Tak padł rekord z udziałem kibiców Wisły Kraków. Interia była w samym środku "Kotła Czarownic"
To był chyba najprostszy sposób, by wziąć udział w historycznym wydarzeniu piłkarskim w Polsce. Co prawda "wersalem" nie pachniało, ale kibice Ruchu Chorzów i Wisły Kraków zrobili sporo, by nikogo nie zniechęcić do wzięcia udziału w kolejnej próbie bicia rekordu. Tym razem na Stadion Śląski wybrałem się jako kibic i wizyty na takim meczu odradzałbym tylko najbardziej wrażliwym miłośnikom piłki - pisze dziennikarz Interii Piotr Jawor.

W niedzielę na Stadionie Śląskim padł rekord frekwencji na meczu ligowym w Polsce w XXI. Spotkanie Ruch Chorzów - Wisła Kraków obejrzało 53314 widzów. Czy jest szansa, że kiedyś chętnych będzie jeszcze więcej?
Najtańsze i najszybciej kupione bilety
Trzeba zacząć od tego, że to jedno z największych wydarzeń piłkarskich w kraju, na które najłatwiej się dostać. Gdy próbowałem kupić bilet na finał Pucharu Polski, udało się to dopiero po kilku godzinach odświeżania strony. Gdy chciałem jako kibic zobaczyć starcie Polska - Albania, to już dostanie się na stronę zakupową Polskiego Związku Piłki Nożnej graniczyło z cudem, o nabyciu wejściówki nie wspominając. Tymczasem zakup biletów na mecz Ruch - Wisła zajął ok. 5 minut i był znaczenie mniej kosztowny niż wspominane wyżej spotkania.
Gdy klub z zaplecza Ekstraklasy staje przed wyzwaniem organizacji tak dużego widowiska, to można mieć wątpliwości, czy podoła. Co prawda Ruch i Wisła to wielkie marki, ale spotkania na Stadionie Śląskim średnio ogląda 10 tys. widzów, a teraz było ich pięć razy więcej.
Wejście na stadion zajęło jednak niewiele więcej czasu niż zakupienie nieodzownego na śląskich obiektach słonecznika, znalezienie odpowiedniego sektora też nie było wyzwaniem. Gorzej, że po zajęciu miejsca zamiast jednej z bramek, miało się widok na wielki podnośnik z podestem przygotowanym dla telewizyjnej kamery. Krzesełka za bramką często nie są miejscami premium, ale wielka konstrukcja zasłaniająca najważniejsze miejsce na placu gry to jednak przesada.
Organizacyjnie większym wyzwaniem okazało się opuszczenie obiektu. Choć przy Stadionie Śląskim znajduje się linia tramwajowa, to jednak nikt nie wpadł na pomysł, by zaraz po meczu pojazdy kursowały z większą częstotliwością i w efekcie nie wszyscy chętni byli w stanie skorzystać z tego środka transportu.
I co gorsze, okazało się, że to w tramwaju kibic jest w stanie pokazać swoje gorsze oblicze. O ile w trakcie meczu wulgaryzmów było zaskakująco mało, to po spotkaniu ludzie puszczeni samopas dawali upust nienawiści do innych klubów i policji. Nie pomagało zwracanie uwagi na obecność dzieci czy osób starszych - potrzeba wyzywania była silniejsza.
Nadzieja na kolejny rekord
Na szczęście w trakcie meczu było inaczej. Kibice Ruchu i Wisły mogli z tak wielkiego wydarzenia zrobić festiwal nienawiści, ale skoncentrowali się na tym, by do żenujących zachowań trudno było się przyczepić. Oczywiście odpalono zakazane prawem race, ale przerwa trwała chwilę, a nie długie minuty, co często się zdarza. Dawano też do zrozumienia kogo się lubi, a kogo delikatnie mówiąc nie darzy sympatią, ale częstotliwość na pewno nie przebiła średniej ligowej.
Słowem - tak wielki mecz trudno zorganizować, ale łatwo zepsuć. W tym przypadku nic takiego na szczęście nie miało miejsca. To daje nadzieję, że kiedyś liczba chętnych do pobicia rekordu przebije także 53314.
Z Chorzowa Piotr Jawor











