Reklama

Reklama

Żużel. Trudny żywot drugoligowego zawodnika. Ryzykuje życiem, a czasem zarabia mniej niż magazynier

Niezależnie od poziomu, na jakim się jeździ, żużel jest, był i będzie jedną najniebezpieczniejszych dyscyplin. Niestety, jest również jedną z tych mniej sprawiedliwych, bowiem nie dość, że bardzo dużo zależy od dobrej jakości sprzetu, do którego nie każdy ma dostęp, to jeszcze za tę samą, bardzo ryzykowną robotę, różni zawodnicy dostają różne pieniądze. Niektórzy eksperci twierdzą wręcz, że profesjonalny żużel jest tylko w PGE Ekstralidze. - Na myśl o zarobkach robiło mi się niedobrze - mówi nam były żużlowiec kilku klubów drugoligowych.

Zasadniczo to jest tak, że im większe pieniądze, tym większe ryzyko jesteś w stanie podjąć, by określone wynagrodzenie otrzymać. Mało kto będzie nadstawiał głowę, jeśli do zdobycia są jakieś marne grosze. Żużlowcy z niższych lig jednak nie mają często większego wyboru. Kochają to robić, ale nie są w stanie jeździć w lepszych ekipach, za lepsze stawki. Mogliby tam pójść, ale nie pojechaliby żadnego meczu. A dla przypomnienia warto wspomnieć, że żużlowiec to nie piłkarz, który siedząc na ławce i oglądając kolegów w akcji może zarabiać miliony. Żużlowiec zarabia tylko, gdy jeździ, a o milionach wielu może pomarzyć.

Reklama

Pojawia się pytanie: czy ta gra (czytaj: jazda za grosze) jest warta świeczki. Może i teoretycznie stawki za punkt nawet w 2. lidze nie wydają się małe, jak spojrzymy na zarobki przeciętnego Polaka, ale należy mieć świadomość, że spora część z tego idzie na sprzęt. - Większość żużlowców w najniższej klasie rozgrywkowej musi normalnie pracować, czy to w trakcie sezonu czy w przerwie między rozgrywkami. Z uprawiania żużla na tym poziomie nie da się wyżyć, a na pewno nie da się wyżyć godnie - mówi nam były zawodnik, obecnie niezwiązany z żużlem, ale nadal go obserwujący.

U wielu postronnych osób pojawiłaby się myśl, czy w ogóle warto wypruwać sobie żyły i ryzykować kontuzją, gdy na stole leży tak mała kasa do wzięcia. - To jak najbardziej logiczne i zasadne myślenie każdego normalnego człowieka. Ale w żużlu działa to trochę inaczej. Adrenalina powoduje, że człowiek i za darmo by ryzykował. Wyjeżdżasz po to, by wygrywać. Jak nie zależy ci na wygrywaniu, to zostań w domu. A stawki często są fatalne, to fakt. Zresztą pamiętamy, co rok temu działo się przy wiosennym obniżaniu kontraktów. Zawodnicy z 2. ligi mówili wprost, że u nich nie ma z czego ścinać.

Nie da się ukryć, że jeśli przeanalizujemy zarobki netto przeciętnego drugoligowca (po odliczeniu wydatków sprzętowych) to kwota nie jest imponująca, zwłaszcza jeśli nie robi się dwucyfrowych wyników. W zasadzie lepiej byłoby iść do normalnej pracy, gdzie nie ryzykując, zarobi się podobne lub lepsze pieniądze. - To prawda. Wielu takich żużlowców przy tej dyscyplinie trzyma już tylko pasja. Ile się ma sił, to chce się robić to, co się kocha. Ale faktycznie, rachunek na chłodno wskazywałby na to, że to trochę bez sensu. Czasami na magazynie da się zarobić więcej niż wożąc po 5-7 punktów w 2. lidze. Nie wspomnę o pracy za granicą - słyszymy.

Widzimy zatem, jak wielka u człowieka potrafi być chęć spełniania marzeń. Choć za tę samą robotę drugoligowcy zarabiają kilka razy mniej niż ich koledzy z elity, a dodatkowo często muszą pracować poza torem, to i tak mają motywację do kontynuowania kariery. Z pewnością jednak konieczność pracy poza torem wpływa także na sportową formę danego zawodnika. Trudno jest być świeżym i wypoczętym w weekendowym meczu, kiedy cały tydzień się przepracowało. To rzadko wskazywany, a jakże istotny aspekt codzienności wielu żużlowców z niższych lig.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź

Dowiedz się więcej na temat: 2. liga | żużel | zarobki | 2. Liga Żużlowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje