Reklama

Reklama

Diego Maradona nie żyje. Jean-Marie Pfaff specjalnie dla Interii: - Pod koniec życia był nie tylko chory, ale i samotny

W latach 90. Diego Maradona był najlepszy, jedyny w swoim rodzaju. Był niesamowity! Mecze wygrywał sam. Wiesz jak wspominam oglądanie jego gry? Jak hipnozę – mówi w rozmowie z Interią legendarny belgijski bramkarz Jean-Marie Pfaff, który oko w oko stanął z Maradoną w półfinale mistrzostw świata w 1986 roku. W środę słynny Argentyńczyk zmarł na przedmieściach Buenos Aires.

Sebastian Staszewski, Interia: - W środę argentyńskie media poinformowały o śmierci Diego Armando Maradony. Co poczuł pan, kiedy dowiedział się o odejściu jednego z największych piłkarzy w historii?

Reklama

Jean-Marie Pfaff: - Oblał mnie zimny pot. Trudno uwierzyć w to, że Diego z nami nie ma. Dla mnie to był wielki człowiek i wielki piłkarz. Po raz pierwszy spotkaliśmy się na mundialu w Hiszpanii w 1982 roku, wtedy, gdy Zibi Boniek strzelił nam trzy gole. Jako Belgia graliśmy z Argentyną, wygraliśmy 1:0, a Diego biegał jak szalony. Kiedy przejmował piłkę, hipnotyzował nas, nie mogliśmy oderwać od niego wzroku. Argentyna mieszkała wtedy w Alicante i pamiętam, że po meczu poszedłem... obejrzeć go na treningu. Później rozmawialiśmy w hotelu. I zrobił na mnie dobre wrażenie.

Później zagraliście jeszcze raz na mistrzostwach świata, cztery lata później w Meksyku. To był słynny półfinał z wielkim Maradoną w roli głównej. 

- Robiłem co mogłem, ale strzelił nam dwa gole i poprowadził Argentynę do mistrzostwa. Bo on to zrobił sam. Dziś nie ma zawodników, którzy sami wygrywają mecze, a Diego taki był. Później graliśmy razem w pożegnalnym meczu Michela Platiniego. Rozmawialiśmy wtedy długo, tańczyliśmy. To była świetna zabawa, świetny czas. Spotkałem go też kiedyś w Monachium, innym razem widzieliśmy się w Dubaju, gdzie podarował mi nawet swoją koszulkę. Pamiętam jego reakcję, kiedy zobaczyłem mnie w hotelowym lobby. Wtedy to był człowiek pełen uśmiechu i życia...

Ostatnie lata były jednak dla niego bardzo trudne. Kiedy widzieliście się po raz ostatni?

- To było w Rosji, podczas mistrzostw świata. To był inny Diego. Porozmawialiśmy 5 minut i widziałem, że ma dość. To nie był człowiek, którego znałem. Z jednej strony miał swoje problemy ze zdrowiem, ale z drugiej nie pomogli mu przyjaciele, których wokół niego zabrakło. Byli za to ludzie, którzy chcieli ogrzać się w cieple Diego. Pod koniec życia był nie tylko chory, ale i samotny.

Uważa pan, że świat mógł uratować Maradonę przed samym Maradoną?

- Nie wiem. Wiem, że był bardzo dobrym człowiekiem. Widziałem się z nim wielokrotnie i zawsze był przemiłym gościem. Pamięta pan koszulkę, o której wspomniałem? Po kilku latach udało mi się dostać od niego dedykację. Myślę teraz o niej szczególnie mocno, bo to pamiątką po jednym z największych piłkarzy w historii futbolu.

Największym z tych, których znamy?

- W latach 90. był najlepszy, jedyny w swoim rodzaju. Był niesamowity. Mecze wygrywał sam. Wiesz jak wspominam oglądanie jego gry? Jak hipnozę. Ale czy był największy w historii? Pamiętam, że przed nim byli Johan Cruijff, Franz Beckenbauer, Gerd Müller, Platini, Boniek... To byli wielcy piłkarze. O Maradonie mogę natomiast powiedzieć jedno: drugiego takiego jak on nigdy nie było.

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL