Reklama

Reklama

Marcin Gortat może liczyć na sporą podwyżkę

Przez pięć ostatnich sezonów w NBA Marcin Gortat zarobił blisko 35 milionów dolarów. Jego obecny kontrakt wygaśnie 30 czerwca i następnego dnia jedyny polski koszykarz w tej lidze będzie mógł rozpocząć negocjowanie nowej umowy, prawdopodobnie jeszcze wyższej.

W kończącym się właśnie sezonie na listach płac klubów NBA znajdowało się prawie 600 zawodników. Na konto Gortata wpłynęło dokładnie 7 727 280 USD. Więcej od niego zarobiło nieco ponad 80 koszykarzy. Spośród nich bardziej niezwykłą od łodzianina drogę do finansowego sukcesu przeszedł chyba jednak tylko Jeremy Lin.

Gortat został wybrany przez Phoenix Suns dopiero z 57. numerem w drafcie w 2005 roku. Z wyprzedzających go w rankingu zarobków koszykarzy żaden nie miał tak dalekiego numeru. Lin jako jedyny w ogóle nie został w drafcie wybrany.

Reklama

Na swój pierwszy mecz w NBA Polak musiał jednak długo czekać. Suns błyskawicznie oddali go do Orlando Magic. Zespół z Florydy z jego usług skorzystał dopiero 1 marca 2008 roku, a na parkiecie przebywał zaledwie 141 sekund. W pierwszym sezonie obowiązywania zawodowego kontraktu zarobił 427 163 dolarów.

Umowa z Magic obowiązywała jeszcze rok. Gortat pełnił rolę zmiennika Dwighta Howarda. Gdy rozgrywki się zakończyły, liczył, że zmieni klub na taki, w którym będzie grał więcej. Jego sytuacja poprawiła się jednak tylko pod względem finansowym.

Potencjał Polaka dostrzegł właściciel Dallas Mavericks Mark Cuban, który zaproponował mu pięcioletni kontrakt, opiewający na prawie 35 mln dol. Gortat był jednak tzw. zastrzeżonym wolnym agentem. Oznacza to, że dotychczasowy klub ma prawo wyrównać złożoną przez kogoś ofertę i wtedy zawodnik nie może odejść. Łodzianin, ku swojemu niezadowoleniu, został w Magic, ale z lukratywną umową, którą, jak sam wielokrotnie przyznawał, zawdzięcza Cubanowi.

Orlando opuścił w grudniu 2010 roku, kiedy w wyniku wymiany trafił do Suns. W Phoenix grał w pierwszej piątce. Statystycznie sezon 2011/12 był najlepszym w jego karierze. Świetnie rozumiał się z rozgrywającym "Słońc" Steve'em Nashem i notował średnio 15,4 pkt oraz 10 zbiórek.

Przed rozgrywkami 2013/14 trafił do Washington Wizards. Do drużyny ze stolicy USA szybko się wkomponował i po długiej przerwie ponownie zasmakował gry w fazie play off. "Mecz życia" rozegrał 13 maja. W piątym spotkaniu półfinału Konferencji Wschodniej z Indiana Pacers (102:79) uzyskał 31 pkt, trafiając 13 z 15 rzutów z gry, oraz 16 zbiórek. "Czarodzieje" ostatecznie jednak odpadli, ulegając w serii 2-4.

Teraz Gortat jest tzw. niezastrzeżonym wolnym agentem i może w pełni decydować o swojej przyszłości, ale do 1 lipca klubom, pod groźbą kary finansowej, nie wolno nawet wypowiadać się na temat zainteresowania poszczególnymi graczami. Dopiero po tym terminie rozpoczną się negocjacje kontraktów, a umowy będzie można zacząć podpisywać tydzień później.

Amerykańskie media dostarczają jednak mnóstwo analiz tego, jak mogą się potoczyć losy tzw. wolnych agentów. W przypadku Gortata dominuje przekonanie, że jego zatrzymanie powinno być priorytetem Wizards, a nowa umowa może mu dać gażę w wysokości ok. 10 mln dol. rocznie.

W NBA wybór wśród wartościowych graczy podkoszowych jest ograniczony i zawodnicy ci, na tle pozostałych, wyróżniają się wysokimi zarobkami.

Suche statystyki nie mówią wszystkiego, ale dają ogólny obraz. Polak w sezonie 2013/14 opuścił tylko jeden mecz z powodu bólu pleców. Odnotował średnio 13,2 pkt (81. miejsce w lidze), 9,5 zbiórek (15.), 1,49 bloków (13.), a z gry trafiał ze skutecznością 54,2 proc. (11.). Przyzwoicie spisywał się też w obronie. Grający przeciwko niemu zawodnicy mieli pod koszem skuteczność na poziomie 50,1 proc.

To osiągnięcia porównywalne z Hiszpanem Markiem Gasolem z Memphis Grizzlies (14,8 mln USD za ostatni sezon), Tysonem Chandlerem z New York Knicks (14,1 mln) czy Andrew Bogutem. 29-letni Australijczyk jeszcze w ubiegłym roku podpisał nowy, trzyletni kontrakt z Golden State Warriors na kwotę 44 mln dol. 13 mln za sezon otrzymuje inny wysoki gracz Wizards - Nene Hilario. Brazylijczyk jest starszy od Gortata o dwa lata, a takie wynagrodzenie ma zapewnione do końca rozgrywek 2015/16.

Polak do tej pory dawał do zrozumienia, że ważne jest dla niego m.in. jaką rolę ma pełnić w drużynie, a ta w Waszyngtonie mu odpowiada. Jeśli jednak nie otrzyma satysfakcjonującej propozycji, prawdopodobnie nie będzie miał skrupułów i odejdzie. Chętnych na jego usługi nie powinno brakować, a kuszącą ofertą mogą mu złożyć choćby Los Angeles Lakers.

"Jeziorowcy" są realnym kierunkiem z kilku powodów. Obecnie przechodzą kryzys, ale wkrótce mogą zapewnić Gortatowi perspektywę walki o mistrzostwo. Włodarze klubu tego lata będą mieć sporą elastyczność w budowie drużyny, a wydawanie dużych pieniędzy nigdy nie było dla nich problemem.

Nie bez znaczenia jest prestiż. Chyba tylko Nowy Jork jest równie atrakcyjnym miastem do gry, a na trybunach hali Staples Center nie brakuje gwiazd Hollywood i jakoś nietrudno sobie wyobrazić Gortata "przybijającego piątkę" z Jackiem Nicholsonem.

Portal "Lakers Nation" przedstawił Polaka jako zawodnika solidnego w ataku, który dobrze współpracuje z rozgrywającym, a w obronie potrafiącego utrudnić życie rywalom. Według niego, klub powinien przynajmniej złożyć mu ofertę, aby przekonać się, czy byłby zainteresowany grą w Los Angeles.

To oczywiście tylko jeden z możliwych scenariuszy. Gdy cała karuzela transferowa na dobre się rozkręci, nie sposób przewidzieć, w jakiej konfiguracji się zatrzyma. Najważniejsze dla Gortata, że wykorzystał szansę i udowodnił swoją wartość. Na uśmiech losu, jakim w 2009 roku była oferta Cubana, nie musi już liczyć. Na wysoki kontrakt sam zapracował.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń reprezentant Polski przyjedzie do kraju, gdzie w dniach 18-29 czerwca przeprowadzi siódmą edycję Marcin Gortat Camp, corocznego cyklu treningów z młodymi adeptami koszykówki.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL