Reklama

Reklama

Powrót prawdziwych "Tłoków"

To byli prawdziwi Pistons. Zespół z Detroit pewnie wygrał mecz numer 3 wielkiego finału NBA, pokonując na własnym parkiecie San Antonio Spurs 96:79.

Obrońcy tytułu przegrywają w serii "best-of-seven" już tylko 1-2, a następne spotkanie odbędzie się w najbliższy czwartek, również w The Palace of Auburn Hills na przedmieściach Motown.

- Myślę, że zrozumieliśmy jak mamy grać - stwierdził szkoleniowiec Pistons Larry Brown. - Wcześniej chyba nie zdawaliśmy sobie sprawy, że rywalizujemy ze wspaniałym zespołem, który jest niesamowicie dobrze prowadzony.

"Tłoki" nareszcie przypominały drużynę, którą znamy z ubiegłorocznej rywalizacji z Lakers. Grali z niesamowitą energią i wiarą we własne umiejętności. Ben Wallace i Rip Hamilton nadawali ton grze, a pozostali gracze gospodarzy dostosowali się do tego poziomu.

Reklama

- Wyszliśmy na parkiet i zrobiliśmy co do nas należało - przyznał Hamilton, który był najlepszym strzelcem spotkania (24 pkt, 11/23 z gry). - Dobrze broniliśmy, pomagaliśmy sobie nawzajem i wygraliśmy.

Ben Wallace zdobył 15 punktów, imponując także na tablicach (11 zbiórek i 5 bloków). To właśnie jego udane zagrania jeszcze bardziej podbudowały "Tłoki", które wysoko przegrały mecze numer 1 i 2 w SBC Center.

Tym razem sytuacja się odwróciła i Spurs stracili ponad 90 punktów po raz pierwszy w historii trzynastu ich występów w meczach NBA Finals. Tony Parker zdobył 21 punktów, a Tim Duncan dodał 14 "oczek" i zaliczył 10 zbiórek dla pokonanych. Zespół z San Antonio przegrał rywalizację na tablicach (38-44), miał słabszą skuteczność z gry, popełnił więcej strat (18-11) i zapisał na swoim koncie mniej asyst (16-22).

- Jesteśmy rozczarowani - wyjaśnił Parker, który trafił 8 z 16 rzutów z gry. - Ostatnia kwarta zabiła nas (Spurs przegrali ją 14:26 - przyp. red.) . Musimy ograniczyć nasze straty i wsady rywali. Nie możemy oddawać im tylu łatwych punktów spod kosza i z kontrataków.

Do zwycięstwa Pistons przyczyniła się także ostra obrona i fizyczna presja wywierana na rywalach. Manu Ginobili, który w pierwszych dwóch meczach miał średnią 26,5 pkt, tym razem zdobył tylko 7 "oczek". Był to po trosze skutek kolizji z Tayshaunem Prince'em. Argentyńczyk musiał opuścić parkiet już po 30 sekundach gry i mimo szybkiego powrotu do gry zupełnie się nie liczył, trafiając 2 z 6 rzutów z gry i popełniając 6 strat. - Nie mam wytłumaczenia - przyznał Ginobili. - Nie grałem dobrze. Nie trafiałem i traciłem piłkę.

Do przerwy prowadzili jeszcze Spurs (42:41), ale końcówka III i początek IV kwarty należał do gospodarzy, którzy w ostatnich 73 sekundach III kwarty mieli aż cztery przechwyty.

Chauncey Billups zdobył 20 punktów i zaliczył 7 asyst dla Pistons, a Antonio McDyess i Prince dodali po 12 "oczek". Następne dwa mecze odbędą się także w The Palace of Auburn Hills.

Zobacz WYNIKI oraz zdobywców punktów w NBA Playoffs 2005

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy