Reklama

Reklama

Pistons nigdy się nie poddają

"Tłoki" odmówiły wywieszenia białej flagi, pokonując na własnym parkiecie Heat 91:78 w meczu numer 5 finału Konferencji Wschodniej.

Teraz seria "best-of-seven", w której zespół z Florydy prowadzi 3-2, wraca do Miami. Następne starcie już w piątek.

Reklama

- Wystarczy, że będziemy znowu cieszyć się koszykówką i wszystko będzie OK. Ostatnie mecze to była bardziej praca niz zabawa. Dlatego przegrywaliśmy - powiedział Tayshaun Prince po meczu, w którym gospodarze kontrolowali to, co działo się na parkiecie.

Nie mogąc sobie poradzić z Dwyane'em Wade'em w pojedynkę (Rip Hamilton musiał mieć nocne koszmary, patrząc na statystyki rozgrywającego Heat), faworyci tegorocznych rozgrywek postanowili zrobić wszystko, by "Flash" miał jak najmniej miejsca na parkiecie.

Sztuka udała się - przez większość meczu gospodarze kontrolowali to, co działo się w The Palace of Auburn Hills, wygrywając mecz 91:78 (25:20, 22:23, 26:22, 18:13) i przedłużając szanse na awans do wielkiego finału National Basketball Association.

Detroit Pistons to rekordziści NBA w wygrywaniu meczów, które w razie porażki zakończyłyby się ich wyeliminowaniem z playoffs. Środowa wygrana z ekipą z Miami była już szóstym przypadkiem w historii klubu, że zespół stojąc pod przysłowiową ścianą potrafił zakończyć mecz zwycięsko.

Trener Flip Saunders nie ukrywał przed meczem, że Pistons będą mogli wygrać tylko wtedy, kiedy przynajmniej przez 20 minut - a już na pewno w ostatniej kwarcie - będą w stanie kontrolować, to co robi na boisku Wade. Zadanie zostało wypełnione - rozgrywający gości zakończył mecz z najniższym w serii dorobkiem punktowym (23 pkt), trafiając 11 z 20 oddanych rzutów. Dla 90 procent graczy w NBA, 23 punkty i ponad 50-procentowa skuteczność z gry byłaby powodem do dumy, ale dla Wade'a - trafiającego do tej pory z prawie 70-procentową (!) skutecznością - nie był to udany mecz. - Niby graliśmy tak samo, jak w poprzednich spotkaniach, ale czegoś zabrakło. Pistons byli szybsi do niczyich piłek, tak jakby bardziej chcieli wygrać. Może przesadzam, ale wiem, że niczego jeszcze nie wygraliśmy. Przyjechaliśmy do Detroit, żeby zakończyć serię. W tym meczu nam się to nie udało.

Pistons, którzy po raz pierwszy w tym sezonie stracili nerwy i już po czwartym meczu zaczęli krytykować własnego trenera, zarzucając mu, że zerwał z "defensywną tradycją", przypomnieli sobie, że mieli jeden z najlepszych sezonów zasadniczych w historii klubu, i że Saunders po pierwsze nie będzie trafiał za nich rzutów z półdystansu, a po drugie na pewno nie wyjdzie na boisko bronić kosza przed atakami Shaquille'a O'Neala. Ten ostatni przekonał się, jak dobrze Pistons potrafią grać w obronie nie tylko, że jeden z jego rzutów w spektakularny sposób zablokował Ben Wallace, ale w ciągu 31 minut trafił tylko 9 oddanych rzutów, a co ważniejsze zebrał pod tablicami tylko sześć piłek.

Co było zupełnie nowe w tej serii to fakt, że Wade i O'Neal zanotowali wspólnie 10 strat piłki (po 5 każdy z nich). Właśnie dlatego podopieczni Pata Riley'a przegrali mecz, w którym rzucali lepiej niż rywale (44 proc. - 42 proc.), mieli więcej asyst (21 -19) i wykonywali tylko kilka mniej rzutów wolnych (25 - 19). Te ostatnie liczby są - oprócz straty piłek - kolejnym z powodów, dla których Heat wylatywali czarterowym samolotem do Miami, nie w celu przygotowywania się do rozpoczynających się 8 czerwca finałów, ale po to, by czekać na mecz numer 6 finału Konferencji Wschodniej. Trudno wygrać, jeśli się trafia tylko 6 z 19 oddanych rzutów z linii...

Czego statystyka nie pokazuje, to fakt, że Pistons są od lat zespołem, któremu nie wolno dawać kolejnych szans na zwycięstwo, bo dla rywala może się to skończyć tylko porażką. - Zagraliśmy agresywnie, nie pozwoliliśmy Heat biegać po parkiecie, jakby to był mecz gdzieś na asfaltowym boisku - powiedział Chauncey Billups, obok Tayshauna Prince'a najskuteczniejszy gracz (17 pkt, 10 asyst) zespołu z Detroit. - Teraz cała presja spoczywać będzie na Heat. Oni nie chcą tutaj wrócić.

- Zdaniem Wade'a nic się specjalnego nie stało, bo to im, a nie Pistons ciągle do awansu brakuje tylko jednego zwycięstwa. - Jaka presja? Gramy na własnej sali, mamy olbrzymią szansę awansu. To Pistons są aktualnymi mistrzami Konferencji Wschodniej i na nich spoczywa cała presja. Będziemy w piątek gotowi.

Przekonamy się w piątek.

Przemek Garczarczyk z Detroit

Zobacz PRZEBIEG RYWALIZACJI oraz NAJLEPSZYCH STRZELCÓW w finałach Konferencji Wschodniej oraz Zachodniej

Dowiedz się więcej na temat: NBA | miami | detroit | mecz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama