Reklama

Reklama

​Arka Gdynia. Czy Mateusz Młyński mógł pomóc drużynie w finale?

Utalentowany skrzydłowy Arki Gdynia, Mateusz Młyński zamiast grać zajmowałem się noszeniem sprzętu.

Reklama

Kilkadziesiąt godzin po finale opadły już emocje po dramatycznym finale Fortuna Pucharu Polski, w którym Raków Częstochowa 2-1 pokonał Arkę Gdynia. Obserwatorzy spotkania byli jednak zgodni, niżej notowana, występująca na co dzień w I lidze Arka walczyła bardzo dzielnie i była o krok od sprawienia ogromnej niespodzianki - podopieczni trenera Dariusza Marca na osiem minut przed końcem regulaminowego czasu gry prowadzili 1-0 i perfekcyjnie realizowali plan nakreślony przez szkoleniowca. Co ostatecznie zadecydowało o wygranej Rakowa? Trener Marek Papszun przeprowadził w zespole zmiany, które pozytywnie wpłynęły na drużynę. Dość napisać, że zwycięski gol padł po dograniu rezerwowego Daniela Szelągowskiego do innego zmiennika Davida Tijanicia. Tymczasem po stronie Arki jako rezerwowi w drugiej połowie pojawili się na placu gry Paweł Sasin, Kacper Skóra i Artur Siemaszko, którzy raczej nie pomogli zespołowi.

Reklama

Jak mówi przysłowie, "Polak mądry po szkodzie", ale czy mogło być inaczej? Czy trener Marzec  miał na ławce alternatywne rozwiązania? Otóż miał i to nawet  nie na ławce, a na trybunach. Z drużyną na finałowy mecz do Lublina przyjechał skrzydłowy Mateusz Młyński, ale jego aktywność ograniczyła się do noszenia sprzętu. "Młynek" w przerwie zimowej związał się obowiązującym od 1 lipca 2021 r. czteroletnim kontraktem z Wisłą Kraków i od tamtej pory jedynie incydentalnie pojawiał się na ławce rezerwowych, o grze nie mówiąc.

Podstawowy w poprzednim sezonie i na jesień bieżących rozgrywek gdyński młodzieżowiec w 2021 r. nie zagrał w lidze i w pucharze ani minuty w barwach Arki. Nagła obniżka formy? Może i tak, ale głównym powodem jest podpisanie kontraktu z "Białą Gwiazdą".  

U progu rundy wiosennej Michał Kołakowski (właściciel i prezes zarządu Arki) w w wywiadzie dla Interii następujący sposób wyjaśniał sytuację Młyńskiego:

- W momencie, kiedy kupiłem klub, jednym z naszych głównych celów było przedłużenie upływającego za rok kontraktu z Młyńskim. Zawodnik dostał kilka propozycji związania się z Arką na dłużej. Nie był nimi zainteresowany. Mimo że nie wiązał z klubem przyszłości, w rundzie jesiennej grał bardzo dużo. Grał z powodów sportowych, jak i ze względu na przepis o młodzieżowcu. Obecnie sytuacja wygląda inaczej. Mamy Macieja Rosołka, w mojej ocenie najlepszego zawodnika młodzieżowego w lidze. Jest Mikołaj Łabojko, który zrobił ogromny postęp. Do pierwszego zespołu dołączył utalentowany Kacper Skóra. Przepis o młodzieżowcu już nas "nie boli". Nie czujemy potrzeby promowania nie swojego zawodnika. Z Mateuszem odbyliśmy rozmowę po rundzie jesiennej. Powiedziałem mu, że nie chcę dowiedzieć się z mediów, że związał się z innym klubem. Tak się niestety stało, co w znacznej mierze utrudniło nam możliwości negocjacyjne. W mojej ocenie takie posunięcie jest nieeleganckie, zwłaszcza jeśli chodzi o wychowanka. Taką Młyński podjął decyzję, głową na pewno jest już w Krakowie.

Prawem właściciela i zatrudnionego przezeń trenera jest wybór zawodników, którzy będą grali na boisku. Nie dowiemy się już czy z Młyńskim na placu gry Arka zdobyłaby Puchar Polski i siedem milionów złotych. Nie jest to oczywiście sytuacja identyczna, ale podobną ścieżką mógł pójść Raków Częstochowa i nie wystawić do gry Kamila Piątkowskiego, który od nowego sezonu będzie grał w Red Bull Salzburg. W teorii wówczas prezes Rakowa mógłby powiedzieć, że "nie widzi potrzeby promocji nie swojego zawodnika". Włodarze częstochowskiego klubu postąpili jednak inaczej i Piątkowski gra w każdym meczu "od deski do deski". W 31 meczach ligowych i pucharowych, w których zagrał obrońca rodem z Jasła wystąpił w pełnym wymiarze czasowym. Można podnosić argument, że Raków i Red Bull nie występują w tej samej lidze i nie są konkurentami. Sęk w tym, że ten sam argument póki co dotyczy Arki Gdynia i Wisły Kraków.

Młyński, gdy był w formie, potrafił utrzymać piłkę z dala od własnej bramki, dając wytchnienie kolegom z obrony. Tego zabrakło w lubelskim finale "Turnieju Tysiąca Drużyn" w końcówce spotkania w wykonaniu drużyny gdyńskiej. Forma zawodnika nie grającego w meczach o punkty pozostaje jednak zagadką. Nie wiadomo też jak będzie prezentował się po przejściu do Wisły Kraków będąc od grudnia poza grą.

Głównym celem Arki Gdynia w bieżącym sezonie jest powrót do Ekstraklasy. Jasno widać, że Mateusz Młyński w tym nie pomoże i w tych rozgrywkach na boisku się nie pojawi, Żółto-Niebiescy będą musieli sobie radzić bez niego. Na razie idzie im nie najgorzej, zajmują szóste miejsce, które daje grę w barażach. Arka traci do lokaty premiowanej bezpośrednim awansem ledwie cztery punkty mając jeden mecz zaległy. Kolejne spotkanie ligowe gdynianie rozegrają 8 maja w sobotę o godz. 12.40 na wyjeździe z "czerwoną latarnią" I ligi - GKS Bełchatów. 

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje