Reklama

Reklama

1. liga. Piotr Tworek: Wygrywać nie muszą tylko bogaci

​- Chcę pokazać, że w lidze mogą wygrywać nie tylko ci możni, którzy mają piękne stadiony i budżety trzy-, czterokrotnie wyższe od naszego - powiedział Piotr Tworek, trener piłkarzy Warty Poznań, niespodziewanego lidera pierwszej ligi.

Gdyby ktoś powiedział, że jesienią Warta zdobędzie 40 punktów i będzie liderem pierwszej ligi, jak by pan zareagował?

Reklama

Piotr Tworek, trener Warty: Pewnie można byłoby powiedzieć teraz: "tak, wiedzieliśmy, że to się uda. Wierzyliśmy w swoją pracę, transfery, itp". A tak serio, to Warta w ostatnim czasie walczyła o utrzymanie albo co najwyżej o środek tabeli. Dlatego tylko człowiek oderwany od rzeczywistości mógłby powiedzieć, że będziemy liderem. My chcieliśmy ugruntować siłę Warty, żeby znów nie walczyła z nożem na gardle o pozostanie w lidze, ale by sukcesywnie się rozwijała i grała w środku tabeli. Po rundzie jesiennej chcieliśmy zobaczyć, ile nam brakuje do miejsc 4-6. A 40 punktów na koniec roku to efekt systematycznej, mądrej i ciężkiej pracy.

Wróćmy do początku pana pracy w poznańskim klubie. W czerwcu zastąpił pan Petra Nemca, który w trakcie niespełna trzech lat utrzymał drużynę w drugiej lidze, a następnie awansował na zaplecze ekstraklasy i w kolejnym sezonie zajął 13. miejsce. Dlatego decyzja o zmianie trenera nie wszędzie spotkała się z aprobatą. Inna sprawa, że Czech chyba wysoko zawiesił panu poprzeczkę?

- To prawda. Ja miałem okazję już wcześniej, w poprzednim sezonie, przekonać się o sile Warty, gdy pracowałem w Chojniczance (jako asystent trenera Macieja Bartoszka - red.). Po porażce 0:2 stwierdziłem, że jest to zespół dobrze przygotowany motoryczne, grający mądrze dobraną taktyką. Dlatego moim zadaniem było nie tylko utrzymanie tych atutów, ale jeszcze coś poprawić. A skoro już doszło do zmiany trenera, to wiedziałem, że nie mogę iść w tym samym kierunku, jeśli chodzi o pracę taktyczną i motoryczną, jaką wykonał mój poprzednik. Bo inaczej zmiana szkoleniowca nie miałaby sensu. Musiałem stworzyć coś innego, bardziej autorskiego, żeby w jak najkrótszym czasie pokazać, że jest to mój zespół, ale przede wszystkim wygrywać mecze. Bo można odcisnąć piętno na drużynie, ale co z tego, jeśli ona będzie pięknie grać, walczyć, dużo biegać i nawet strzelać bramki, ale przegrywać.

Jakie były pana pierwsze decyzje?

- W pierwszej kolejności postanowiliśmy zmienić taktykę na bardziej ofensywną. Następną rzeczą było utrzymanie tej podbudowy motorycznej i jednocześnie trochę zmodyfikowanie jej. Musieliśmy dać też zawodnikom możliwość otwarcia się na samą grę, nie zapominając o defensywie, która była wizytówka Warty. Roszady personalne zmieniły charakter drużyny, bowiem do Warty trafili zawodnicy bardziej kreatywni. To z kolei ułatwiło mi zadanie, bowiem mogłem więcej wymagać od piłkarzy, którzy mają wyższe umiejętności.

Szybko udało się panu zamknąć usta sceptykom. Warta od samego początku rozgrywek była czołówce...

- To nie było mój cel nadrzędny, żeby udowodnić komuś, że się mylił. Natomiast w obecnych czasach krytyka jest nieodłącznym elementem naszej pracy. Chciałem przede wszystkim przekonać zawodników, żeby uwierzyli w to, co chcę im przekazać.

W czym pan upatruje źródła sukcesu drużyny, skąd się wzięły nagle tak dobre wyniki?

- Wiele czynników na to się złożyło. W kwestii sportowej udało się stworzyć serce, trzon zespołu z niezwykle solidnym środkiem począwszy od bramki, przez defensywę i drugą linię. Wokół tych zawodników, którzy nam ryglują dostęp do bramki ze środkowej strefy, dokooptowaliśmy graczy obdarzonych luzem, polotem i inteligencją piłkarską. Mam tu na myśli Jakuba Kiełba, Michała Grobelnego, Michała Jakóbowskiego, Mariusza Rybickiego, Adriana Laskowskiego czy Serhija Napołowa - oni mają wodze puszczone, jeśli chodzi o poruszanie się po boisku i podejmowanie decyzji. Mają ode mnie nakaz wchodzenia w pojedynki i prowadzenia gry jeden na jeden. Do tego swoboda napastnika, który poprzez mocny środek i kreatywne boki otrzymuje więcej podań.

A czynniki pozaboiskowe?

- W zespole udało nam się stworzyć tzw. team spirit, coś co nas trzyma w ryzach i pozwala realizować to, co sobie założymy na treningu. Nie mamy problemów wychowawczych, ale także językowych czy kulturowych. Wszyscy zawodnicy, którzy wchodzą do Warty muszą wiedzieć, że sobie poradzą nie tylko piłkarsko, ale i mentalnie.

Ale pana piłkarze nie muszą radzić sobie z presją, jaka zawsze towarzyszy choćby waszemu bogatszemu sąsiadowi - Lechowi. To może też wam pomaga?

- To prawda, nie odczuwamy może takiej presji, jaka ma miejsce w innych klubach, także pierwszoligowych. Taka sytuacja jest na pewno łatwiejsza, zwłaszcza dla młodszych zawodników. Myślę, że brak tej presji jest o tyle ważny dla nas, że w ostatnim czasie zawirowań w klubie nie brakowało. My już swoje przeszliśmy. Łatwiej gra się bez ciśnienia, uważam, że jest to element, który pozwala nam spokojniej podchodzić do pracy i przygotować się do kolejnego meczu. Mamy jednak świadomość tego, że żeby grać na najwyższym poziomie, to z presją trzeba umieć sobie radzić.

Dobre wyniki i gra warciarzy nie mogły przejść niezauważone przez skautów czy menedżerów. Nie boi się pan, że styczniu na pierwszym treningu może kilku piłkarzy zabraknąć?

- Monitorujemy cały czas rynek transferowy w obu kierunkach. Na obecną chwilę są jakieś zapytania, ale bez żadnych konkretów. Z drugiej strony piłka nożna to jest biznes, jeśli ktoś przyjdzie i złoży propozycję "nie do odrzucenia", to zarząd będzie miał twardy orzech do zgryzienia. Jeśli jest kwota odstępnego za zawodnika i któryś z klubów ekstraklasy będzie gotowy zaryzykować i wyłożyć te pieniądze, to trzeba po prostu szukać zastępców, by szybko wkomponować ich w drużynę. Życzyłbym sobie, żeby po stronie ubytków nie było nikogo, ale my też chcemy się wzmocnić na niektórych pozycjach.

Pana praca i znakomite wyniki w Warcie też muszą być dostrzeżone przez prezesów innych klubów. W ekstraklasie trenerzy zmieniają się średnio co miesiąc, a nie wierzę, że nie marzy pan o poprowadzeniu drużyny, która mogłaby powalczyć o mistrzostwo kraju...

- Nie wybiegam tak daleko po półrocznej pracy w Warcie. Nie rozglądam się za nowym pracodawcą, nowym kontraktem. CV też nigdzie nie wysłałem i nie uważam, że tutaj są dla mnie już za wąskie horyzonty. Nie jestem takim człowiekiem. Znam historie, gdzie trenerzy licząc na angaż w Ekstraklasie, palili za sobą mosty. Wychodzę z założenia, że tę robotę muszę wykonać od początku do samego końca. Moje myśli i energia skupiona są na Warcie. Jestem przygotowany, żeby poświęcić wiele w walce o jak najlepszy wynik tego klubu.

Nie jest tajemnicą, że Warta w obecnej chwili nie jest przygotowana na ekstraklasę, przede wszystkim pod względem organizacyjnym i finansowym. Czy to w jakiś sposób pana blokuje?

- Wręcz przeciwnie, to mnie jeszcze bardziej nakręca. Chcę pokazać, że w lidze mogą wygrywać nie tylko ci możni, którzy mają piękne stadiony, budżety trzy-, czterokrotnie wyższe od naszego i praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie. Mogą sobie pozwolić na obozy zagraniczne i szaleć na rynku transferowym. Sport jednak nie dzieli się na biednych i bogatych, tu liczą się też ambicje i emocje.

A propos pięknych stadionów. Jesienią graliście na ładnym obiekcie, tyle że w Grodzisku Wielkopolskim, ponad 50 kilometrów od Poznania. Wyniki uzyskane w meczach, w których byliście gospodarzem pokazały, że nie była to dla was szczególnie niekomfortowa sytuacja...

- To był chyba najmniejszy problem. Przychodząc do Warty musiałem borykać się z innymi kłopotami, głównie personalnymi, bowiem po drużynie poprzedniego trenera pozostało niewielu zawodników. Ja musiałem scalić zespół i myślałem o tym, żeby dobrze wystartować, by kibice znów nie musieli martwić się o utrzymanie w lidze. Dlatego nawet nie zaprzątaliśmy sobie głów wyjazdami do Grodziska, bo każdy zastanawiał się, czy zdążymy odpowiednio się przygotować do pierwszego meczu. W Grodzisku jednak czuliśmy się dobrze, m.in. ze względu na boisko, bowiem przynajmniej na początku rundy było kapitalnie przygotowane. Barwy stadionu też były "nasze", jedyne, co nam przeszkadzało, to wszechobecna cisza na stadionie, która nie ułatwiała gry. To był jedyny mankament, ale dla nas nie do przeskoczenia. Życzę sobie, żeby doping się pojawił, przynajmniej w Poznaniu, gdzie w końcu na pewno wrócimy. Dlatego czasami nawet lepiej grało nam się na wyjazdach, gdzie publiczność była przeciw nam, co też dodatkowo nakręcało moich piłkarzy.

Rozmawiał Marcin Pawlicki

Wyniki, terminarz i tabela 1. ligi

Dowiedz się więcej na temat: Warta Poznań

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje