Reklama

Reklama

Blokują rozwój piłki?! Zamykać chuliganów nie stadiony!

Trwa kolejna odsłona wojny futbolowych chuliganów z ich klubami i władzą. Rząd nie ma żadnego pomysłu, jak poradzić sobie z tym problem. Na razie ucieka się do stosowania "odpowiedzialności zbiorowej", polegającej na zamykaniu trybun i stadionów. To droga donikąd.

Na Legii, Jagiellonii, Widzewie już nikt nie prowadzi dopingu. W tym sezonie milczeli też kibice Piasta i Ruchu. Niebawem cisza może zagościć w Krakowie. Napięta sytuacja jest we Wrocławiu i w Szczecinie.

Od pierwszej ligi po Ekstraklasę

W pierwszej lidze już zamknięto najgłośniejszą trybunę GKS-u Katowice oraz stadion w Gdyni. Do awantur doszło w Olsztynie, a - po niedzielnych wyczynach - najprawdopodobniej z użytkowania wyłączone zostaną dwie trybuny stadionu Cracovii.
Tym razem punktem zapalnym stały się race. Tak zwani ultrasi nie wyobrażają sobie meczów bez odpalania petard i rozciągania sektorówek z grafomańskimi, a często też wulgarnymi hasłami.
Reakcja władz jest konkretna - na wniosek policji lub wojewody zamyka się stadiony, albo trybuny. Takie decyzje uderzają jednak przede wszystkim w kluby, które i tak ledwo wiążą koniec z końcem. Na Legii, po zamknięciu "Żylety", frekwencja spadła o połowę, to samo grozi też innym klubom. Nowe stadiony już straszą pustymi fotelikami. Zamykanie trybun, czy całych aren, to droga donikąd.
Wojewoda Małopolski, już w trakcie meczu Wisły z Lechem, dawał sygnały, że zamknie trybunę, z której rzucano petardy. Tymczasem po to płacimy podatki na utrzymanie odpowiednich służb, aby władza nie uciekała się do najbardziej prymitywnej "odpowiedzialności zbiorowej".
Pan wojewoda, zamiast straszyć zamykaniem trybuny, powinien wydać polecenie, aby kompetentni ludzie zaraz po meczu, przy współpracy pracowników klubowych, zasiedli przed monitorami i rozpoznali oraz zidentyfikowali tych, którzy złamali prawo.
Tego samego - a najpóźniej następnego - dnia, winowajcy zamieszania powinni zostać zatrzymani, osądzeni i ukarani kilkuletnim zakazem stadionowym.
Gdyby po każdym takim wydarzeniu błyskawicznie łapano i surowo karano sprawców, to po pewnym czasie problem rac mógłby zostać rozwiązany, albo przynajmniej ograniczony do incydentów.

Reklama

Identyfikowanie sprawców bez końca

To stwierdzenie jest wyważaniem otwartych drzwi, ale szybkość nieuchronność kary, jest podstawą skutecznego egzekwowania prawa.
Kto do dzisiaj został zatrzymany za to, że poprzez użycie rac i petard doprowadził do przerwania meczów na stadionach Wisły i Cracovii? Ile dni będzie trwało identyfikowanie sprawców? Po co wydaje się miliony na monitoring i karty kibica?
Inny problem, to nasza ustawa o organizacji imprez masowych. Nakłada ona na kluby niemożliwe do spełnienia warunki. To kluby, które są przecież powołane prowadzenia działalności sportowej, mają dbać o bezpieczeństwo, zatrudniając firmy ochroniarskie.
I  tak nieudolni ochroniarze nie radzą sobie z obowiązkami, a tymczasem pod stadionem, w samochodach siedzą, gotowi do wkroczenia - na wezwanie organizatora - policjanci.
I tak dostają pieniądze z gotowość do pracy, ale zazwyczaj siedzą i nic nie robią. Gdzie sens i logika? To wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Kluby powinny zerwać kontakty z chuliganami


Z drugiej strony, kluby też powinny przestać przejmować się tymi niby "najwierniejszymi" kibicami. Tym bardziej, że tych ludzi najczęściej zupełnie nie interesuje sport. Najlepiej byłoby, aby zamiast chodzić na stadiony, umawiali się gdzieś na odludziu. Tam przez 90 minut sobie pośpiewali, pomachali szalikami, porozciągali flagi, postrzelali petardami i poszli do domu, bo dla nich liczy się tylko atmosfera, a nie widowisko sportowe. Przecież większość z nich nawet nie patrzy na to, co dzieje się na boisku! Nie interesuje ich to, że rzucając na murawę petardy doprowadzają do przerwania gry, wybiją zespół z rytmu. Tak jak było w spotkaniu Wisły z Lechem. Naprawdę wycie, o tym "jak się bawicie, gdy Wisła przegrywa" w niczym nie pomaga piłkarzom. Te same uwagi dotyczą kibiców  innych klubów.

Nie tylko polski kłopot


Problemy z kibicami, to nie tylko polska specjalność. Awantury i incydenty zdarzają się większości krajów, gdzie futbol wzbudza jakieś emocje.
Ostatnio do wielkiej zadymy, odpalania rac, palenia flag i bójek doszło podczas meczu Borussii Dortmund z Schalke. Aresztowano natychmiast 200 osób. Stadionów w Dortmundzie i Gelschenkirchen nikt jednak nie zamykał, bo tam nikt nie lubi bezsensownie tracić pieniędzy.  
Tam wiedzą, że zamykać trzeba chuliganów, a nie stadiony.

Autor: Grzegorz Wojtowicz



Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy