Beenhakker i Brychczy, czyli co się dzieje z autorytetami
Koniec października, początek listopada, czyli okres Święta Zmarłych, to czas, kiedy warto na chwilę się zatrzymać i pomyśleć o tych, których wśród nas już nie ma. Jeśli chodzi o byłych piłkarzy, to często zdarza się tak, że po zakończeniu kariery giną z medialnego radaru, popadają w zapomnienie i przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, kiedy odchodzą. Bo życie po piłkarskim życiu nie dla wszystkich bywa łatwe i kolorowe. Nie każdy zostaje doceniony w taki w sposób, w jaki zasłużył w czasie kariery.

W tej chwili zadumy przychodzą mi na myśl dwie postacie, które odeszły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Jakiś czas temu w tym miejscu, na łamach Interii Sport, wspominałem Leo Beenhakkera. Holenderski szkoleniowiec pojawił się w naszej piłce i bez wątpienia odcisnął na niej swoje piętno. Nie znam piłkarza, który z nim współpracował i który powiedziałby na jego temat złe słowo. Może oprócz tych, którzy wraz z jego przyjściem kończyli reprezentacyjną karierę, ponieważ Beenhakker musiał niektórym z nich powiedzieć w twarz, że nie widzi w nich tego ognia, który jest potrzebny by grać w drużynie narodowej. Ale większość - zarówno zawodników jak i współpracowników ze sztabu, którzy mieli z nim dłuższy kontakt, na pewno wysoko oceniają to doświadczenie.
Jestem jednym z nich i dla mnie niesamowicie wartościowe było to, co w codziennej pracy Holender prezentował i czym starał się zarazić innych. Przede wszystkim pokazał nieco inne podejście do pracy trenerskiej - wszyscy znali jej zasady, ale nowością i świeżością była swoboda, którą dawał. Pokazał, że rola trenera nie musi polegać na tym, że piłkarzy trzeba namawiać, żeby byli profesjonalistami, żeby traktowali swój zawód i obowiązki z pełnym zaangażowaniem. On wskazywał każdemu możliwości, którymi dysponuje. Decyzję o tym, czy i jak je należy wykorzystać, pozostawiał w pewnym sensie piłkarzom.
Beenhakker miał ogromną piłkarską wiedzę, którą niestety niektórzy próbowali podważyć, ale też był świetnym psychologiem. To był człowiek z wielką klasą. On się nie zmieniał, nie naginał, żeby komuś się przypodobać. Nie robił nic na pokaz. Szkoda, że po kilku latach spędzonych w naszym kraju jego autorytet i doświadczenie nie zostały wykorzystane. Szkoda, że wielu kibiców pamięta Holendra tylko przez pryzmat kiepskiej (sportowo) końcówki jego pracy (nieudane eliminacje do mundialu 2010 w RPA). Owszem, duch Beenhakkera był w pracy Adama Nawałki, sporo cech wspólnych ma z nim Jan Urban, ale tak znaczącą postać w świecie futbolu można było, a wręcz należało wykorzystać lepiej, nawet po tym, gdy zakończył pracę w roli selekcjonera. Zdecydowanie Holender nie zasłużył na takie pożegnanie, jakie zgotowały mu ówczesne władze PZPN, z prezesem Grzegorzem Lato na czele.
Dziekanowski: Mam wrażenie, że słowo "autorytet" jest coraz bardziej niezrozumiałe wśród młodych piłkarzy
W grudniu 2024 roku zmarł Lucjan Brychczy, czyli legenda warszawskiej Legii. To akurat symbol tego, jak powinny być traktowane legendy piłki, jakim szacunkiem powinny być darzone przez kibiców, a przede wszystkim przez władze klubu. Mam bowiem wrażenie, że słowo "autorytet" jest coraz bardziej niezrozumiałe wśród młodych piłkarzy, a nawet dewaluowane.
Pamiętam z jakim szacunkiem, a wręcz czcią traktowałem legendy, którymi dla piłkarzy mojego pokolenia byli tacy piłkarze jak Kazimierz Deyna, Włodzimierz Lubański czy Gerard Cieślik,. Dziś, w dobie mediów społecznościowych, pomniki głównie się burzy, opluwa. Szkoda. Ale wina jest tu przede wszystkim po stronie klubów, które bardzo sporadycznie kultywują postacie zasłużone, nie dbają o edukację młodych piłkarzy w duchu szacunku dla sławnych poprzedników.
Dziekanowski: Takiego zjazdu jaki zaliczył Iordanescu dawno nie pamiętam
Skoro o szacunku mowa, to z ubolewaniem muszę stwierdzić, że coraz częściej należytego szacunku dla klubu nie wykazują zatrudniani trenerzy. Przykład? Choćby Edward Iordanescu, który właśnie pożegnał się z Legią. Takiego zjazdu, jaki zaliczył Iordanescu dawno nie pamiętam. Ostatnio pisałem, że swoim zachowaniem, wypowiedziami, zaczął mi przypominać Besnika Hasiego. Teraz mam w głowie inne nazwisko - Paulo Sousa. Wspólny mianownik? Niecierpliwość, z jaką nagle postanowił opuścić klub. Nagle tyle rzeczy zaczęło mu ciążyć - najpierw miał za wąską kadrę, potem za szeroką, pod koniec października nie przestał narzekać, że niektórzy nowi zawodnicy nie przepracowali całego okresu przygotowawczego.
Pisałem tydzień temu, że w przypadku Iordanescu jest to już kwestia krótkiego czasu, kiedy odejdzie. I stało się - minął tydzień i już go nie ma. Kiedy usłyszałem przed meczem, że trener narzeka na to, że na tym etapie Pucharu Polski przyszło mu rywalizować z Pogonią Szczecin, z którą Legia grała latem w finale, to już nie miałem wątpliwości, że tego faceta już w tym klubie nie ma. I kilka godzin później tak się stało.
Warto w tym miejscu zadać pytanie - czy ktoś w Legii przyzna się do błędu, jeśli chodzi o wybór trenera i letnie transfery?












