Reklama

Reklama

NBA: Dziesięć punktów Gortata, trzecia kolejna porażka Wizards

Koszykarze Washington Wizards z Marcinem Gortatem w składzie przegrali w niedzielę na własnym parkiecie z Golden State Warriors 96:112. To ich trzecia porażka z rzędu w lidze NBA. Polak zdobył 10 punktów i miał sześć zbiórek.

Tak jak dwa dni wcześniej w spotkaniu z Toronto Raptors, o porażce "Czarodziejów", którzy na początku drugiej kwarty prowadzili 36:28, a do przerwy remisowali 58:58, przesądziła trzecia kwarta, przegrana przez nich aż 15:34.  

Reklama

Koszykarze ze stolicy przegrali sześć z ostatnich siedmiu spotkań na własnym parkiecie. Dla Warriors, cieszących się najdłuższą aktualnie serią zwycięstw w lidze, była to dziewiąta wygrana z rzędu (ostatni raz w jednym sezonie taką passę mieli w grudniu 1975 roku) i czwarte kolejne zwycięstwo w Waszyngtonie.

Gortat grał 20 minut, trafił pięć z dziewięciu rzutów za dwa punkty, miał po trzy zbiórki w obronie i ataku, asystę, przechwyt, stratę, raz został zablokowany przez australijskiego środkowego rywali Andrew Boguta.

W zespole z Waszyngtonu, mającym tego dnia 43-procentową skuteczność rzutów z gry, najwięcej punktów - po 14 - zdobyli John Wall (także 10 asyst) i wchodzący z ławki Brazylijczyk Nene, a 11 inny rezerwowy Martell Webster.

W drużynie "Wojowników" (50,6 proc. celności z gry) najlepszym strzelcem był Klay Thompson - 26 pkt (sześć celnych z dziewięciu rzutów za trzy), a trzech jego partnerów uzyskało double-double: David Lee - 21 pkt i 11 zbiórek, Bogut - 15 i 11 zb. (także cztery bloki), Stephen Curry - 15 i 10 asyst.

Dla polskiego jedynaka w NBA niedzielny mecz był historią z rodzaju "od bohatera do zera". Do przerwy był jednym z najskuteczniejszych graczy zespołu. Koledzy odnajdywali go na dogodnych pozycjach pod koszem i podawali mu piłkę, a on punktował, głównie spod kosza. W tym czasie m.in. trafił pięć z siedmiu rzutów z gry, będąc drugim strzelcem zespołu, miał pięć zbiórek i... zasłużył na tradycyjny wywiad w przerwie z reporterem waszyngtońskiej telewizji Chrisem Millerem.

- Na razie gramy to, co zakładaliśmy przed meczem, widzimy się na parkiecie, podajemy sobie piłkę. Jest dobrze. Mam nadzieję, że tak będzie również w drugiej połowie - mówił zdyszany Gortat, schodząc do szatni przy remisowym wyniku meczu.

Po przerwie jego nadzieje się nie spełniły. W jednej z pierwszych akcji polski środkowy próbował zagrania indywidualnego: serią zwodów chciał minąć Boguta, przeciwko któremu gra mu się wyjątkowo trudno - skończyło się na rozpaczliwym rzucie z półdystansu, po którym piłka nie dotknęła nawet obręczy.

Trener Randy Wittman wziął czas i w pierwszych słowach mocno zrugał Polaka. W kolejnej, już zespołowej, akcji Gortat, wyprowadzony podaniem na pozycję, nie trafił z bliskiej odległości, rzucając z lewej strony o tablicę. Rywale każdy taki błąd wykorzystywali, punktując raz za razem.  

Gra polskiego środkowego w tym okresie na tyle nie przypadła do gustu coachowi, że posadził go na ławce zaledwie po trzech i pół minutach trzeciej kwarty (Warriors prowadzili wtedy 69:58) i do końca meczu już nie wprowadził do gry. Zmiennicy też niewiele zdziałali. Pierwsze dziewięć minut trzeciej kwarty gospodarze przegrali 5:30. Rywale prowadzili 88:63 i mogli się czuć zwycięzcami.

Wizards z bilansem 14 wygranych i 17 porażek zajmują 5. miejsce w Konferencji Wschodniej. Warriors (23-13) awansowali na czwarte w Zachodniej.

Drużynę z Waszyngtonu czeka teraz seria trzech spotkań na wyjeździe: we wtorek z Charlotte Bobcats (15-20), w środę z New Orleans Pelicans (15-17) i w piątek z najlepszymi w lidze Indiana Pacers (27-6).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje