Prezes Śląska w tarapatach? Wisła osiągnęła pierwszy cel
Kara miliona złotych, jaką PZPN nałożył na Śląsk Wrocław za złamanie regulaminu licencyjnego w punkcie dotyczącym obowiązku wpuszczania zorganizowanych grup kibiców gości, kończy co najwyżej jeden z etapów wielkiego sporu pomiędzy Śląskiem, a Wisłą Kraków. Jednocześnie pozostawia kilka otwartych pytań.

Przypomnijmy, o co chodzi w całej sprawie. Od kilku lat kibice Wisły Kraków z dużą regularnością nie są wpuszczani na trybuny kolejnych stadionów w Polsce. To efekt postanowień stowarzyszeń kibicowskich, które postanowiły ukarać fanów Wisły za brak podpisania tzw. paktu, który zobowiązuje do odrzucenia "sprzętu" w czasie kibolskich ustawek - m.in. noży, maczet, gazu. "Pakt" sam w sobie jest "dokumentem" bandyckim, zezwalającym na całą gamę agresji poczynając od zwykłego pobicia podczas ustawki, kończąc na wysłaniu "rywala" na wózek inwalidzki, a w skrajnym przypadku doprowadzenia nawet do jego śmierci (ale honorowo - bez użycia wspomnianego ekwipunku).
W praktyce oznacza to, że kolejne kluby nie wpuszczały kibiców Wisły, respektując bandycki pakt i jednocześnie nie respektując regulaminu licencyjnego wymagającego przekazanie odpowiedniej puli biletów dla zorganizowanej grupy fanów gości. Kluby zasłaniały się najróżniejszymi powodami - od wydumanych remontów sektorów gości, po opinie ws. zagrożenia bezpieczeństwa. PZPN do tej pory przymykał na te działania oko, co najwyżej karząc śmiesznie niskimi kwotami w przedziale 20-30 tys. zł. To zachęcało kolejnych prezesów do uginania się pod prośbą własnych kibiców.
W przypadku meczu ze Śląskiem Wrocław Jarosław Królewski poszedł na otwartą wojnę. Po decyzji prezesa Śląska Remigiusza Jezierskiego zapowiedział, że Wisła nie pojawi się we Wrocławiu, jeśli wraz z nią nie będzie mogła przyjechać zorganizowana grupa jej kibiców. Śląsk zdania nie zmienił, publikując kolejne komunikaty o rzekomo zagrożonym bezpieczeństwie meczu, Wisła pozostała nieugięta.
Tu dochodzimy do kary 1 mln zł i tego, co ona realnie oznacza. PZPN nakładając ponad 30-krotnie wyższą karę, niż dotychczas najwyższa, jednoznacznie odrzucił argumentację Śląska o realnych przesłankach do niewpuszczenia kibiców gości z przyczyn bezpieczeństwa. To z kolei każe zadać pytanie o odpowiedzialność prezesa Remigiusza Jezierskiego, który działając wbrew regulaminowi licencyjnemu i wbrew zapowiedziom wysokiej kary, które przed niedoszłym meczem padały z ust Cezarego Kuleszy, naraził spółkę, której jest prezesem, na karę będącą znaczącą częścią zakładanych rocznych przychodów (Jezierski szacował je niedawno na 16 mln zł).
Sprawa może potoczyć się różnie
Śląsk zapowiedział już odwołanie, które może skutkować zmniejszeniem kary, ale nawet jeśli tak się stanie, trudno będzie widzieć w Wiśle Kraków przegraną całej afery. Lider I ligi mógł pozwolić sobie nawet na ryzyko graniem walkowerem, gdyż jego przewaga w tabeli daje bardzo duży komfort w grze o awans do Ekstraklasy, a jednocześnie postawienie sprawy na ostrzu noża sprawiło, że dziś bardzo trudno wyobrazić sobie kolejnych prezesów, którzy decydują się nie wpuścić fanów Wisły. Dziś każdy z nich będzie zdawał sobie sprawę, że pójściem pod rękę ze wspomnianym na początku bandyckim paktem, może narazić własny klub na potężną stratę, gdyż dziś górną granicą kary za złamanie opisywanego regulaminu jest 5 mln zł. A PZPN wreszcie pokazał, że całej sprawy ma serdecznie dość.
Uznanie przez PZPN racji Wisły w kwestii braku zagrożonego bezpieczeństwa otwiera Wiśle też dodatkowe furtki - między innymi do odwołania się od walkowera. Co zresztą już zapowiedział Jarosław Królewski. Można zatem zakładać, że mamy za sobą dopiero jeden z kilku aktów sprawy nieodbytego meczu Śląsk Wrocław - Wisła Kraków. A poniedziałkowa decyzja PZPN będzie rezonować na przyszłość i wpływać na decyzję kolejnych prezesów.
Wisła Kraków domagała się znacznie wyższej kary dla Śląska - ujemnych punktów oraz 5 mln zł kary, jednak trudno nie dojść do wniosku, że w dużej mierze swój cel uzyskała. Jednocześnie otwierając sobie furtkę do kolejnych działań w komisjach odwoławczych, bowiem poniedziałkowa decyzja PZPN daje jej amunicję, jakiej do tej pory w sporze o własnych kibiców nie miała.










