17 tysięcy kibiców czekało na przełom. Czerwona kartka, nokaut w końcówce
Od 7 marca kibice Widzewa Łódź czekali na kolejne zwycięstwo swojej drużyny w rozgrywkach Ekstraklasy. Łodzianie pomimo milionowych inwestycji wciąż zawodzą i muszą drżeć o ligowy byt. W sobotnie popołudnie drużyna Aleksandara Vukovicia podejmowała na swoim stadionie ostatni w tabeli Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Na oczach ponad 17 tysięcy kibiców Widzew wykorzystał grę w przewadze i po golu w samej końcówce zrobił istotny krok w kierunku utrzymania.

Pierwsze sobotnie spotkanie 28. kolejki PKO BP Ekstraklasy zapowiadało się jako jedno z kluczowych w kontekście wyjątkowo zaciekłej walki o utrzymanie w lidze. Na stadion łódzkiego Widzewa przyjechał ostatni w tabeli Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Podopieczni Marcina Brosza od dłuższego czasu są skazywani na pożarcie, lecz sporo wiary dała im świąteczna wygrana 3:2 nad Piastem Gliwice.
Zespół z Niecieczy przed sobotnim starciem tracił jednak aż osiem punktów do bezpiecznej strefy. W niewiele lepszym położeniu znajdował się 17. w tabeli Widzew, który w przypadku triumfu nad outsiderem mógłby zrównać się punktowo z wyżej notowanymi Legią Warszawa oraz Arką Gdynia.
Męki Widzewa z Niecieczą. Przełom nastąpił w 89. minucie
Widzew od pierwszego gwizdka sędziego Daniela Stefańskiego starał się napierać na przeciwnika. Sporo z podań kierowanych było do wystawionego na "szpicy" Sebastiana Bergiera. Najgroźniej było w 9. minucie, gdy po wrzutce Samuela Kozlovsky'ego niewiele zabrakło, by jeden z zawodników gospodarzy przeciął lot futbolówki i uradował wypełniony tradycyjnie do ostatniego miejsca obiekt w Łodzi.
Bruk-Bet Termalica wytrzymał napór z pierwszych minut, a z czasem zaczynał również dochodzić do głosu. Kibicom ciśnienie podniosła wrzutka w pole karne z 28. minuty. Niewiele wówczas zabrakło, by Kamil Zapolnik przechytrzył Bartłomieja Drągowskiego i zaskoczył przeciwnika. Bramkarz reprezentacji Polski nie zawiódł również pięć minut później, gdy skutecznie interweniował po próbie zza pola karnego Gabriela Isika.
Piłkarze obu drużyn schodzili na przerwę przy bezbramkowym remisie. Pierwsze 45 minut przyniosło kibicom bardzo dużo niedosytu. Oba zespoły wszak grają "o życie", lecz na murawie po obu stronach boiska bardzo długimi fragmentami brakowało konkretu. Swojego niezadowolenia nie ukrywali kibice Widzewa, który w pierwszej połowie nie oddał choćby jednego celnego strzału na bramkę przeciwnika.
Po przerwie wielkiego przełomu nie uświadczyliśmy. Widzew wciąż długimi fragmentami kontrolował wydarzenia na boisku, lecz z ich starań finalnie nie wynikało zbyt wiele. Goście od 68. minuty znaleźli się w ogromnych tarapatach. Drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartką ukarany został defensor Bruk-Betu Arkadiusz Kasperkiewicz.
Widzew starał się jak najszybciej wykorzystać grę w przewadze liczebnej. Adrian Chovan uratował jednak swój zespół interweniując po groźnych strzałach Angela Baeny oraz Emila Kornviga. Słowak zachwycił po raz kolejny w 78. minucie, gdy w znakomitym stylu obronił strzał głową z najbliższej odległości Steve'a Kapuadiego. W 81. minucie Chovana wyręczyła poprzeczkę, od której futbolówka odbiła się po główce Bergiera.
Gospodarze finalnie dopięli swego w 89. minucie. Dośrodkowanie z lewej strony boiska Mariusza Fornalczyka precyzyjnym uderzeniem głową wykończył Sebastian Bergier, dla którego była to już 12. bramka w tym sezonie Ekstraklasy. Widzew ostatecznie wygrywa 1:0 i zrobił ważny krok w kierunku utrzymania w lidze. Dla Łodzian była to pierwsza wygrana w Ekstraklasie od 7 marca i nieoczekiwanego triumfu nad Lechem Poznań.
Zobacz również:












