Reklama

Reklama

NHL. Colorado Avalanche o krok od Pucharu Stanleya

Hokeiści Colorado Avalanche wygrali na wyjeździe z Tampa Bay Lightning 3-2 po dogrywce czwarty mecz finału ligi NHL, prowadzą w serii play off 3-1 i brakuje im jednego zwycięstwa, by po raz trzeci w historii klubu zdobyć Puchar Stanleya. Kolejne spotkanie - w piątek w Denver.

Mecz numer cztery rozpoczął się po myśli najlepszych w dwóch poprzednich sezonach Lightning. Praktycznie od początku gry trwało oblężenie bramki gości i w 36. sekundzie - w sporym zamieszaniu - odbity przez bramkarza Avalanche Darcy'ego Kuempera krążek przejął Anthony Cirelli i skierował do siatki.
Obrońcy tytułu prowadzili do szóstej minuty drugiej tercji, kiedy okres gry w przewadze wykorzystał Nathan MacKinnon i wyrównał na 1:1. Po pięciu minutach indywidualną akcją i zaskakującym strzałem z backhandu odpowiedział Szwed Victor Hedman i znowu prowadziły "Błyskawice".

Reklama

W 53. minucie odbity przez rosyjskiego golkipera miejscowych Andrieja Wasilewskiego krążek trafił na kij Niemca Nico Sturma, ten od razu uderzył na bramkę, ale kierunek lotu zmienił jeszcze Andrew Cogliano i to jemu zapisano trafienie.

Na początku 13. minuty dogrywki po indywidualnej akcji Nazem Kadri objechał Wasilewskiego i umieścił krążek w siatce. Gol wzbudził sporo kontrowersji, bo powtórki telewizyjne nie pokazują dokładnie momentu, w którym krążek wpada do siatki, a poza tym ekipa z Florydy uważała, że w tej akcji goście mieli na lodzie za dużo hokeistów.

"Wszyscy siedzimy w tym po uszy i razem tworzymy społeczność NHL. Zawodnicy, trenerzy, sędziowie, obsługa. Wszyscy. To, co się stało w dogrywce będzie kłuło w oczy dłużej i znacznie bardziej niż inne rzeczy. Trudno mi teraz o tym mówić, muszę ochłonąć. Kiedy na spokojnie wszyscy zobaczą decydującego gola, zrozumieją co mam na myśli. Pęka mi serce, szkoda mi moich chłopków, bo prawdopodobnie, kiedy mówię te słowa, mecz powinien jeszcze trwać" - ocenił tuż po zakończeniu gry trener Lightning Jon Cooper.

Władze NHL wydały krótko po meczu oświadczenie, w którym podkreśliły, że żaden z czterech arbitrów nie dostrzegł na lodzie nieprzepisowej liczby graczy. Zdobywca zwycięskiej bramki pauzował prawie trzy tygodnie z powodu kontuzji kciuka. W środę wrócił na lód.

"Czekałem całe życie, żeby zagrać w finale. Ostatnie dni były trudne, bo musiałem na wszystko patrzeć z boku. Pomyślałem, że nadszedł już czas, by dołączyć do tej zabawy" - przyznał mający libańskie korzenie Kadri.

Piąty mecz finału - w piątek w Denver, gdzie Avalanche wygrali dwa pierwsze starcia z zespołem z Tampy, a w tegorocznym play off mają bilans 7-2. Zwycięstwo zapewni im trzeci w historii Puchar Stanleya. Wcześniej zdobyli to trofeum w 1996 i 2001 roku. Nigdy nie przegrali finałowej serii.

Jeśli górą będzie walcząca o trzeci z rzędu triumf i nawiązanie do wyczynu New York Islanders z lat 1980-83 drużyna z Florydy, to rywalizacja ponownie przeniesie się do jej hali.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL