Reklama

Reklama

Fortuna 1. Liga. Janicki: Wszyscy wyjdziemy z tego poharatani

- Każdy rozumie, że prowadzi biznes. Są podpisane umowy z kontrahentami, samorządami, telewizją. I trzeba to respektować. Jeśli nie będziemy rozgrywać meczów, to w tym momencie cały ten biznes po prostu stanie - mówi w rozmowie z Interią prezes Pierwszej Ligi Piłkarskiej, Marcin Janicki.

Po raz pierwszy w tym sezonie czeka nas w nadchodzący weekend kadłubowa kolejka rozgrywek pierwszoligowych. Z dziewięciu planowanych spotkań rozegrane zostaną zaledwie dwa. To oznacza, że kontrolę nad rywalizacją o awans do Ekstraklasy przejmuje koronawirus. Tymczasem oręże do walki z nim wciąż jest znikome...    

Reklama

Łukasz Żurek, Interia: Istnieje realne zagrożenie, że pierwszoligowego sezonu nie uda się dokończyć? Wygląda na to, że trudno będzie rozegrać choćby jedną rundę... 

Marcin Janicki, prezes PLP: - Jesteśmy w tej chwili po niecałych dwóch miesiącach grania. Do końca zostało jeszcze osiem. Tego czasu jest więc dużo, mamy sporo terminów awaryjnych i rezerwowych. O perspektywę dokończenia sezonu boję się w mniejszej wymiarze. Trzeba jednak pamiętać, że jesteśmy w sytuacji mocno dynamicznej. Może się wiele wydarzyć. Widzimy, że przypadków zakażenia codziennie notuje się ponad dziesięć tysięcy. Najbliższe dni i tygodnie będą bardzo intensywne, jeśli chodzi o wysiłki, by sytuację opanować.

Pula terminów rezerwowych nie jest jednak z gumy. W którym momencie zapali się czerwona lampka?

- Myślę, że jest za wcześnie, żeby na ten temat wyrokować. Tak naprawdę idziemy mniej więcej wyznaczonym harmonogramem i dopiero ta najbliższa kolejka mocno nam sytuację komplikuje. Z pewnością w listopadzie i grudniu jesteśmy w stanie te terminy w dużym stopniu nadgonić. A jeżeli zajdzie taka konieczność, pomyślimy o wcześniejszym powrocie do gry po przerwie zimowej - czyli nie w ostatni weekend lutego, lecz wcześniej. I mamy jeszcze do dyspozycji czerwiec. Tego buforu trochę więc jest. Trzeba jednak bardzo się pilnować już od tego momentu, bo nie wiemy, jaką skalę ta pandemia przybierze. 

Konsekwentnie odpędza pan do siebie najczarniejsze scenariusze...

- Tak, musimy myśleć pozytywnie. Powiedzmy sobie szczerze - to nie jest tak, że od 1 stycznia albo od 1 lipca 2021 ten wirus nagle zniknie. On nie zniknie. Będzie nam towarzyszył i musimy umieć obok niego żyć. Szczepionkę zapowiadano w czwartym kwartale tego roku, a słyszę, że najwcześniej ma być dostępna dopiero w trzecim kwartale roku następnego. Odpowiednia higiena, przestrzeganie reżimów sanitarnych i protokołu medycznego, który starannie został wypracowany przez Komisję Medyczna PZPN - tego się trzeba trzymać. Plus wstrzemięźliwość towarzyska po godzinach pracy. To nam powinno dać możliwość dalszego funkcjonowania. Kluby to miejsca pracy nie tylko dla zawodników i trenerów, ale też dziesiątek innych pracowników. To trzeba uszanować i zrobić jak najwięcej, żeby te miejsca pracy uchronić.    

W tym samym czasie, kiedy pierwszoligowa kolejka praktycznie się rozsypała, Ekstraklasa nie odwołuje żadnego spotkania. Jak wytłumaczyć kibicom taką dysproporcję?

- Przede wszystkim Ekstraklasa dysponuje przerwą na występy reprezentacji kraju. To jest okres, w którym można zrobić pewien rodzaj "wyzerowania" - siedem dni izolacji, a potem badania. Pierwsza liga w tym samy czasie gra. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy - mamy więcej drużyn, a więc i więcej kolejek do rozegrania. Sezon jest dłuższy i silą rzeczy narażony na więcej komplikacji.

W jaki sposób PLP nadzoruje przestrzeganie zasad protokołu medycznego PZPN?

- Musimy się opierać w głównej mierze na wzajemnej odpowiedzialności. W tym zakresie bardzo dobrze współpracuje nam się z prezesami poszczególnych klubów. Każdy rozumie, że prowadzi biznes. Są podpisane umowy z kontrahentami, samorządami, telewizją. I trzeba to respektować. Jeśli nie będziemy rozgrywać meczów, to w tym momencie cały ten biznes po prostu stanie. Musimy zrobić wszystko, żeby te mecze mogły się odbywać, ramię w ramię z PZPN-em, klubami i Komisją Medyczną. Liczymy na to, że rekomendacje i obostrzenia, które są formułowane, spotykają się z pozytywnym odbiorem.

W Ekstraklasie do tej poty bywało z tym różnie. Dwaj gracze Śląska Wrocław, Erik Exposito i Mark Tamas zostali ukarani finansowo za wyjście do klubu nocnego, czyli za jawne złamanie narzuconych reguł...

- Musimy być wszyscy odpowiedzialni za produkt, który razem tworzymy. Tutaj jedno nieodpowiedzialne zachowanie może zdezorganizować całe rozgrywki. Tego byśmy nie chcieli. Nie będę klubów namawiał do karania, bo od tego są osoby zwierzchnie, czyli prezesi. Myślę jednak, że ta współodpowiedzialność, o której rozmawiamy, kształtuje się na wysokim poziomie. Każdy wie, jak jest stawka gry, w której bierzemy udział.

Jak mocno zaburzenia rytmu rozgrywek uderzą w finansową kondycję klubów zaplecza Ekstraklasy? 

- Wszyscy wyjdziemy z tego mniej lub bardziej poharatani. Ale wyjdziemy. Jestem o tym przekonany i mocno w to wierzę. Musimy tylko pamiętać o podstawach wzajemnej solidarności. Wszyscy jedziemy na jednym wózki i musimy patrzeć w jednym kierunku. Na pewno finansowym ciosem będzie brak kibiców na trybunach - dla jednych klubów bardziej odczuwalnym, dla drugich mniej. Bez względu na to, czy sponsorem jest firma prywatna, czy podmiot samorządowy.

Uda się uniknąć sytuacji, w której ktoś słabszy ogłosi niewypłacalność?

- Komisja Licencyjna na bieżąco monitoruje sytuację finansową klubów. Równolegle rozmawiamy z naszymi partnerami biznesowymi, żeby ewentualnie wyjść z pomocną dłonią do tych, którzy będą tego potrzebować. Wierzę jednak, że każdemu uda się budżet utrzymać w ryzach i do takiej sytuacji nie dojdzie. Bardzo dużo zależy od nas i od naszych działań.  

Rozmawiał Łukasz Żurek

Fortuna 1. Liga - wyniki, tabela, strzelcy, terminarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje