz powtórzę to kwestia związana ze sprzedażą akcji.
Jak pan interpretował sytuację z konferencji prasowej, gdy sprawa Cichego Kącika została wywołana grubo ponad pół roku po tym, jak doszło do tej transakcji? Mimo że Robert Platek doskonale wiedział, kupując Cracovię, że kupuje ją bez Cichego Kącika.
- Nie wiem. Szczerze nie potrafię tego za bardzo wytłumaczyć, ale tak bywa w piłce, że czasem nie rozumie się czyjejś komunikacji. Sam przecież przeżyłem sprawę związaną z właścicielem Pogoni Szczecin (Mateusz Dróżdż nie podał ręki Alexowi Haditaghiemu przy okazji meczu Pogoń - Cracovia, wcześniej właściciel Pogoni w swoich mediach społecznościowych zaatakował Cracovię za niekorzystne jego zdaniem komentarze odnośnie polityki transferowej szczecinian - przyp. red.).
Sprawa z właścicielem Pogoni miała jakiś wpływ na pana relacje z Elżbietą Filipiak?
- Długo na ten temat rozmawialiśmy i żeby była jasność: mogę wprost powiedzieć, że ja nie jestem dumny z tej sytuacji w rozumieniu takim, że gdybym naprawdę wiedział, że jadę do tej loży, poprosiłbym o inne miejsce. Byłem przedstawicielem Cracovii. Klubu, który zawsze mi będzie bliski. Klubu, w którym reprezentowałem kibiców, sponsorów itd. I moim zdaniem pewna granica została przekroczona. Gdybym podał rękę panu Alexowi i udawał, że nic się nie stało, nie mógłbym ani spojrzeć w lustro, ani w oczy kibicom Cracovii. Ale proszę mi wierzyć, że gdy zobaczyłem właściciela Pogoni, który do mnie podchodzi, pomyślałem sobie: kurczę, nie, błagam… W sensie nie doprowadzajmy do tej sytuacji, bo ona może być dla mnie ciężka. Nie chciałem znów wyjść na kłótliwego człowieka. To było moje zobowiązanie moralne i odpowiedź na wypowiedzi właściciela Pogoni. To mogło odbyć się inaczej. Gdybym usłyszał słowo "przepraszam", na sto procent podałbym rękę. Chodziło o zasady. Jednocześnie wiem, że w relacjach biznesowych brak podania ręki, to jest duża sprawa. Nie miałem z tego żadnej satysfakcji.
Co się stanie na murawie?
Wracając na murawę. Pana zdaniem Cracovia sportowo się wygrzebie?
- Zamieszanie zawsze oddziałowuje na szatnię. Bez względu, czy jest pozytywne, czy negatywne. Muszę tu wziąć w obronę trenera Elsnera, którego uważam za świetnego specjalistę. To praca w nowych warunkach, w pewnego rodzaju niepewności. To musi mieć wpływ. Mam nadzieję, że piłkarze zawalczą - jak nie o to, co wspólnie stworzyliśmy, to o siebie. Przypomina mi się sytuacja z poprzedniego sezonu. Przed meczem z Koroną, który wygraliśmy, cały pion sportowy usiadł ze sobą. Robiliśmy burzę mózgów, jak wyjść z kryzysu. Dzień po dniu mieliśmy rozpisane: kto w jaki sposób działa, czy prezes ma iść do szatni, a jeżeli tak, co ma powiedzieć i tak dalej. To było realizowanie planu przez cały tydzień, aż wygraliśmy 1:0. Wymęczyliśmy ten mecz, a później graliśmy z Lechem i przebieg był taki, że też powinniśmy wygrać. Każdemu zależało na wyjściu na prostą.
Ja się obawiam, choć może się mylę, że różnica polega na tym, że wtedy wszyscy w ten projekt wierzyli, a teraz... mam wątpliwości. Jeżeli trener podaje się do dymisji, to dla mnie to jest sygnał, że z wiarą w obecny projekt są deficyty.
- Myślę, że tu nawarstwiło się kilka rzeczy. W listopadzie trener otrzymał w pewnym sensie ofertę życia. Rozmawialiśmy i miałem odczucie, że trener przekazuje coś w stylu: prezesie zostaję, bo wierzę w prezesa, pracowników, wierzę w to, co robimy itd. Niedługo później zostałem odwołany. Być może nowy zarząd skieruje Cracovię na jeszcze lepsze tory - nie mówię, że nie. Natomiast jakaś niepewność w takiej sytuacji musiała się pojawić. I kolejna kwestia: obiecałem trenerowi, że po pewnej dacie nie będziemy już sprzedawać zawodników, a do określonej daty dostarczymy mu wszelkie zastępstwa. Chciałem, żeby w Turcji trener miał możliwość jak najlepszego przygotowania, a rzeczywistość okazała się inna. Ja to interpretuję tak, że trener Elsner ma swój honor i nie chodziło tutaj o wiarę lub jej brak w projekt, bo nie mnie to oceniać. Po prostu uznał, że w obecnej sytuacji najbardziej fair będzie, jak przedstawi swoją decyzję i zobaczy, czy będzie zbieżna z decyzją drugiej strony. Cracovia dziś przede wszystkim potrzebuje stabilizacji.
W takim razie zamykając tę część rozmowy: czym się różniła Cracovia Mateusza Dróżdża od obecnej Cracovii?
- Chyba za mało czasu minęło, by już teraz mówić o różnicach. Choć na pewno wskazałbym kwestie komunikacyjne, ale żeby było jasne: nie wskazuję, kiedy było lepiej. Na pewno mogę powiedzieć, że Cracovia Mateusza Dróżdża, o ile można mówić, że taka była, bo to były tylko dwa lata, wierzyła w marzenia. Że po 70 latach przyniesiemy medal mistrzostw Polski. W sumie to wciąż jest możliwe, chociaż wiem, że będzie to bardzo trudne…
Wkrótce opublikujemy drugą część wywiadu z Mateuszem Dróżdżem, w której rozmawiamy szerzej o polskiej piłce nożnej.












