Reklama

Reklama

Fortuna I liga. ŁKS Łódź - GKS Tychy 0-3 w zaległym meczu 17. kolejki

Niespodzianka w Łodzi: marzący o powrocie do Ekstraklasy gospodarze zostali rozbici przez GKS Tychy. Świetny start tyszan, ich wysokie zwycięstwo jak najbardziej zasłużone. Nastroje u podopiecznych Wojciecha Stawowego - minorowe.

Mecz odbył się na budowanym w Łodzi stadionie ze stromymi trybunami i już widać, że będzie to piękny obiekt. W ostatniej chwili ŁKS przystąpił do tego meczu z nieoczekiwanym osłabieniem: w przeddzień Adam Marciniak zderzył się na treningu głowami z Ricardinho i na meczu pojawił się z opatrunkiem zasłaniającym fragment twarzy. Na pewno będzie pauzował także w następnym meczu łodzian. 

Pierwsza połowa dla Tychów

Reklama

Tyszanie początkowo żałowali, że ten mecz nie odbył się w pierwotnym terminie czyli w grudniu (przeszkodziła pandemia), bo byli wtedy w dobrej formie, a pierwszy mecz po przerwie to zawsze niewiadoma. Po meczu było już zapewne inaczej. Tychy spisały się świetnie!

Właśnie goście pierwsi mocniej zaatakowali, lewą stroną przeprowadzili kilka groźnych akcji i w pierwszych pięciu minutach mogli zdobyć... trzy bramki. Ładnymi rajdami na skrzydle popisywał się Bartosz Biel, ale najpierw Szymon Lewicki nie trafił bramkę, zresztą podobnie jak po chwili debiutant Kamil Kargulewicz (przyszedł do Tychów z Siarki Tarnobrzeg).

Momentami wyglądało jakby GKS Tychy grał u siebie. W 21. minucie fantastyczną interwencją popisał się Arkadiusz Malarz, któremu kończy się kontrakt po sezonie. Bramkarz ŁKS-u wybronił w świetnym stylu mocny strzał pod poprzeczkę rozpędzonego Łukasza Grzeszczyka. Goście jeszcze przed przerwą zdobyli jednak zasłużoną bramkę: w 40. minucie po rzucie z autu i zamieszaniu w polu karnym były zawodnik ŁKS-u Bartosz Biel z bliska pokonał Malarza. Nie cieszył się za bardzo, bo ciągle z ŁKS-em sympatyzuje... Ogółem w pierwszej połowie tyszanie oddali aż pięć celnych strzałów.

Druga połowa jeszcze bardziej dla Tychów

W drugiej połowie ŁKS rzucił się do ataków, ale nic z nich nie wynikało. W 53. minucie gospodarze mieli najlepszą okazję na wyrównanie: ale strzał Piotra Janczukowicza w świetnym stylu obronił Konrad Jałocha. To się zemściło: dwie minuty później pięknie z piłką rozpędził się Bartosz Szeliga (inna sprawa, że nikt nie próbował mu poważnie przeszkadzać) i precyzyjnie przymierzył z dystansu w róg. Arkadiusz Malarz mógł tylko przekląć.

Tyszanom było mało: zaraz potem kolejny atak: piłka po strzale z dystansu Oskara Paprzyckiego trafia w słupek i z bliska dobija Kargulewicz. Łodzianie rozglądali się tylko bezradnie po sobie. Niedługo później rozzłoszczony trener Wojciech Stawowy zmienił m.in. doświadczonego stopera Macieja Dąbrowskiego.

Goście grali już swobodnie do końca, mogli zdobyć jeszcze kolejne bramki. ŁKS też miał szanse, ale rezerwowy Łukasz Sekulski trafiał w bramkarza. 

Warto dodać, że u gości na boczną obronę wrócił Maciej Mańka, który zagrał pierwszy raz w tym sezonie, w ostatnim meczu poprzedniego  - jeszcze w lipcu - zerwał więzadła w lewym kolanie. Tyszanin rozegrał   

Po tym zwycięstwie tyszanie zbliżyli się do łodzian na trzy punkty.

ŁKS Łódź - GKS Tychy 0-3 (0-1)

Bramki: 0-1 Biel (40.), 0-2 Szeliga (55.), 0-3 Kargulewicz (57.)

ŁKS: Malarz - Dankowski, Dąbrowski Ż (61.Carlos Gracia), Sobociński, Wolski Ż - Tosik (61. Sekulski), Rygaard, Dominguez, Trąbka - Pirulo, Janczukowicz

GKS: Jałocha - Mańka, Nedić, Sołowiej, Szeliga Ż - Kargulewicz (69. Moneta), Paprzycki Ż (69. Norkowski), Grzeszczyk (77. Steblecki), Żytek (87. J.Piątek), Biel - Lewicki (77. Nowak)

Sędzia: Kornel Paszkiewicz (Wrocław)

Paweł Czado

Dowiedz się więcej na temat: I liga | łks łódź | GKS Tychy | Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje