Reklama

Reklama

Pistons w drugiej rundzie

Detroit Pistons i Seattle SuperSonics awansowali we wtorek do drugiej rundy playoffs w NBA. Obrońcy tytułu pokonali Philadelphię 76ers 88:78, a "Ponaddźwiękowcy" uporali się z Sacramento Kings 122:118. W obu przypadkach serie zakończyły się wynikiem 4-1.

W innej parze Boston Celtics przegrywa z Indianą Pacers 2-3. We wtorek "Celtowie" nie sprostali rywalom na własnym parkiecie ulegając 85:90. Następny mecz odbędzie się w czwartek w Indianapolis.

Reklama

- Oni mieli za dużo "strzelb" - dosadnie wyraził się o "Tłokach" Jim O'Brien, coach Sixers. - Mieli pięciu graczy, z których każdy punktował. Gdy skupiliśmy defensywę na jednym z nich, piłka natychmiast wędrowała do następnego - dodał.

Takich kłopotów nie mieli obrońcy tytułu. W ekipie z Filadelfii gra opierała się na Allenie Iversonie, który zdobywał ponad 55 procent punktów dla swojego zespołu. - Nie polegamy tylko na jednym zawodniku. To czyni nas unikatową drużyną. Nie czekamy na kogoś, kto odda 20 albo 30 rzutów. U nas każdy rozgrywa i każdy rzuca. To był klucz do sukcesu przez cały sezon - stwierdził Ben Wallace, center Pistons.

- Sixers żyją i umierają w rytm gry Iversona. Dlatego naszym zadaniem było cały czas wywierać na niego presję. Żeby pozbywał się piłki albo oddawał rzuty z trudnych pozycji - dodał.

Jakby tego było mało na początku czwartej kwarty Iverson skręcił sobie prawą kostkę. Obrońca "Szóstek" wrócił co prawda na parkiet, ale nie był w stanie wygrać i z Pistons, i z kontuzją. - On ma lwie serce - powiedział o rywalu Richard Hamilton, obrońca "Tłoków".

O wtorkowym zwycięstwie gospodarzy przesądził początek czwartej kwarty, kiedy zanotowali serię 20:8. Na niespełna pięć minut przed końcem Pistons prowadzili już 80:69 i w można było zacząć świętowanie w The Palace of Auburn Hills.

Na nic zdało się 38 punktów Pei Stojakovicia i 35 "oczek" Mike'a Bibby'ego. "Królowie" po raz czwarty przegrali z Sonics i musieli pożegnać się z playoffs.

Jeszcze w trzeciej kwarcie goście prowadzili 10 punktami. Potem jednak dobra gra Nicka Collinsona, a następnie Rasharda Lewisa wyprowadziły ekipę z Seattle na prowadzenie. Co prawda po "trójce' Stojakovicia na 36 sekund przed końcem przewaga "Ponaddźwiękowców" zmalała do dwóch punktów (120:118), ale potem Ray Allen znalazł Maurice'a Evansa i zwycięstwo podopiecznych Nate'a McMillana stało się faktem.

Po wtorkowym spotkaniu we Fleet Center w zdecydowanie lepszej sytuacji są gracze Pacers. Do awansu brakuje im tylko jednej wygranej, a kolejny mecz odbędzie się w Indianapolis. - Tyle już w tym sezonie przeszliśmy, że nie liczy się co się stanie - jesteśmy przekonani, że możemy wygrać tę serię - powiedział Jermaine O'Neal, center Pacers, który zdobył 19 punktów i miał 10 zbiórek.

W ważnych momentach celnymi rzutami popisywał się skrzydłowy drużyny z Indianapolis Stephen Jackson, w sumie zaliczając 15 "oczek".

Zobacz zdobywców punktów w tych spotkaniach

Dowiedz się więcej na temat: W.E. | obrońcy | NBA | seattle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje