Prezes Śląska zabrał głos po wniosku Wisły o walkower. "To ja jestem straszony"
- Widzi pan - mówi się, że to ja jestem pod naciskiem kibiców, a te naciski na mnie płyną z zupełnie innych stron. Ja jestem straszony ujemnymi punktami i innymi konsekwencjami - mówi w rozmowie z Interią Remigiusz Jezierski, prezes Śląska Wrocław.

W ostatnich dniach jedną z najgłośniejszych spraw w polskiej piłce, jest awantura pomiędzy Śląskiem Wrocław i Wisłą Kraków. Gospodarze zdecydowali się nie wpuszczać na mecz kibiców gości, co sprawiło, że Jarosław Królewski, prezes Wisły, ogłosił, iż bez zmiany tej decyzji jego drużyna nie pojedzie do Wrocława. O sytuacji porozmawialiśmy z Remigiuszem Jezierskim, prezesem Śląska.
Śląsk Wrocław kontra Wisła Kraków. Remigiusz Jezierski kontra Jarosław Królewski
Przemysław Langier (Interia Sport): Zadał Pan sobie już pytanie: po co mi była ta cała prezesura w Śląsku?
Remigiusz Jezierski (prezes Śląska Wrocław): - Nie, spokojnie. Ale faktycznie jest turbulentnie, dynamicznie. Nie ma czasu zająć się rzeczami strategicznymi, cały czas wyskakują sprawy bieżące. Do tego mamy w terminarzu trzy kolejne mecze u siebie, więc jest nad czym pracować, a za chwilę proces licencyjny. Wpadłem w wir spraw organizacyjnych. Ludzie wokół mówią, że chyba nigdy nie było tak turbulentnie, że trafiłem na jednej z najtrudniejsze czasów w najnowszej historii. Ale myśli "po co mi to było" nie mam. Zakładałem, że nie będzie łatwo i że będę pracował z pełnym zaangażowaniem, dopóki wytrzymam.
Może nie będzie trzech meczów u siebie. Jarosław Królewski ogłosił właśnie, że Wisła na mecz do Wrocławia nie przyjedzie, jeśli nie wpuścicie jej kibiców.
- Trudno jest mi ustosunkowywać do tych zarzutów i nacisków, które stosują władze Wisły Kraków. Z naszej strony jesteśmy gotowi do rozegrania meczu 7 marca. Z działem prawnym analizujemy możliwe podjęcie kroków prawnych po meczu. Co do naszej decyzji, to dbamy o bezpieczeństwo meczu i tylko na tym się skupiamy, a kwestie tego typu nacisków to już inny temat.
O jakim podjęciu kroków prawnych Pan mówi?
- Mam na myśli to, w jaki sposób jesteśmy przez Wisłę pomawiani, ile jest oszczerstw pod naszym adresem. Materiału jest dużo. To jednak sprawa poboczna. My jesteśmy przygotowani na rozegranie tego meczu.
Ale to wy nie chcecie wpuścić kibiców, czego wymagają przepisy. Reakcje Wisły nie wzięły się znikąd. Wasza decyzja jest ostateczna nawet w obliczu wszystkich konsekwencji?
- Tak, jest ostateczna.
Pierwotny przekaz ze strony Wisły był taki, że oddadzą ten mecz walkowerem, ale jak się zajrzy w regulamin dyscyplinarny PZPN, jest w nim wzmianka, że za brak wpuszczenia kibiców gości, gospodarzom grozi grozi m.in. walkower, nie tylko kara pieniężna. PZPN kiedyś wreszcie może uderzyć pięścią w stół. Nie bierze pan pod uwagę, że może zrobić to teraz? I że to wy oberwiecie walkowerem, który przepisowo jest możliwy?
- (dłuższe zastanowienie) Z naszej strony przedstawiliśmy swoje stanowisko PZPN, jako organizator imprezy masowej ponosimy odpowiedzialność prawną za bezpieczeństwo osób uczestniczących w wydarzeniu i podjęliśmy decyzję, mając na uwadze względy bezpieczeństwa. Widzi pan - mówi się, że to ja jestem pod naciskiem kibiców, a te naciski na mnie płyną z zupełnie innych stron. Ja jestem straszony ujemnymi punktami i innymi konsekwencjami.
Nie wiem, czy jest Pan straszony. To mowa o ewentualnych konsekwencjach łamania regulaminu.
- My działamy od początku w kierunku zabezpieczenia meczu. Przepisy PZPN nie przewidują procedury przyznania walkowera na wniosek klubu zgłoszony przed rozpoczęciem zawodów z powodu kwestii biletowych/kibicowskich. Zasady rozgrywek narusza ewentualna odmowa wyjścia na boisko.
W ostatnim wywiadzie TVP Sport mówił Pan, że decyzja o niewpuszczeniu kibiców Wisły została podjęta wspólnie z policją i odżegnuje się od nacisków ze strony środowisk kibicowskich. Ale jak czytałem słowa Cezarego Kuleszy, to on jasno sugeruje, że w waszej wewnętrznej rozmowie tematem były właśnie naciski kibiców.
- Decyzję podjął klub, ale wcześniej rozmawialiśmy szeroko na ten temat. Prowadziliśmy również rozmowy z policją. Przedstawiliśmy im naszą decyzję, która została przyjęta do wiadomości. Nie było nacisków kibiców, będę to powtarzał. Powiedziałem, że gdyby były, mogę zrezygnować ze stanowiska. Nie jestem przyspawany do stołka, nie pełnię tej funkcji dla przedłużenia kariery w piłce, nie dla pieniędzy. Jeśli prezes Kulesza twierdzi, że z moich słów płynęły jakieś zdania o naciskach kibiców, to źle mnie zrozumiał. Ja żadnym naciskom się nie poddaję.
Ale nie kryje Pan, że przed podjęciem decyzji, odbył konsultację, czy dialog - mniejsza o nazewnictwo - z przedstawicielami kibiców.
- Tak. I traktuję to jako dialog, a nie formę nacisku. Taki dialog jest całkowicie naturalny i stanowi dowód, że klub jest otwarty na współpracę z kibicami i dba, o czym zresztą pisze PZPN w "Raport dotyczący organizacji i stanu bezpieczeństwa meczów piłki nożnej".
Załóżmy, że był to dialog i nie było nacisków. Co Pan podczas tego dialogu usłyszał, co pozwoliło wyciągnąć wniosek, że bezpieczeństwo meczu będzie zagrożone?
- Wszystkie nasze rozmowy w tym temacie prowadziły nas do wniosku, że dla bezpieczeństwa uczestników meczu lepiej, by na meczu nie pojawiła się zorganizowana grupa kibiców gości.
Pan wybaczy, ale to brzmi, jak wymówka. Na tej zasadzie, to w każdym meczu można nie wpuścić kibiców. Jeśli otrzymał Pan taką informację od kibiców, to czy ona nie powinna trafić do policji, która z kolei we własnym środowisku powinna opiniować, czy są w stanie zabezpieczyć mecz, czy nie? A tak to Pan oddał trybuny walkowerem. Nawet jeśli nie nazwie tego naciskami, decyzja jest w oparciu o słowa środowiska, które między wierszami straszy zadymą. I Pan ulega.
- Powtórzę - prowadziliśmy rozmowy z policją, przedstawiliśmy im naszą decyzję, podyktowaną względami bezpieczeństwa, policja przyjęła tę decyzję do wiadomości. To klub podjął decyzję, nie pod żadnymi naciskami i zawsze tak to przedstawialiśmy.
Rozmawiajmy poważnie. Ktoś Panu powiedział, że będzie niebezpiecznie, ale - jak sądzę - niebezpiecznie ze strony kibiców Śląska. Gdy kibice Wisły wchodzili na mecze wyjazdowe w ostatnim czasie, nie dali pół przesłanki, by ich obecność mogła kreować niebezpieczeństwo.
- Tak, wiem o dobrych zachowaniach kibiców Wisły, jak najbardziej je pochwalam i liczę na to, że w przyszłości będzie tego więcej. Mamy jako klub bardzo wysokie oceny w raporcie PZPN dot. organizacji i bezpieczeństwa, przyjmowaliśmy najwięcej kibiców gości w Polsce w zeszłym sezonie - chcę w ten sposób powiedzieć, że mamy duże doświadczenie i kompetencje w kwestii bezpieczeństwa, by podejmować decyzję najlepsze dla minimalizowania ryzyka zagrożeń. A jak pan wie, w przeszłości były przypadki z użyciem niebezpiecznych narzędzi.
Pan mówi o zdarzeniach, które na stadionach od lat nie miały miejsca. Nawet nie umiem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio. Nie umiem tego ocenić inaczej: walkę o normalność - rozumianą jako udostępnienie trybun kibicom obu drużyn - oddaje Pan walkowerem.
- Mogę tylko powtórzyć to, co mówiłem wcześniej, że od początku skupialiśmy się na kwestii zapewnienia bezpieczeństwa uczestników meczu.
W sumie nie odpowiedział Pan, dlaczego nie przekierował opinii środowiska kibicowskiego do policji, by ta zbadała tę sprawę po swojemu i wydała swoją opinię.
- Rozmawialiśmy z kibicami, to naturalne i wynika również z zaleceń PZPN, rozmawialiśmy też z policją. Natomiast to my jesteśmy odpowiedzialni za uczestników imprezy masowej i my musimy zrobić w naszej mocy, by zapewnić im bezpieczeństwo. W przypadku eskalacji konfliktu nikt inny by tej odpowiedzialności nie weźmie. Dziś łatwo mówić, by wpuścić kibiców Wisły, ale gdyby coś złego się wydarzy, to nikt inny tylko klub bierze odpowiedzialność.
A jeśli kibice Wisły i tak przyjadą do Wrocławia?
- Policja przyjęła do wiadomości naszą decyzję i przedstawiło swoje stanowisko w sytuacji, o której pan mówi. Policja wie, jak umiejętnie dbać o bezpieczeństwo i ma też znacznie szerszy wachlarz uprawnień niż firma ochroniarska, która stoi na bramkach stadionu - choćby w zakresie przeszukiwania.
Chciałem jeszcze poruszyć kwestię Pana słów - o tym, że inne kluby nie mogły sobie pozwolić na niewpuszczenie kibiców Wisły, bo nie miały pieniędzy na kary. To dosłownie brzmi jak: a my pieniądze mamy. Macie, bo przed momentem zatwierdzono przekazanie wam 30 mln zł z publicznych środków.
- Miałem na myśli, że w wielu przypadkach był to już kolejny raz, gdy klub nie chciał wpuścić zorganizowanej grupy kibiców gości i pojawiały się możliwość dużo wyższej kary niż pierwszy raz. To nie jest żadna tajemnica. Mogę się zgodzić, że nie było to najbardziej fortunne zdanie. W tej sytuacji każda decyzja mogła rodzić różnego typu trudności.
Czyli obawiał się Pan bojkotu.
Obawialiśmy się, że bezpieczeństwo uczestników imprezy masowej może być zagrożone, dlatego podjęliśmy decyzję, która w naszej ocenie pomoże je zapewnić.










