Reklama

Reklama

Mavs wygrali pierwszy mecz finału NBA

Po pierwszej kwarcie, w której Dallas Mavericks byli tylko tłem dla Miami Heat, w trzech następnych odsłonach pierwszego meczu finału National Basdketball Association dominowali gospodarze z Teksasu, wygrywając 90:80 (23:31, 23:13, 24:24, 20:12).

- Mamy dwa dni na to, by wiedzieć, jak grać lepiej - skomentował przegraną Dwyane Wade. Mecz numer 2 finału NBA w najbliższą niedzielę, 11 czerwca.

Reklama

Diop, Nowitzki, Terry, Howard, Griffith oraz Haslem, O'Neal, Wade, Posey i Walker - w takich składach wyszły na parkiet American Airlines Center zespoły Dallas Mavericks oraz Miami Heat, zaczynając finały 2006 roku w prawdziwie ekspresowym tempie. Wejścia pod kosz, rzuty za trzy punkty, ale przede wszystkim łatwość z jaką obie drużyny zdobywały punkty zdawały się faworyzować Mavericks, ale to Miami prędzej opanowało nerwy, prowadząc 34:23 w na 11 minut przed końcem pierwszej połowy. Oba zespoły grały praktycznie bez defensywy, a jeden udany drybling gwarantował otwartą drogę do kosza. Na czym polegała różnica między Heat i Mavs? Problem gospodarzy polegał na tym, że oni nie trafiali z najłatwiejszych pozycji, a w Miami nie tylko punktowali Wade i O'Neal, ale z dystansu nie pudłował Walker (2 na 4 za trzy punkty) i w kolejnym meczu przypomniał sobie, że był kiedyś czołowym snajperem ligi Jason Williams. Jeśli dodamy do tego, że Dirk Nowitzki w pierwszych 24 minutach trafi tylko 2 z 7 oddanych rzutów można by się spodziewać, że Miami zejdzie na przerwę z przynajmniej kilkunastopunktową przewagą.

Nic z tego. Jedną z największą zalet Mavericks, tak podczas sezonu zasadniczego, jak tegorocznych playoffs była umiejętność zmiany taktyki i przystosowania się do tego, co "grają" rywale. Nie inaczej było w drugiej kwarcie meczu z Heat. Wade, O'Neal (tylko sześć punktów w pierwszych 24 minutach) zaczęli mieć pod koszem, nie jednego, ale trzech rywali i szybko ponad 60-procentowa skuteczność z pierwszych 12 minut zamieniła się w zaledwie niespełna 30 procent trafionych rzutów. Avery Johnson musiał w szatni powiedzieć swoim koszykarzom parę mocnych słów, bo na drugą kwartę wyszła zupełnie inna drużyna. Może nie tyle inna, co ta sama, która pamiętali kibice z meczów z San Antonio Spurs i Phoenix Suns - nie pozwalająca na łatwe dobitki, a przede wszystkim zabójczo skuteczna w szybkich atakach. Najlepiej w Mavericks wychodziło to Jasonowi Terry'emu (9 na 11 z gry, 20 pkt w pierwszej połowie), który z łatwością dawał sobie radę najpierw z Williamsem, a później z Paytonem. Ostatnie trzy minuty to popis Mavericks i chaos w Heat - dziesięć kolejnych punktów, w tym rzut równo z kończącą pierwsza połowę syreną Nowitzkiego musiały zaszokować Miami - zespół Pata Rileya, zamiast kończyć pierwsze 24 minut z wygodnym prowadzeniem schodził na przerwę przegrywając 42:44 i zdobywając w drugiej kwarcie tylko 13 punktów. Odwrotność pierwszej kwarty, kiedy nie mieli problemów, bo punktów było aż 31...

Tylko niespełna trzech minut drugiej połowy potrzebował Pat Riley, by poprosić o przerwę w grze. Zdając sobie sprawę z tego, że piętą achillesową jego zespołu jest powrót do defensywy po nieudanym rzucie i widząc, jak łatwo Mavericks objęli prowadzenie 52:46, trener Heat wiedział, że musi zmienić taktykę. Pomogło - ekipa z Miami zamiast rzucać z dystansu zaczęło atakować kosz rywali podając do niezawodnego pod koszem O'Neala, albo szukając będącego w lepszej pozycji rzutowej kolegi z drużyny. "Trójki" Williamsa i Walkera i punkt Wade'a dały na sześć minut przed końcem trzeciej kwarty gościom prowadzenie 57:56.

Kiedy dwa kolejne trafienia Nowitzkiego zza linii trzech punktów dały Mavs ponownie pięciopunktowe prowadzenie wydawało się, że gospodarze zaczną kontrolować to, co dzieje się na parkiecie. Kiedy jednak traci się piłkę siedem razy w ciągu 10 minut (tylko trzy w pierwszej połowie) z zespołem tak dobrym jak Heat, to na zakończenie trzeciej kwarty schodzi się prowadząc tylko jednym koszem (70:68). Zwłaszcza, gdy Wade spektakularnymi wejściami zaczyna siać spustoszenie pod koszem gospodarzy...

Jak się ma jednak drużynę, w której gra Jason Terry, a przede wszystkim grającą zespołowo, nie ma się czego obawiać. Nowitzki nie miał najlepszego dnia, ale dwa razy znalazł na parkiecie Terry'ego, którego trafienia za trzy punkty dały Dallas najwyższe prowadzenie w meczu (72:62). Ponownie Heat, przede wszystkim dzięki waleczności Wade'a, zmniejszył na trzy minuty przed końcem meczu przewagę do czterech punktów (79:83). Na nic więcej tego wieczoru ekipy z Miami nie było stać, i koszykarze gości schodzili z parkiety ze spuszczonymi głowami, przegrywając pierwszy mecz finału 80:90.

Liczby meczu: 1 na 10 trafień Shaquille'a O'Neala z rzutów osobistych; 7 na 19 trafień drużyny Miami (negatywny rekord finałów NBA); 25 strat piłki Heat (11 Wade'a oraz Walkera)

Gracz meczu: Jason Terry (Mavericks): 32 pkt

Najlepsi w obu drużynach - Miami: Wade (28 pkt, 6 zb., 6 as.), O'Neal (17 pkt, 7 zb., 5 as.); Mavericks: Terry (32 pkt - 13 na 18 rzutów z gry, 4 na 7 za trzy pkt); Nowitzki (16 pkt, 10 zb., 4 as.).

Przemek Garczarczyk z Dallas

Dowiedz się więcej na temat: "Dallas" | dallas mavericks | Shaquille O'Neal | John Terry | NBA | mecz | miami

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje