Reklama

Reklama

NBA. "The Last Dance”, czyli dwunastu samców alfa w jednej drużynie

Na czym polegał fenomen Chicago Bulls? O geniuszu Michaela Jordana i Phila Jacksona oraz skomplikowanym charakterze Dennisa Rodmana. Czy Detroit Pistons byli rzeczywiście łobuzami? – mówi w rozmowie z Interią trener koszykarski i ekspert telewizyjny NBA Mirosław Noculak.

Amerykański dokument "Netflixa’ bije na świecie rekordy popularności. W Stanach Zjednoczonych pierwsze dwa odcinki obejrzało po dziewięć milionów osób, w Polsce znajduje się w czołówce najchętniej oglądanych filmów na tej platformie. "Last Dance" to wyjątkowy zapis sezonu 1997-1998 Chicago Bulls, najlepszej drużyny NBA lat 90.  W zespole występowali wtedy m.in.: Michael Jordan, Scottie Pippen, Dennis Rodman, a trenerem był Phil Jackson.

Reklama

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Czy uwiodły pana dotychczasowe cztery odcinki filmu "The Last Dance"?

Mirosław Noculak, trener koszykówki, wieloletni komentator meczów NBA: Aż tak to nie, ale podoba mi się. Te cztery odcinki były bardzo ciekawe. Każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Najbardziej zainteresowała mnie organizacja Chicago Bulls i to w jaki sposób był budowany klub i zespół. Ogromnie interesujący jest wątek trenerski - przedstawienie w filmie idei Phila Jacksona tworzenia zespołu w oparciu o zasadę "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". To godne podziwu jak wplótł w zespół tak wielką indywidualność jaką był Michael Jordan. To był majstersztyk ze strony szkoleniowca Chicago.

Zajmuje się pan koszykówką od kilkudziesięciu lat, NBA zna pan pewnie równie długo. Czy znalazł pan dla siebie coś nowego w tym filmie?

- Są detale o których nie miałem pojęcia, choć wielu rzeczy nie ma w filmie o których słyszałem i czytałem wiele lat temu, ale może jeszcze pojawią się w kolejnych odcinkach. Nie zdawałem sobie sprawy wagi tego momentu kiedy właściciel Bulls Jerry Reinsdorf zaprosił Jerry’ego Kreusa i powierzył mu budowę zespołu. Jasno określił zadania, żeby drużyna grała według jego wyobrażenia. W Polsce i w Europie w sporcie takie zjawiska nie występują - jasny cel, człowiek, który ma go zrealizować i efekt końcowy. Reinsford był człowiekiem, który dysponował ogromną fortuną nawet jak na warunki amerykańskie, a zaufał jednemu człowiekowi.

- Z innych źródeł wiemy, że Michael Jordan bardzo się denerwował, że droga do mistrzostwa i budowa mistrzowskiego zespołu trwała zbyt długo. Jako pierwszoroczniak, czyli freshmen w nomenklaturze rozgrywek uniwersyteckich zdobył mistrzostwo NCAA z drużyną z Karoliny Północnej i oczekiwał, że jako debiutant w NBA, czyli rookie, powtórzy to osiągnięcie. Ale to było w tamtych czasach niemożliwe.

Bohaterem filmu jest w zasadzie nie Chicago Bulls, ale Michael Jordan.

- To zrozumiałe i oczywiste. Jordan był najważniejszą postacią w tej układance. Bez niego nie byłoby tych sześciu tytułów. Najlepszy dowód na to, że kiedy odszedł na dwa sezony, Bullsi dwa razy nie zdobyli mistrzostwa. Ciekawie jest przedstawiony Dennis Rodman. Szczególnie interesujący jest dualizm tej postaci. Z jednej strony miał niesamowity etos pracy, za co go wychwalał Jordan, a z drugiej strony, miał zupełnie inne podejście do życia, nazwijmy to do spraw obyczajowych. Czuł się dosyć swobodnie w życiu, lubił się bawić. Czuł się wolny jak ptak, był niesamowicie kolorowym człowiekiem.

Czy nie uważa pan, że nienawiść między dwoma wielkimi rywalami z Konferencji Wschodniej Chicago Bulls i Detroit Pistons nie została przerysowana? I ten jasny podział - oni są krystaliczni, a tamci - bezwzględni, źli.

- Ale tak było. "Bad Boys" z Detroit nie mieli tej ksywki bez powodu. Sam byłem wielkim miłośnikiem tego zespołu, miałem w nim wielu ulubieńców. Vinnie Johnson jaki to był wspaniały gracz - niepozorny, bez wystarczających parametrów na NBA, ale grał fenomenalnie. Oczywiście byli wspaniali: Joe Dumars, Isiah Thomas, Bill Laimbeer, James Edwards, Rick Mahorn. Szczególnie wysocy zawodnicy to byli "zabójcy". W tamtych czasach - o czym wspomina Rodman - było trochę inne było podejście do sędziowania. Na wiele rzeczy można więc było sobie pozwolić.



Chicago Bulls było wyjątkową drużyną, ale wyjątkową postacią był trener Phil Jackson.

- Nie mamy takich wzorców szkoleniowca w Europie, tego typu trenerów, bo nie ma na naszym kontynencie tego typu zawodników jak w NBA. Dawna szkoła jugosłowiańska, litewska, rosyjska polega na tym, że trener jest absolutnym władcą i zawodnik musi się mu absolutnie podporządkować. Phil Jackson pokazał jak to się robi z mistrzami, jak z kandydatów na mistrza robi się mistrza. On dotarł do mentalności tych graczy. Na tym poziomie zawodowstwa wykazał się wyjątkową umiejętnością zarządzania kapitałem ludzkim. W NBA niewiele się uczy i Jackson nie był nauczycielem, choć czasami pełnił tę rolę, ale był przede wszystkich coachem. Potrafił łączyć te przeróżne osobowości. W Chicago Bulls grało 12 facetów, z których każdy jest samcem alfa. Trzeba wyjątkowego talentu, żeby zarządzać takimi łobuzami.

Jordan jest najlepszym koszykarzem w historii NBA? Czy da się go porównać z jego następcami Kobe Bryantem i LeBronem Jamesem?

- Jordan był największym graczem swojej epoki, choć przez wielu uważany jest za gracza wszech czasów. Ja nie mam takiej opinii, nawet mnie to nie interesuje. Kiedy grał wyznaczał wszystkie kierunki w NBA. Jego sukcesorem był Kobe Bryant, a ostatnie 10 lat wypełnił LeBron James. To trzech graczy z zupełnie innych epok i nie da się ich porównać chyba, że ktoś znajdzie specjalny algorytm i zrobi takie zestawienie. W ostatnich 30 latach ci trzej zawodnicy wyznaczali trendy w koszykówce, w NBA. Nie wiem co bardziej docenić? Wszechstronność LeBrona Jamesa, czy grację ruchów Michaela Jordana?

Dla wielu ludzi w Polsce "The Last Dance" jest miłym wspomnieniem, odniesieniem do czasów, kiedy NBA stało się synonimem wolności, otwarcia na świat. Pierwsze transmisje to m.in. właśnie pojedynki Detroit z Chicago.

-  Zanim pojawiły się transmisje w Telewizji Polskiej, pamiętam jak dostawałem kasety z meczów NBA. To był rarytas. Przekazywał mi je były zawodnik, który miał dostęp do telewizji satelitarnej, a takich osób w Polsce było niewielu, można powiedzieć, że to była elita. Oglądaliśmy potem mecze wspólnie z trenerami. Pamiętam, że na jednej z takich sesji na 10 trenerów byłem jedynym, który preferował NBA. Inni woleli NCAA z tego względu, że liga akademicka jest bliższa europejskiej koszykówce, bardziej zrozumiała. Trenerzy uważali, że NBA była tak odległa w sensie umiejętności i potencjału graczy, że trudno to było przełożyć na nasze warunki. Mimo to próbowałem wprowadzać niektóre z zagrań, które podejrzałem na kasetach.

Ten film pomoże wizerunkowi i wzrostowi popularności NBA? W Stanach Zjednoczonych pierwsze dwa odcinki obejrzało ponad dziewięć milionów osób.

- Niesamowity wynik. To jest jednak świetna produkcja. NBA jest nieprzeciętną organizacją w sportowym biznesie. Wiedzą, jak to się robi. Kontrakty NBA ze stacjami telewizyjnymi mają wiele punktów, które pozwalają na prowadzenie takiej dokumentacji. To był genialny pomysł, a brał w tym udział obecny komisarz NBA Adam Silver. Spowodował, że możliwe było wejście kamer do szatni Bulls w sezonie 1997-98. Dziś to jego wielki sukces.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje