Jarosław Królewski dla Interii: To było tak absurdalne, że trudno to powtórzyć
- Chcieliśmy, by Śląsk został ukarany zarówno finansowo, jak i punktami ujemnymi, ale i tak absolutnie czujemy się zwycięzcami. Chcieliśmy udowodnić, że Śląsk Wrocław nie panuje nad kwestiami bezpieczeństwa, nie rozumie ich i źle je aplikuje. Myślę, że komisja to przyznała - mówi w rozmowie z Interią Jarosław Królewski.

W poniedziałek Komisja Dyscyplinarna nałożyła na Śląsk Wrocław karę 1 mln zł za decyzję o niewpuszczeniu kibiców Wisły Kraków na mecz, który miał się odbyć w poprzednią sobotę. Do spotkania nie doszło, bo Wisła - wobec braku zdania władz Śląska - nie pojechała do Wrocławia. Biała Gwiazda została za to ukarana walkowerem. Z Jarosławem Królewskim rozmawiamy o sprawie, jej konsekwencjach i tym, co jeszcze może się wydarzyć.
Polska piłka dzieje się w kuluarach
Przemysław Langier (Interia Sport): Czego sprawa meczu ze Śląskiem Wrocław nauczyła pana o polskiej piłce?
Jarosław Królewski (prezes Wisły Kraków): - Że jest niekonsekwentna. Że ma bardzo dużo szarości, jeśli chodzi o egzekucję prawa. Że cały czas wypracowane relacje mają większe znaczenie, niż merytoryka. Brakuje w tym wszystkim przejrzystych zasad. Wiele spraw załatwia się w kuluarach, a dla mnie to nie jest naturalna pozycja do funkcjonowania.
Coś pana w tej sprawie zawiodło? Oprócz samego w sobie podejścia władz Śląska Wrocław.
- Uważam, że Śląskowi należała się hybrydowa kara w postaci zarówno kary finansowej, jak i ujemnych punktów. Natomiast wynoszę też pozytywne doświadczenia. Na przykład spotkanie z Komisją Dyscyplinarną - merytoryczność jej pytań kierowanych zarówno do nas, jak i do Śląska, była na wysokim poziomie, pod tym kątem trudno mieć zastrzeżenia.
Czujecie się zwycięzcami po wczorajszym werdykcie?
- Absolutnie tak, bo chcieliśmy udowodnić, że Śląsk Wrocław nie panuje nad kwestiami bezpieczeństwa, nie rozumie ich i źle je aplikuje. Myślę, że komisja to przyznała.
Mecz Śląsk Wrocław - Wisła Kraków jeszcze się odbędzie? O to walczy Jarosław Królewski
Patrząc z boku, odniosłem wrażenie, że dla was ważniejszy jest werdykt pod tytułem "Śląsk winny", niż wysokość kary. Bo ten werdykt otwiera kolejne furtki do działań.
- Nam chodziło o wszystko - zarówno, by usłyszeć słowa, o których pan wspomina, jak i o odpowiednio wysoką karę dla Śląska. Natomiast nie ma co kryć - fakt, że komisja stwierdziła, iż Śląsk jest winny, jest sprawą nadrzędną. Polska się o tym dowiedziała. Dziś każdy wie, że działanie władz tego klubu obliczone na niewpuszczenie kibiców Wisły kosztowało milion złotych. Jednocześnie ta decyzja otwiera nam konkretne pola do dalszych działań, do odwołań. Czekamy już tylko na uzasadnienie, byśmy w pozwach mogli się konkretnie odnieść. Jak pan pewnie wie, historia zna przypadki, w których przyznano walkower, a następnie nakazano rozegrać ten mecz - kilka lat temu mieliśmy taki przypadek choćby we Włoszech, gdzie Napoli pierwotnie zostało ukarane walkowerem w meczu z Juventusem, ale po odwołaniu mogło pojechać do Turynu i zagrać mecz (sprawa dotyczyła okresu pandemii - Napoli, powołując się na względy bezpieczeństwa swojej drużyny, odmówiło wyjazdu, za co otrzymało karę walkowera i ujemnego punktu. Odwołanie przyniosło oczekiwany skutek. Kary cofnięto, a mecz się odbył w innym terminie - przyp. red.).
Czyli na końcu waszej drogi jest po prostu rozegranie meczu Śląsk - Wisła?
- Dążymy przede wszystkim do tego, by walkower został cofnięty, bo Wisła niczym nie zawiniła. Nie pojechaliśmy na mecz w trosce o własnych piłkarzy, apelując jednocześnie o nienaruszanie regulaminu w sposób celowy. Poza tym w przypadku tego meczu była możliwa prewencja, więc dopuszczamy myśl, że ten mecz po prostu się odbędzie. To by było najlepszą sportową rzeczą dla całej polskiej piłki. Terminów jest bardzo dużo.
W tym sezonie - owszem. Ale wie pan, w jakim tempie potrafią toczyć się sprawy w Polsce. Jeśli wcześniej awansujecie i ewentualne dodatkowe punkty wywalczone w innym terminie spotkania ze Śląskiem będą dla was zbędne, wciąż będziecie walczyć o ten mecz?
- Oczywiście, że tak. To jest kwestia wartości i ideałów, a nie tego, czy nam się chce. Albo czy awansujemy, czy nie. Proszę też pamiętać, jak się mają dzisiaj czuć inne kluby, które na przykład nas wpuściły, przez co musiały zapłacić za ochronę, musiały jakoś się do tego przygotować. Przecież te pieniądze mogli przeznaczyć na nowego zawodnika.
Jarosław Królewski: to było absurdalne
Pan mówi, że argumentacja Śląska podczas spotkania przed Komisją Dyscyplinarną była śmieszna. Co konkretnie ma pan na myśli?
- Po pierwsze moją opinię potwierdza kara. Natomiast decyzja władz klubu, by nie wpuszczać zorganizowanej grupy kibiców Wisły na trybuny, została podjęta bez podstaw wynikających z czystego i klarownego postępowania. Śląsk decyzję podjął arbitrarnie, bez żadnych twardych dowodów, bez żadnych poważnych dokumentów, itd. Bronienie tak "udokumentowanej" decyzji było śmieszne. Podtrzymuję to, co mówiłem wcześniej: gdyby puścić nagranie z obrad komisji, ludzie zobaczyliby, z jakim absurdem się zetknęliśmy.
Ale co konkretnie ma pan na myśli?
- Na przykład wniosek, że rozmieszczenie między kibicami Śląska grupy kilku tysięcy kibiców Wisły w klubowych szalikach, byłoby mniejszym zagrożeniem niż zorganizowany tłum w wyznaczonym sektorze. Słysząc to, dosłownie "łapałem face palma". To było tak absurdalne, że nawet nie jestem w stanie tego dokładnie powtórzyć. Cała moja wiedza o imprezach masowych po prostu legła w gruzach. Nie mówiąc, że przecież mieliśmy konkretny przykład w Legnicy, gdzie chłopak w barwach Wisły znalazł się między kibicami Miedzi i skończyło się to dla niego uderzeniem w twarz.
Walkower przeciw wam utrudnia sprawę awansu do Ekstraklasy kilku innym klubom. Nie mają do was pretensji?
- Wręcz przeciwnie. Odbieramy sygnały ze wsparciem i słowami: dobrze, że walczycie.
Problem z niewpuszczaniem kibiców Wisły Kraków wreszcie zniknie?
Decyzja PZPN o milionie złotych kary kończy pana zdaniem problem z niewpuszczaniem kibiców Wisły?
- Kończy też parę innych problemów i pan pewnie wie, jakich (domysł autora wywiadu: sprawczość grup kibicowskich przy podejmowaniu decyzji w teorii należących do prezesów klubów).
Zawsze kluby mogą wrócić do sprawdzonej metody z remontem sektora gości. Nie ma pan o to obaw?
- Myślę, że PZPN od teraz inaczej będzie na takie sprawy patrzył. Trzeba też głośno powiedzieć, że katalog kar sięga nawet do 5 mln zł, a poza tym obejmuje walkowery. Nie sądzę, że po pierwszym tak zdecydowanym uderzeniu pięścią w stół, ktoś się odważy na specjalne popsucie sektora gości.
W Śląsku panuje przekonanie, że po odwołaniu milionowa kara się nie utrzyma.
- Ja na ich miejscu bym się najpierw skupił na tym, żeby zdać sobie sprawę, że jako zarządzający klubem dysponowali mieniem publicznym i narazili go na utratę miliona złotych. Wszystkie przesłanki, że taki może być finał sprawy, łącznie z tym, że my nie przyjedziemy, że nie godzimy się na łamanie regulaminu, były wprost wypowiedziane. O karze sięgającej miliona złotych mówił otwarcie prezes PZPN.
Co teraz dokładnie planujecie?
- Czekamy na uzasadnienia obu decyzji (walkowera i kary finansowej dla Śląska - przyp. red.), bo taki jest ciąg prawny, że najpierw musimy uzyskać uzasadnienia, żeby się do nich odnieść, czyli po prostu się odwołać. Na razie tyle.











