Reklama

Reklama

NHL: Chicago Blackhawks - Los Angeles Kings 4-2

Chicago Blackhawks pokonali Los Angeles Kings 4-2 i prowadzą 2-0 w serii do czterech zwycięstw w finale Konferencji Zachodniej NHL.

Po bardzo zaciętym sobotnim meczu, tym razem "Czarne Jastrzębie" odniosły pewne zwycięstwo. Najlepszy zespół sezonu zasadniczego objął prowadzenie już w 2. minucie, a w połowie drugiej tercji prowadził 4-0.

Bramkarz "Królów" Jonathan Quick znakomicie bronił w sobotę, ale w niedzielę nie miał swojego dnia i trener Darryl Sutter zdjął go z lodu w połowie drugiej tercji, a do gry wpuścił Jonathana Berniera. 24-letni Kanadyjczyk rozegrał jedynie 14 meczów w sezonie regularnym, a w play offach nie dostał wcześniej szansy, jednak spisał się bez zarzutu broniąc każdy z dziewięciu strzałów rywali.

Reklama

Trzeba jednak przyznać, że zadanie miał jednak łatwiejsze od Quicka, bo gospodarze wysoko prowadząc nie zamierzali forsować tempa.

Obrońcy Pucharu Stanleya zdobyli pierwszego gola w końcówce drugiej tercji, a w trzeciej oddali 13 strzałów (gospodarze tylko sześć), lecz jeszcze tylko raz udało się im pokonać dobrze broniącego Coreya Crawforda (29 obronionych strzałów).

Sporym osłabieniem Kings był brak Mike'a Richardsa. Center, który zdobył 10 punktów w play offach (2 gole + 8 asyst), uznał po rozgrzewce, że nie czuje się najlepiej. To efekt sobotniego starcia z Dave'em Bollandem.

Teraz rywalizacja przenosi się do Los Angeles, gdzie "Królowie" wygrali 14 ostatnich meczów z rzędu! - Jeśli wygrywasz aż tyle spotkań z rzędu, to w końcu musisz kiedyś przegrać - dowodził Patrick Kane, prawoskrzydłowy Chicago.

- Wiemy, jak świetnie potrafią grać u siebie. Walka na serio dopiero się zaczyna - dodał Patrick Sharp, najlepszy w niedzielę na lodzie.

Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje