Reklama

Reklama

Betis Sevilla - Atletico Madryt 1-0 w 22. kolejce Primera Division

Kibice z Madrytu od południa na ulicach Sewilli śpiewali, że w tym sezonie mistrzostwo należy do nich. Ich piłkarze zamiast jednak zmniejszyć stratę do lidera do trzech punktów, zwiększyli do sześciu.

Primera Division - zobacz wyniki, strzelców, składy, terminarz i tabelę

Oklaski, śpiewy i głośne "ole!" z końcówki meczu odbijały się od wielkich murów stadionu Betisu, a ludzie dzwonili do znajomych i zamieszczali wideo na portalach społecznościowych. Może ich Betis nie pokonał Realu czy Barcelony, ale w Sewilli doskonale zdają sobie sprawę, jak mocne dziś jest Atletico i co znaczy wygranie z nim meczu. Szczególnie, że po remisie Barcelony z Valencią, piłkarze Diego Simeone mieli dogonić lidera na odległość meczu, tymczasem z Betisem przegrali 0-1.

Reklama

Najmocniej przeżył to pewnie Simeone, który w pierwszej połowie pokonał chyba najwięcej kilometrów z całej swojej ekipy. Argentyńczyk jak zwykle rozgrywał swój mecz, przy okazji prezentując niezłe umiejętności aktorskie. Gdyby w La Liga zorganizować konkurs na najlepszą minę sezonu, to Simeone pewnie zająłby całe podium. W meczu z Betisem na jego twarzy przeważały jednak gniew i zawód, bo w pierwszej części nie stworzyli groźnej sytuacji.

Betis nie był o wiele lepszy, bo wszystko co najlepsze pokazał już w drugiej minucie. Kaptoum bardzo precyzyjnie uderzył głową, ale Jan Oblak udowodnił, dlaczego wyceniany jest na 80 milionów euro.

Gospodarze czuli jednak, że tego dnia wicelider jest zdecydowanie do ugryzienia. Podobnie ich kibice, którzy jak zaczęli dopingować zaraz po klubowym hymnie, to skończyli dopiero kilkadziesiąt sekund po gwizdku kończącym pierwszą połowę. Jedni śpiewali, inni klaskali jak do flamenco, tyle że niewiele piękna było na boisku. Co prawda hiszpańscy kibice potrafią docenić grę zwodem i sprytne wyjście spod pressingu, ale tu jest identycznie jak na całym świecie - na wagę złota są bramki.

Z trzeciego piętra stadionu Betisu kapitalnie widać, w jaki sposób przesuwają się piłkarze. Jak defensywni pomocnicy stają się środkowymi obrońcami, bramkarze rozgrywającymi i jak zawodnikom z boku wystarcza niemal mrugnięcie powieką , by obrońca wymienił się pozycją z pomocnikiem.

W drugiej części skończyło się jednak czarowanie taktyką, a zaczęło atrakcyjne granie. Atletico powinno prowadzić, ale fatalnie uderzył Griezmann. Francis na boku obrony popełnił błąd, za który ze wstydu spaliłby się nawet piłkarz polskiej Ekstraklasy, piłka trafiła na 10. metr, ale napastnik Atletico źle trafił w piłkę.

Piłkarze z Madrytu rozkręcali się, ale zastopował ich... Filipe Luis. Zawodnik Atletico źle obliczył lot piłki w polu karnym i zatrzymał ją ręką. Sędzia VAR-u nie potrzebował, odgwizdał rzut karny i po uderzeniu Canalesa stadion eksplodował.

Fani jeszcze nie zdążyli usiąść, a o centymetry od uciszenia ich był Griezmann. Francuz uderzył mocno zza pola kanrego, ale trafił w słupek. Na więcej drużyny z Madrytu już nie było stać, za to gracze Betisu długo jeszcze byli oklaskiwani na stojąco.

Betis Sevilla - Atletico Madryt 1-0 (0-0)

Bramka: Canales (66. z rzutu karnego)

Betis: Lopez - Mandi, Bartra (53. Sidnei), Feddal - Barragan, Kaptoum, Guardado, Canales, Guerrero (74. Firpo) - Joaquin (83. Garcia), Leon,

Atletico: Oblak - Arias (46. Luis), Gimenez, Hernandez, Juanfran - Lemar (64. Vitolo), Thomas, Rodrigo, Correa (77. Kalinić) - Morata, Griezmann.

Żółe Kartki: Mandi, Firpo. Leon - Arias, Correa, Hernandez.

Widzów: 50 864.

Z Sewilli Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama