Reklama

Reklama

Słaby mecz Gortata, koniec sezonu dla Wizards

Koszykarze Washington Wizards w szóstym meczu półfinału Konferencji Wschodniej NBA ulegli u siebie Atlanta Hawks 91:94. Rywalizację play-off przegrali 2-4, co oznacza dla nich koniec sezonu. Marcin Gortat uzyskał dla pokonanych dwa punkty i trzy zbiórki.

Tak jak w spotkaniu numer pięć w Atlancie, tak i tu wszystko rozstrzygnęło się w ostatnich sekundach. Przy wyniku 93:91 dla "Jastrzębi" na 6,4 sekundy przed końcem spotkania Dominikańczyk Al Horford wykonywał dwa rzuty wolne. Trafił tylko drugiego i "Czarodzieje" mieli szansę na doprowadzenie do dogrywki.

Po rozrysowaniu akcji przez trenera Randy'ego Wittmana piłkę otrzymał specjalista od rzutów z dystansu Paul Pierce. 37-letni weteran zwiódł pilnującego go Kyle'a Korvera i trafił za trzy punkty. Radość kibiców i zawodników gospodarzy trwała jednak tylko chwilę. Sędziowie po analizie zapisu wideo rozstrzygnęli, że piłka opuściła rękę rzucającego ułamek sekundy po tym, jak na tablicy zapaliło się światło sygnalizujące koniec spotkania. Punktów nie zaliczono.

Reklama

Atlanta awansowała do finału Konferencji Wschodniej po raz pierwszy od 1970 roku. Wizards, prowadzący w tej serii 2-1, przegrali trzy kolejne spotkania i odpadli z rozgrywek. Był to siódmy kolejny przypadek w historii klubu z Waszyngtonu, że nie zdołali w play-off wygrać u siebie spotkania, w którym groziło im wyeliminowanie.

Po meczu numer sześć odpadli także przed rokiem, gdy także rywalizowali z drużyną rozstawioną w numerem pierwszym w konferencji. Wówczas, także 15 maja w hali Verizon Center, przegrali z Indiana Pacers 80:93.

W piątek Wizards toczyli heroiczny pojedynek o pozostanie w grze. Przez większość meczu warunki dyktowali koszykarze trenera Mike'a Budenholzera, wybranego najlepszym szkoleniowcem NBA w tym sezonie.

Pierwszą kwartę wygrali wprawdzie gospodarze 20:19, ale do przerwy było już 45:39 dla rywali, a w połowie trzeciej odsłony goście uzyskali nawet 15-punktowe prowadzenie (62:47).

Ambitna pogoń "Czarodziejów" pozwoliła im jednak odrobić straty i nawet wyjść na jednopunktowe prowadzenie. Na 3.20 minuty przed końcem spotkania przy korzystnym dla nich wyniku 88:87 brazylijski skrzydłowy Nene nie wykorzystał obydwu rzutów wolnych. W kolejnych akcjach stołeczny zespół nie wykorzystał okazji powiększenia przewagi. Przy wyniku 88:89 na 1.14 przed końcem jego lider John Wall wykorzystał tylko jeden rzut wolny. W ostatniej minucie goście odpowiedzieli dwoma kolejnymi akcjami kończonymi przed DeMarre Carrolla i tego prowadzenia już nie oddali.

Najwięcej punktów dla Wizards zdobył Bradley Beal - 29; Wall, grający z kontuzjowaną dłonią, dołożył 20 i 13 asyst; a rezerwowy francuski środkowy Kevin Seraphin - 13 pkt, co jest jego rekordem w play-off i osiem zbiórek.

W zespole gości wyróżnili się Carroll - 25 (rekord w play-off) i 10 zb., Jeff Teague i Paul Millsap - po 20 (ten drugi także 13 zb.) oraz Horford - 13.

Gortat jako jedyny z zawodników pierwszej piątki Wizards wysiłki kolegów, odrabiających straty i do końca walczących o zwycięstwo, oglądał z ławki rezerwowych. Polak rozegrał jedno z najsłabszych spotkań w play-off w ostatnich dwóch latach.

Przebywał na parkiecie tylko 12 minut (najkrócej ze wszystkich meczów play-off w barwach zespołu z Waszyngtonu), zdobył dwa punkty w pierwszej skutecznej akcji "Czarodziejów" w meczu, trafił tylko jeden z czterech rzutów z gry. Miał trzy zbiórki (jedną w obronie i dwie w ataku). W obydwu tych elementach to jego najniższy dorobek w tegorocznym play-off. Zapisał w statystykach także stratę i faul.

Od początku spotkania był mało agresywny, spowolniony, zdekoncentrowany. Stąd już po kilku minutach, chociaż zwykle grał całą pierwszą kwartę, został zastąpiony przez Seraphina, w ogóle nie grającego w trzech poprzednich spotkaniach, który w tym meczu mógłby być dla niego wzorem waleczności i aktywności.

W finale Konferencji Wschodniej Hawks spotkają się z Cleveland Cavaliers, którzy dzień wcześniej, także w szóstym spotkaniu, zakończyli rywalizację z Chicago Bulls. Pierwszy mecz w środę w Atlancie.

Koszykarze Golden State Warriors pokonali Memphis Grizzlies 108:95 i awansowali - pierwszy raz od 1976 r - do finału Konferencji Zachodniej NBA.

Bohaterem spotkania w Memphis był Stephen Curry, który na 13 prób ośmiokrotnie trafił za trzy punkty, w tym raz z odległości blisko 20 metrów. W sumie zdobył 32 pkt i miał 10 asyst - to jego pierwszy double-double w rundzie play-off.

Zwycięstwo nie przyszło jednak łatwo. Wprawdzie "Wojownicy" wypracowali sobie przewagę w pierwszych dwóch kwartach, ale w końcówce trzeciej rywale zmniejszyli ją z 15 do jednego punktu. Chwilę później celnym rzutem z dystansu popisał się rezerwowy Andre Iguodola, a w ostatniej sekundzie skuteczną próbę trafienia do kosza z własnej połowy podjął Curry, podcinając Grizzlies skrzydła.

Przed spotkaniem w hali wyświetlono krótki film upamiętniający zmarłego muzyka jazzowego B.B. Kinga. Zarządzono także minutę ciszy. Swój pseudonim artysta, którego prawdziwe imię i nazwisko to Riley B. King, otrzymał podczas pracy jako DJ w rozgłośni radiowej w Memphis, gdzie stał się znany jako Beale Street Blues Boy. Później zostało to skrócone do Blues Boy, a następnie do B.B.

Rywalami Warriors (rywalizacja z Grizzlies w play-off zakończyła się wynikiem 4-2) w finale konferencji będą Los Angeles Clippers lub Houston Rockets. W rywalizacji do czterech zwycięstw jest remis 3-3.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje