Damian Drzewiecki znów błyszczy na torze Ninja. "To już coroczna tradycja"
Damian Drzewiecki w ósmym sezonie Ninja Warrior Polska sięgnął po tytuł Last Warrior Standing, a teraz walczy o zwycięstwo w 12. edycji słynnego programu telewizji Polsat. Bezpośredniego awansu do finału doświadczony zawodnik nie zdołał wywalczyć, jednak już w najbliższy wtorek pobiegnie na torze półfinałowym. Zanim jednak obserwować będziemy walkę półfinalistów, Damian Drzewiecki w rozmowie z Interią podzielił się swoimi przemyśleniami na temat nowej formuły programu, opowiedział o tym, jakie myśli krążą po głowie uczestników w trakcie pokonywania toru i ujawnił, czy zamierza startować także w kolejnych edycjach programu.

Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, był Pan tuż po występie w finale ósmej edycji Ninja Warrior Polska. Góry Midoryiama nie udało się wówczas zdobyć, ale za to otrzymał Pan tytuł Last Warrior Standing. Od tamtego czasu zasady programu zmieniły się diametralnie. Jedną ze zmian jest to, że zawodnicy rywalizują ze sobą równolegle na dwóch identycznych torach. Dla widzów na pewno jest to ciekawe rozwiązanie, gdyż mogą obserwować prawdziwą rywalizację już od pierwszych etapów programu. Pytanie, jakie odczucia mają zawodnicy? Czy dla Pana fakt, że rywal biegnie po torze obok to dobre rozwiązanie? Pytam, bo zastanawia mnie to, czy podczas swojego startu zawodnicy faktycznie mają czas na to, aby zerkać, na jakim etapie jest ich rywal i czy faktycznie motywuje ich to do osiągnięcia jak najlepszego czasu, czy jednak dekoncentruje?
Damian Drzewiecki: - Jak już się biega trochę więcej takich wyścigów ninja czy biegów przeszkodowych, to w bardzo łatwy sposób można odczuć, gdzie rywal w danym momencie jest. Tak naprawdę, jeżeli jest obok nas lub przed, to widzimy go kątem oka, a jeżeli jest za nami, to też często publika krzyczy jakieś hasła, które jasno wskazują na to, na jakiej przeszkodzie jest rywal. Jeżeli spadnie, to też od razu słychać ten plask wody. W telewizji może się wydawać, że na arenie jest głośno, że dużo się dzieje, ale jeśli ktoś jest skupiony, jest w stanie ocenić wszystko bez oglądania się za siebie. Wiadomo, takie zerkanie też dużo daje, bo jesteśmy w stanie ocenić, czy w danym momencie przyspieszyć, czy możemy do dalszych przeszkód podejść bardziej zachowawczo, bo już zbudowaliśmy odpowiednią przewagę. A co do tego, która formuła jest lepsza - od strony zawodnika uważam, że obie formuły są bardzo fajne, jednak w poprzedniej formule było lepsze to, że przeszkody były trudniejsze i trzeba było wykazać się skillem, żeby je pokonać. Teraz przeszkody są troszkę łatwiejsze, wiadomo - pod stronę widowiskową, żebyśmy po nich "lecieli" bez problemu, sprintowali, żeby to był prawdziwy wyścig. Ja mam nadzieję, że pójdzie to w tym kierunku, że w kolejnych sezonach będziemy się ścigać po trudnych przeszkodach. Wydaje mi się, że w 12. edycji programu to poszło w tym kierunku, że rzeczywiście tych bardziej wymagających przeszkód z każdym etapem jest coraz więcej. Więc to jest fajne zarówno ze strony zawodnika, jak i myślę, że widza. Z tego, co słyszę - bo mam też swój klub i regularnie zderzam się z tym feedbackiem - ludzie cieszą się na nowe przeszkody, chcą oglądać coś nowego.
Podczas ostatniego odcinka walczył Pan o bezpośredni awans do finału z Samuelem Folsomem. Ostatecznie Amerykanin okazał się lepszy, a Pana zobaczymy w pólfinale, zadecydował ułamek sekundy. Co Pana zdaniem poszło nie tak?
- Miałem zły start. Już ten pierwszy krok dałem za płytki i zamiast stanąć na stopie, to spadłem na piszczel i to mnie wybiło z rytmu praktycznie na cały bieg. Więc od pierwszej sekundy Power Tower już byłem troszeczkę w głowie pogubiony, szczególnie, że wiedziałem, jaki rywal stoi obok mnie. Tylko ten podbieg pod górę poszedł nie po mojej myśli, a potem już widziałem, że Samuel jest sporo dalej. W kamerach nie było tego aż tak widać, jak ja pamiętam na żywo, kiedy tam byłem na górze. Ja dopiero schodziłem po linię, a on już z niej zszedł, no to w głowie się szybko pojawiły się myśli, że okej, chyba już nie ma co ryzykować, dojdziemy sobie bardziej zachowawczo do końca, no bo zepsułem ten podbieg. Aczkolwiek tam ludzie twierdzą, że ja go trochę podgoniłem. Uważam, że on też perfekcyjnie obserwuje, gdzie kto jest i umówmy się - nikt nie chciał z tych 12 metrów spadać na tę poduchę. Więc on też zwolnił, bo ja byłem duże dalej. Co tam się działo się potem - czy ja nadgoniłem, czy on zwolnił - nie wiem. Moim zdaniem po podbiegu było wszystko już przesądzone.

W kontekście Ninja vs Ninja skoro mówi się o rywalizacji, ale ja śledząc social media Pana i innych uczestników programu odnoszę wrażenie, że waszą społeczność powinno raczej nazywać się rodziną. Zarówno Pan i pański brat Krystian, jak i Jan Tatarowicz oraz Paweł Murawski, z którymi miałam okazję niegdyś porozmawiać, szkolicie młodych ninja, dzielicie się swoją wiedzą i doświadczeniem, a nawet… doprowadzacie swoich podopiecznych do programu Ninja vs Ninja. Jakie to uczucie móc dzielić się swoją pasją z innymi i oglądać ich rozwój?
- Nie ma nic lepszego, niż pracować w tym, co się uwielbia, co tak naprawdę było kiedyś hobby, a teraz się przerodziło w pracę.
Jeśli mówimy o rodzinie, to nie mogę nie wspomnieć o Pana bracie, Krystianie, który także regularnie pojawia się na torze. Czy do startów w programie przygotowujecie się razem, czy jednak stawiacie na indywidualne treningi?
- Niestety, terminowość nasza i prowadzenie wspólnej sali, na której zawsze jeden z nas musi być, wyklucza na ten moment wspólne treningi, więc przygotowujemy się indywidualnie. Kiedy ja jestem na sali z podopiecznymi i z dzieciakami, z grupami i prowadzę zajęcie, no to Krystian ma wtedy wolne wieczory i sobie trenuje. I tak samo kiedy on jest w pracy, to ja trenuję. Do dwunastego i do jedenastego sezonu już totalnie indywidualnie się przygotowywaliśmy. Kiedyś wcześniej, kiedy jeszcze nie było takich miejsc treningowych, nie było naszej sali i musieliśmy jeździć specjalnie na przykład do Warszawy na treningi, no to wtedy były to wspólne przygotowania, ale one skończyły się, myślę, koło ósmej/dziewiątej edycji.
Wróćmy jeszcze na moment do programu Ninja vs Ninja. Góra Midoriyama została zdobyta w Polsce po raz pierwszy przez Jana Tatarowicza w 2024 roku. Wtedy udowodnił on, że ta przeszkoda jest jak najbardziej do przejścia. Czy sukces Jana w jakimś stopniu przełożył się na Pana i innych uczestników? Teraz, gdy wiecie, że góra Midoriyama jest faktycznie do zdobycia, motywacja musiała chyba wzrosnąć.
- To znaczy, ja od zawsze wiedziałem, że ta góra jest do zdobycia. Jak byłem w ósmej edycji i zdobyłem tytuł Last Warrior Standing, to wtedy już powiedziałem do mikrofonu, że jest to do zrobienia. Wówczas popełniłem aż cztery błędy, a zabrakło mi tylko ponad metr. Więc naprawdę to jest do zrobienia dla kogoś, kto trenuje na linie odpowiednio długiej. Jeśli chodzi o ósmą edycję, no to ciężko miałem sobie w Łodzi akurat odwzorować trening na ponad 20-metrowej linie - mieliśmy tutaj tylko sześć metrów liny i musiałem schodzić w dół, jeszcze nie miałem asekuracji, więc musiało być zejście również o własnych siłach na dół, potem znowu do góry. I też nie jest to w takim szybkim tempie, jak w programie, gdzie można zaryzykować, bo się nie boimy, że spadniemy. Ale wiedziałem, że gdybym miał możliwość trenowania na dłuższej linie, to wygrałbym cały program wtedy w tej ósmej edycji, bo zabrakło mi naprawdę niewiele, a technicznie totalnie leżałem. Więc dla mnie jakoś bardzo motywacyjnie ten sukces Janka nie wpłynął. Pewnie, ja zawsze Janka wspieram, też ze względu na jego trudną przeszłość. Co edycję mu kibicuję, jak mogę. Ale to, że zdobył górę Midoriyama dla mnie jakiegoś ogromnego znaczenia nie miało, bo ja od zawsze wiedziałem, że jest to do zrobienia.
W takim razie pozostaje mi jedynie życzyć panu powodzenia w tej i w kolejnych edycjach, bo podejrzewam, że nie zamierza pan tak łatwo rezygnować z dalszego udziału w programie.
- Zapewne nie. Jest już to taka coroczna tradycja tak naprawdę, więc jak będzie kolejna edycja, to od razu się stawiam i będziemy walczyć.
Odcinek, w którym Damian Drzewiecki zmierzy się z torem półfinałowym, już w najbliższy wtorek o godz. 21.30 w Telewizji Polsat.











