Reklama

Reklama

"Vanny Ly" z Nowego Jorku. Kupił klub najlepszej ligi świata, oszukał wszystkich

Tajemniczy biznesmen-zbawca, przychodzący do upadającego klubu i wyciągający pomocną, finansową dłoń. Zwłaszcza dla kibiców Wisły Kraków, ten scenariusz brzmi znajomo. Ten kambodżański filantrop i rzekomy członek rodziny królewskiej, który kilka lat temu przybył z odsieczą do Krakowa, ratować chylącą się ku upadkowi piłkarską Wisłę, by po kilku dniach okazać się oszustem, lub co najmniej osobą niegodną zaufania. Takie rzeczy dzieją się i działy nie tylko w Polsce. W najlepszej lidze świata NHL przed ponad dwudziestoma latami był podobny przypadek, dowodzący, że nawet pustymi słowami można zdziałać wiele. Nawet jeśli nie stoi za nim żadna faktyczna siła finansowa.

Reklama

Pan Vanna Ly miał, według różnych źródeł, zaoferować na początek 12 milionów złotych, by nie tylko uratować Wisłę Kraków, lecz w perspektywie krótkiego czasu stworzyć z niej krajową potęgę, regularnie pokazującą się na europejskich "salonach". Pewien człowiek za Oceanem operował kilkudziesięciokrotnie wyższymi kwotami, skutecznie przekonując do swoich zamiarów znaczącego amerykańskiego biznesmena oraz jedną z najważniejszych zawodowych lig na świecie.

Reklama

Niesławny bohater tej północnoamerykańskiej historii przyszedł na świat w Greenwich Village, ale dość szybko wskutek rodzinnej decyzji zamienił wielkomiejski Manhattan na domek na przedmieściach Cleveland. Później przeniósł się do Dallas, gdzie rozwinął spółkę Bison Group, założoną wspólnie z przyszłą żoną Shelby w trakcie krótkiego epizodu, gdy wrócił do Nowego Jorku. Podstawowym profilem jej działalności było pośrednictwo w wynajmie maszyn latających.

Jednocześnie próbował swoich sił w sektorze finansowym, tworząc Commercial Financial Group, która początkowo miała wspierać jego pierwotną działalność, by po kilku latach stać się ważnym argumentem w budowaniu wokół siebie atmosfery poważnego biznesmena, operującego milionami dolarów. Dzięki Bison Group, której klientami byli zamożni Teksańczycy, wynajmujący od niego samoloty, obracał się w kręgach najbogatszych ludzi w Dallas. Sam tak naprawdę prowadził firmę, w której zatrudnionych było raptem kilku pracowników, a większość niezbyt oszałamiających zysków lądowała na kontach na Kajmanach.

Zapraszam na kolację, Ty płacisz

We wrześniu 1995 roku wówczas 31-letni John Angelo Spano, po raz pierwszy zaistniał w świadomości ludzi związanych z NHL. Rozpoczął rozmowy z Normanem Greenem, ówczesnym właścicielem Dallas Stars, proponując odkupienie 50% udziałów w drużynie. Dobre słowo wielu znamienitych klientów Spano sprawiło, że jego ofertę potraktowano bardzo poważnie. Przez niemal dwa miesiące Green czekał na jej finalizację, a szef Bison Group kilkukrotnie prosił o przesunięcie terminu. 

Swoje prośby argumentował na przykład tym, że Stars nie przedstawili mu części dokumentów, a oczekiwane przez niego spotkanie właściciela klubu z Teksasu z jego południowoafrykańskimi partnerami, którzy mieli partycypować w inwestycji, było odkładane. W międzyczasie odbywały się jednak spotkania, o których po latach opowiadał Jim Lites, pełniący wówczas funkcję prezydenta klubu.

Wspominał o wizycie w "posiadłości" Spano, która okazała się sporym, ale zupełnie nieumeblowanym domem na przedmieściach Dallas. Jak na kogoś, kto swój majątek określał na ponad 100 milionów dolarów, a oferta złożona Grenowi miała opiewać na znacznie ponad 40 mln, wyglądało to dość osobliwie. Wśród opowieści Litesa znalazła się również ta o jednej z kolacji, na którą był zaproszony przez Spano. Podobno na jej zakończenie niedoszły współwłaściciel Stars miał powiedzieć, by Lites zapłacił za siebie. 

Biznesmen-fantasta

Na szczęście dla ekipy z Dallas Norman Green wytrzymał tylko dwa miesiące, po czym zerwał jakiekolwiek rozmowy ze Spano i sprzedał klub Tomowi Hicksowi. Okazało się jednak, że biznesmen-fantasta rodem z Manhattanu nie poddał się tak łatwo. W kwietniu 1996 roku zgłosił się do Harry'ego Wayne'a Huizengi, właściciela Florida Panthers. To był świetny sezon dla Kotów, którzy zagrali kilka tygodni później w finale Pucharu Stanleya. Pomimo sukcesów sportowych klub miał jednak sporo kłopotów organizacyjnych i finansowych. Choć Huizenga nie należał do najbiedniejszych, to nie potrafił porozumieć się z władzami lokalnymi w sprawie budowy nowej hali. 

Jego inwestycja w Panthers w połowie lat 90. sięgnęła kwoty 150 milionów dolarów i uznał, że warto byłoby się tymi kosztami podzielić z kimś chętnym do zainwestowania. W takich okolicznościach na Florydzie pojawił się John Spano. Złożył nawet wstępną ofertę, ale władze drużyny z Sunrise, mając w pamięci historię z jego udziałem z Dallas, dość szybko odrzuciły propozycję.

Przedstawiał się jako człowiek sukcesu

Na tym jednak zapędy Johna Spano się nie zakończyły. Pomimo wcześniejszych niezbyt udanych podejść do zakupu Stars oraz Panthers pomocną dłoń biznesmenowi z Dallas podał komisarz NHL Gary Bettman, który przedstawił go Johnowi Pickettowi, właścicielowi New York Islanders. W tym czasie sytuacja finansowa i organizacyjna Wyspiarzy nie należała do najlepszych. 

Zespół, który kilkanaście lat wcześniej był dominującą siłą w lidze, w połowie lat 90. minionego stulecia stał się obiektem kpin. Katastrofalna postawa na lodowisku i ciągłe rotacje kadrowe w zespole oraz w sztabie szkoleniowym powodowały, że frustracja fanów narastała, a właściciel Islanders rozmyślał o swojej przyszłości w tym biznesie. Wczesną jesienią 1996 roku niczym anioł z nieba spłynął ku niemu John Spano. 

Złożył ofertę niemal nie do odrzucenia - za 165 milionów dolarów obiecał odkupić klub od Picketta, płacąc niemal połowę tej kwoty za 90 procent akcji, a pozostałą część za lukratywny kontrakt, jaki wiązał Wyspiarzy z siecią pewną siecią telewizyjną. Spano tym razem przedstawiał się jako człowiek sukcesu, który w ciągu kilkudziesięciu miesięcy zbudował prawdziwe imperium biznesowo-finansowe. 

Opowiadał, że ma miliony. Jego największym skarbem było stare BMW

Początkowo jego firma zatrudniała przecież czwórkę pracowników, by nagle stać się konsorcjum 10 podmiotów, dla których pracowało ponad 6000 osób. Swój majątek zaczął szacować na poziomie 230 milionów dolarów, które w znacznym stopniu, jak twierdził, nabył jako spadek po swoim bogatym dziadku Angelo. Jak się miało okazać po kilku latach, faktycznie na teksańskich kontach Spano było maksymalnie 100, ale nie milionów, lecz tysięcy dolarów. 

Jego spryt i żyłka naciągacza sprawiły jednak, że mógł liczyć na gwarancje bankowe sięgające 100 milionów. Pojawienie się takiego człowieka na Long Island przywitano z ogromną radością. Dla fanów zespołu, ale również w oczach Gary'ego Bettmana szefa NHL, jawił się jako zbawca, który nie tylko uratuje Wyspiarzy idących na sportowe i finansowe dno, ale postara się przywrócić im wielkość, jaka była ich udziałem kilkanaście lat wcześniej. Zawierzyli komuś, kogo największymi aktywami było tak naprawdę BMW warte nieco ponad 60 tysięcy dolarów. Reszta była fikcją, zbudowaną na sprytnie spreparowanych dokumentach.

Dowiedz się więcej na temat: Vanna Ly | Wisła Kraków | NHL | John Spano

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje